Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faith no more. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faith no more. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2016

Maciej Krzywiński - Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia) - recenzja

Mr Bungle i Faith No More to zespoły z kategorii "mamy gdzieś co o nas myślicie i co napiszecie". Dlatego nie bojąc się kąśliwych uwag, ironii, wymiocin i innych atrakcji stworzyłem krótki zapis moich spostrzeżeń na temat biografii jednej z najlepszych kapel jakie znam. Wbrew powyższemu, nie jest to opowieść o Pattonie, który jako wokalista spaja te dwie wymienione wcześniej ekipy. To historia życia grupy, o której można powiedzieć wszystko, a oni i tak na koniec wyleją nam piwo na głowę. 

Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia) Pierwsze próby zespołu odbywały się w pustej kadzi po piwie. Jedną z wokalistek Faith No More była dziewczyna Courtney Love (Hole). Roddy Bottum dopiero w 1993 przyznał się, że jest homoseksualistą. Teledysk do "Epic" uratował FNM dla świata. Jeden obraz z motywem ryby, błyskawicami i wszędobylskimi wygłupami wywindował kwintet na wyższy poziom. Znudzone dzieciaki śledzące MTV zyskały nowych idoli. Idoli?! Antyidoli. Czemu o tym piszę? Bo historia Faith No More opowiedziana przez Macieja Krzywińskiego jest przykładem tego jak biografia zagranicznego zespołu powinna być napisana (przez polskiego autora). Bogato nasycona szczegółowa, dowcipna, pełna intrygujących niuansów.

Przyznam szczerze, że miałem wiele obaw przed sięgnięciem po "Faith No More. Królowe życia (i inne nadużycia)". Na szczęście lektura pierwszych stron rozwiała obawy. Tę biografię można polecić każdemu. Ponad trzysta stron tekstu, dyskografia i świetny dobór zdjęć składają się na publikację godną uwagi. Fanów zespołu na pewno ucieszą dobrze wnikliwie opisane początki formacji, to w jaki sposób kształtowała się nazwa i skład. A potem etap z pierwszym stałym wokalistą i czasy Mike`a Pattona.

Kluczowy moment zmiany frotmana jest przez członków FNM opisany zaprawdę zaskakująco. Mike Patton ukazany jako dzieciak popijający herbatniki mlekiem nie przystaje do wizerunku artysty jak szaleńca piszącego pierwsze teksty o masturbacji i pierdzeniu. Ale w tej biografii sporo jest nieoczekiwanych sytuacji, które pozwolą czytelnikom zdziwić się czy wręcz doznać lekkiego szoku. No chyba na tym polega tworzenie dobrego tekstu? Żeby kopało tyłki.

Więcej nie będę zdradzać. Jeśli jesteście fanami Faith No More powinniście koniecznie kupić książkę. A jeżeli nie znacie jeszcze tej kapeli, radzę uczynić to czym prędzej. Inaczej część waszego życia pozostanie nieodkryta.

wtorek, 29 grudnia 2015

Najciekawsze albumy 2015 roku cz. II [zagraniczne]

Zwycięska płyta powinna nazywać się "Album Of The Year", a nosi tytuł... Przed nami druga część zestawienia (miejsca 10-1). Najbardziej subiektywny a zarazem najbardziej obiektywny ranking zagranicznych płyt roku 2015. Dwanaście miesięcy temu 1 miejsce zajęła płyta metalowa. Machine Head ze swoim "Bloodstone & Diamonds". Tym razem triumf odniósł album nieco lżejszy, aczkolwiek z pazurem.

Z uwagi na to, że 8 z 10 wyróżnionych tu płyt już recenzowałem, druga część podsumowania jest krótsza, bardziej treściwa. Myślę sobie jednak, że zestaw jest tak bardzo zróżnicowany, iż wśród wytypowanych przeze mnie rzeczy każdy fan dobrej muzyki znajdzie coś dla siebie.
 

The Chemical Brothers - Born In The Echoes
10. The Chemical Brothers - Born In The Echoes
Od razu polubiłem "Born In The Echoes". Chemiczni Bracia nie odcinają kuponów, każdy kolejne wydawnictwo rozwija styl zespołu. Singiel "Go" to nie tylko dynamiczny elektroniczny numer z wpadającą w ucho ścieżką basu, ale też świetnym wokalem rapera Q-Tipa. Po pierwszym odsłuchu nietrudno będzie zapamiętać również transowo-hipnotyczny "Under Neon Lights". A każde kolejne przesłuchania pozwają odkryć inne świetne kompozycje. Szanowni Państwo, będę szczery - na "Born In The Echoes" nie ma słabych momentów. Nie będę zatem gołosłowny, jeśli powiem że lata mijają, a The Chemical Brothers wciąż nie chcą oddać palmy pierwszeństwa w wyznaczaniu trendów muzyki elektronicznej.
Data premiery: 17 lipca 2015

The Prodigy - The Day Is My Enemy
9. The Prodigy - The Day Is My Enemy
Chociaż okres świetności zespołu przypada na lata dziewięćdziesiąte, to najlepszy moim zdaniem album wydali w roku 2009 ("Invaders Must Die"). Apetyty fanów były dosyć spore. Ogromna okazała się także rozpiętość not w recenzjach: od totalnej krytyki poprzez laurki. Moja ocena mieści się gdzieś w środku, ale bliżej mi do pochlebstw. Z powodu: bardzo dobrych singli, sporej dynamiki i agresywności materiału, a przede wszystkim ze względu na "Wild Frontier" (numer oraz teledysk). Pokochałem ten utwór miłością szczerą, czystą, nieśmiertelną. Cieszy mnie to, że dzięki wspomnianym elementom The Prodigy utrzymało wysoki poziom.
Data premiery: 30 marca 2015

The Dead Weather - Dodge And Burn
8. The Dead Weather - Dodge And Burn
Jest Jack White oraz Alison Mosshart, Jack Lawrence i Dean Fertita. Trzecia płyta supergrupy wypada dobrze. Garażowe brzmienie zespołu momentami nieco ewouluje, ale nadal jest to formuła, którą już dobrze znamy i kochamy. Niby wszystko się zgadza. Choć... Jacka White`a trochę jakby mniej. Ale poza tym wszystko jest na swoim miejscu. The Dead Weather nie schodzi ze swojego wysokiego poziomu. Na zakończenie funduje nam jednak utwór, który kompletnie nie przystaje do reszty. "Impossible Winner" łamie schemat płyty. Nie jest to zły numer. Jednak ta stylistyczna wolta zasiała we mnie ziarno niepokoju. Trudno to racjonalnie ocenić, ale męcząc się przy recenzji tej płyty permanentnie wracały do mnie myśli - a może to początek końca? Tak czy inaczej "Dodge and Burn" należy umieścić w podsumowaniu roku na wysokiej lokacie, choć nie ukrywam, że mogło być odrobinę lepiej.
Data premiery: 25 września 2015

Slayer - Repentless
7. Slayer - Repentless
Rok temu zestawieniem rządziły ciężkie albumy (Slipknot, Godsmack, Machine Head). W tym roku na dobrą sprawę mniej jest mocnej muzyki, ale nie mogło zabraknąć Slayera. O kulisach powstawania "Repentless" pisałem przy okazji recenzji, dlatego ograniczę się jedynie do konkluzji, że zmiany personalne nie zaszkodziły zespołowi. Wciąż grają porządny thrash metal, wciąż do ich muzyki można potrzepać głową. Slayer zachowuje wysoki poziom i zdolności kompozytorskie. Niewiele jest kapel, które na przestrzeni lat utrzymały styl wiernie trzymając się ideałów młodości. Na tym albumie oczywiście nie znajdziemy (tradycyjnie) żadnych ballad i zapchajdziur. Warto zwrócić uwagę na pracę bębniarza (np. w "Chasing Death"). Moim faworytem jest "Implode", który realizuje prostą filozofię: szybko, ostro i do przodu. I to jest kwintesencja Slayera.
Data premiery: 11 września 2015

Eagles Of Death Metal - Zipper Down

6. Eagles Of Death Metal - Zipper Down
Wbrew mylącej nazwie Amerykanie grają muzykę bardzo lekką i przystępną, rzekłbym nawet przebojową. A taki "Complexity" to materiał na niezły hicior. Co z tego, skoro EODM są tak bardzo przebojowi jak i niezależni jednocześnie. Jessie Hughes i Josh Homme nagrywają kolejną dobrą płytę i zdecydowanie najlepszą od czasów rewelacyjnego debiutu. Szkoda że ostatnio w trasy wybiera się sam Jessie (bez Josha, a skład uzupełniają muzycy koncertowi), bo ta seksowno-rockowo-kosmiczna miksutra podana przez duet mogłaby nieźle wstrząsnąć publiką. A tak pozostaje nam słuchanie krążka "Zipper Down". Zestaw numerów jest naprawdę porządny i nie potrzebuje dodatkowej rekomendacji. A jeśli nie wierzycie - spójrzcie na okładkę płyty. Ta prowokacyjna grafika odsłania wiele, ale nie wszystko. Zatem, słuchamy!
Data premiery: 2 października 2015

Slaves - Are You Satisfied?
5. Slaves - Are You Satisfied?
Nie było w tym roku lepszego debiutu. Slaves to proste rockowe granie z punkowym pazurem. Album daje słuchaczowi pełnię satysfakcji. Zachowując proporcje mógłbym ich premierowe dzieło uznać "Never Mind the Bollocks. Here`s the Sex Pistols" XXI wieku! Ironiczni, bezczelni, młodzi, fascynujący. Wielka Brytania ma szczęście do debiutów. Rok temu świat podbijał Royal Blood, a teraz kolejny rewelacyjny duet wypływa na szerokie wody. Gdyby przeanalizować moje zestawienie - "Are You Satisfied?" wygrałoby w rankingu - najbardziej niezobowiązująca płyta 2015 roku.
Data premiery: 1 czerwca 2015



The Sword - High Country
4. The Sword - High Country
Druga co do wielkości niespodzianka w zestawieniu. Ta niepozorna kapela ze Stanów mocno zakorzeniona w stoner rocku wydała album bardziej klasyczny. Najnowszym dziełem muzycy The Sword pokazali również, że nieustanny rozwój może przynieść piękne owoce. Początkowo miałem wrażenie, że obcuję z jakimś hard rockowym dziełem przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Sekcja dęta  w "Early Snow" rozłożyła mnie na łopatki. Ta wolta stylistyczna oraz fakt doskonałości i równości materiału, to najmocniejsze argumenty, żeby płytę "High Country" ulokował tuż przy samym podium najciekawszych produkcji 2015 roku.
Data premiery: 21 sierpnia 2015

Killing Joke - Pylon
3. Killing Joke - Pylon
Ten album płynie. Od pierwszej do ostatniej minuty Killing Joke wchodzi na wysokie obroty i tak zostaje do samego końca. Kilka tygodni temu pisałem w recenzji tego dzieła, że trudno wyróżniać poszczególne fragmenty, bo album stanowi zwartą całość. Moje słowa o "Pylon" nie straciły na znaczeniu. Płyta jest wydarzeniem na scenie muzycznej. To dynamit rzucony w zadowolony tłum, gdzie każdy przyjął już bezpieczne położenie. Jeżeli jednak miałbym odpowiedzieć na pytanie - czemu nie jest to numer jeden tego roku, to podałby tylko jeden argument - te 90 minut do zdecydowanie za dużo.
Data premiery: 23 października 2015


Disturbed - Immortalized
2. Disturbed - Immortalized
Na ten moment mój ulubiony album Disturbed. Przerwa w działalności zrobiła zespołowi dobrze. Muzycy wrócili w świetnej (życiowej?) formie. Zero zapychaczy, zero przeciętniactwa. Każdy numer wnosi coś interesującego na płytę. Przeróbka "The Sound of Silence" formacji Simon and Garfunkel, która jest być może najlepszym tego typu utworem w dyskografii. Słuchanie Disturbed na nowo staje się czymś pożądanym. Materiał jest dynamiczny, melodie wpadają w ucho, kawałki łatwo zapamiętać. Charakterystyczne okrzyki Draimana w "Who", dwa rewelacyjne numery: "Open your Eyes" i "What Are You Waiting For?", to najmocniejsze strony "Immortalized". Gdy pada hasło "najlepsze 3 płyty 2015" od razu przychodzi mi do głowy właśnie dzieło Disturbed. Mocne rockowe granie, niemożliwy do podrobienia wokal i równie wyjątkowe rockowo/metalowe brzmienie.
Data premiery: 21 sierpnia 2015

Faith No More - Sol Invictus
1. Faith No More - Sol Invictus
Corey Taylor (wokalista Slipknot) uznał ten album najlepszą płytą 2015 roku. W pełni się z nim zgadzam. Czekając na płytę Faith No More miałem ogromne obawy. Te kilkanaście lat przerwy w działalności grupy mogło spor zmienić. Na szczęście "Sol Invictus" to dzieło doskonałe. Na pewno najdojrzalsze w dyskografii amerykańskiej formacji. Cztery muzyczne indywidualności i wybitny wokal, który przemycił na płytę najznakomitsze elementy z różnych swoich projektów, a wypadkową tych działań jest rzecz zacna. Więcej na temat "Sol Invictus" w mojej recenzji.

Data premiery: 19 maja 2015

--------------

Zobacz także:
Najciekawsze albumy 2015 roku cz. I [zagraniczne]
Muzyczne rozczarowania 2015 roku

środa, 13 maja 2015

Faith No More - Sol Invictus (2015) - recenzja płyty

Dopiero zdjęcia ze studia nagraniowego zamieszczone przez zespół w internecie spowodowały, że uwierzyłem w "Sol Invictus", czyli siódmy studyjny album Faith No More. Malkontentów i sceptyków muszę odesłać z kwitkiem, to nie jest reanimacja trupa. Pacjent opuścił oddział o własnych siłach.

Muzykę Faith No More najlepiej określić jako bigos brzmień i emocji. Dojrzałość goni za beztroską, prześmiewczość ściga się z powagą/patosem. Różne gatunki muzyczne stanowią przemyślany kolaż. Nie ma presji i kalkulacji, ale też chaosu czy przypadkowości. 

Dziś amerykański kwintet pod przywództwem Mike`a "wszystko umiem zaśpiewać" Pattona* ma w sobie tyle odwagi, że nie zamierza nagrywać słabych kontynuacji czy niezdarnych eksperymentów. Nie zatraca swojego charakterystycznego stylu.

Faith No More - Sol Invictus
Faith No More - Sol Invictus


"Sol invictus" trzeba posłuchać kilkukrotnie, by w pełni pokochać ten album. Moje pierwsze wrażenie było takie jak to, gdy usłyszałem dwa single - hm, okej, ale nie urywa pupci. Minęło trochę czasu i odleciałem. Dziś "Superhero" uważam za jeden z najlepszych kawałków w dyskografii "Faith No More", a nie jest to jedyne odkrycie.

Dojrzały początek. "Sol Invictus" z niskim wokalem Pattona zaskakuje. Spokojne, zdystansowane wejście ma jednak na celu uśpić naszą czujność. Tuż za rogiem czai się prawdziwy kiiler. Wspomniany "Superhero" brzmi jak połączenie Tomahawka z kompozycjami z płyty "The Real Thing".  Patetyczne refreny i krzyki Pattona w zwrotce to jeszcze nie wszystko. Roddy Bottum swoim motywem klawiszowym połączonym z gitarowym szaleństwem Hudsona tworzą orientalny klimat. Dodatkowo także bogate perkusyjne wariacje Bordina i głęboki bas Goulda czynią z "Superhero" dzieło kompletne. Będziecie często do tego wracać.

"Sunny Side Up" kładzie pomost między płytami "King for a Day... Fool for a Lifetime" a "Album of the Year". A gdyby mocniej się wsłuchać, można nawet odnaleźć wpływy "The Real Thing". Taka stylistyczna zabawa dla zaawansowanych. "Separation Anxiety" przez swoją transowość i mroczność najbardziej pasuje do kompozycji Tomahawka. Miłośnikom tego projektu Pattona powyższy numer rozsadzi z euforii czaszkę. Po prostu miazga! Tego jeszcze nie grali - tak pomyślałem po pierwszych taktach "Cone of Shame", ale szybko się zreflektowałem. Ta niepokojąca opowiastka pokazuje pazur i drapie nas w twarz. Znacie te dzikie krzyki z Mr Bungle i z Fantomasa.

"Rise of the Fall" klimatem przypomina płytę "California" Mr Bungle. Ścieżka dźwiękowa z wesołego miasteczka na pięć minut przed katastrofą... Kocham takie granie! "Black Friday" za pierwszym razem umknął mojej uwadze. Nadrobiłem to. Rozsmarowałem masło na czole... Yyyy... numer zacny!
"Motherfucker" dzięki marszowemu tempu nadawanemu przez werble od razu przykuwa ucho. Warto zwrócić też uwagę na napięcie, które zespół skrupulatnie buduje w kompozycji. Solówka Jona Hudsona wisienką na torcie? No raczej! O "Matadorze" było wspomnieć.  Naprawdę już dawno akordy na pianinie Bottuma nie miały takie wydźwięku jak tu.

Faith No More nie byliby sobą, gdyby do zestawu piosenek nie dorzucili jakiegoś "chochlika".  Lekki, słoneczny, beztroski "From The Dead" nie przystaje brzmieniowo do całości, jednak znakomicie wpisuje się w konwencję zespołu. Gitara akustyczna i chórki mogą wprowadzają słuchacza w sielankowy nastrój. Tylko tytuł coś nie pozwala się zrelaksować... Ach, to przewrotne FNM.

Na płycie jest więcej smaczków, to "Sol invictus" należy uznać za pracę zespołową. Nikt się nie wyróżnia, wszyscy dają tyle ile potrzeba. Z korzyścią dla płyty. Jest dopiero maj, a my już mamy silnego faworyta do wygrania plebiscytu na album roku.

Lista utworów:
1. Sol Invictus
2. Superhero
3. Sunny Side Up
4. Separation Anxiety
5. Con Of Shame
6. Rise Of The Fall
7. Black Friday
8. Motherfucker
9. Matador
10. From The Dead

* Mike Patton jest genialnym wokalistą, a jego umiejętności wymykają się ocenie. Uczynił ze swojego głosu instrument, którego wielu jednowymiarowych artystów może tylko pozazdrościć.

czwartek, 8 stycznia 2015

Najbardziej wyczekiwane płyty 2015 roku

#Slayer #Faith No More #Prodigy

Co roku zastanawiam się, kto mnie zaskoczy. Po przejrzeniu listy zapowiadanych premier mam już swoich faworytów. Chcecie ich poznać? Oto oni:

Björk
W ubiegłym roku w polskich kina pokazywany był zapis koncertu "Biophilia Live" - świetne widowisko muzyczno-wizualne, podczas którego mogliśmy usłyszeć artystkę wraz z towarzyszącym jej chórem oraz muzykami. Smaczku wydarzeniu dodawały instrumenty, z których część została skonstruowana specjalnie na ten koncert. Björk należy do osób nie lubiących nudy i stagnacji. Szykujcie się w 2015 roku na kolejny osobliwy album islandzkiej wokalistki. Dziewiąta płyta powstaje przy współpracy z wenezuelskim producentem - Arca oraz ambientowy producent The Haxan Cloak.

Bjork
Björk/materiały prasowe


The Prodigy
Piekielnie trudno będzie przebić tak wyśmienity album jakim był wydany w 2009 roku "Invaders Must Die". Takie zadanie stoi przed zaplanowanym na 30 marca "The Day Is My Enemy", ale brytyjskie trio słynie z bardzo świeżego podejścia do muzyki elektronicznej i na pewno możemy spodziewać się czegoś oryginalnego. Liczę na porządny materiał.

The Prodigy - The Day Is My Enemy
Prawdopodobnie nowa okładka płyty The Prodigy/facebook.com


Faith No More
Oj, pogrywają sobie z nami. Najpierw reaktywacja, długa trasa koncertowa i zaprzeczenia, że będzie coś więcej. Później znowu wspólne granie i nadzieja. Dziś już mamy pewność - będzie nowa płyta. Niedawno ukazał się singiel "Motherfucker" i zrobiło się niezłe zamieszanie. Fani podzieleni, ja podzielony. Początkowo byłem sceptyczny, ale do diaska! Ktoś musi przywalić w 2015 dziełem epokowym. Może właśnie zrobią to: Mike Patton, Jon Hudson, Billy Gould, Roddy Bottum i Mike Bordin? Czekacie? Jeśli tak, to pogadamy 15 kwietnia!


Slayer
Ten zespół jest niezniszczalni! A w ostatnich latach problemy Slayera nie omijały. Najpierw szeregi kapeli opuścił Dave Lombardo, który jest bardzo krytycznie nastawiony do aktualnych poczynań byłych kolegów. Natomiast w maju 2013 roku zmarł gitarzysta Jeff Hanneman. Mimo wszystko Kerry King i Tom Araya postanowili pchać ten kamień thrashu pod górę. Jedno jest pewne, na nowej płycie nie musimy spodziewać się ballad. Szykuje się za to bezkompromisowa  szybka jazda. Posłuchajcie numeru "Implode":



Coś jeszcze? Na nowy Bloodhound Gang już chyba przestałem czekać. Dużo gadania, napinania muskułów i zero konkretów. Kolejna płyta Limp Bizkit wciąż pozostaje w planach, choć zespół wypuścił już kilka singli. Podobno Black Sabbath nie chce kończyć, a Red Hot Chili Peppers też coś tam chce wydać. Gorącą premierą stycznia będzie "The Pale Emperor" Marylina Mansona. W lutym posłuchamy nowego Kid Rocka, a w kwietniu Paradise Lost (choć to wcale nie jest to takie pewne). Wkrótce poznamy kolejne zapowiedzi. Nuda nam nie grozi.

sobota, 22 listopada 2014

Nowa płyta Faith No More?

W kwietniu 2015 roku będzie 7 płyta Faith No More! Zespół zaklepuje terminy na europejskich festiwalach muzycznych na przyszły rok (m.in. potwierdzone Download Festival, Hellfest). Sporo szumu w mediach zrobił singiel "Motherfucker". Opinie były podzielone, bowiem jest grupa fanów Faith No More, która nie chce zmieniana legendy, ale jak udowadnia przykład Soundgarden, można odrodzić się z popiołów. Pytanie tylko - czy naprawdę warto?

Faith No More 2014
Faith No More 2014 [źródło: facebook.com]


Oczywistym faktem jest to, iż FNM zaczęło się z chwilą przyjścia do zespołu nowego wokalisty, czyli wraz z dołączeniem do składu Mike`a Pattona w styczniu 1989 roku. Wtedy zespół miał praktycznie ukończoną przełomową płytę "The Real Thing i brakowało tylko przysłowiowej kropki nad "i". Charyzmatyczny artysta szybko pomógł amerykańskiej formacji wznieść się na wyższy poziom i uzyskać status gwiazdy. Kolejny album "Angel Dust" był tylko ugruntowanej tej pozycji, a dograny naprędce cover Commmodores "Easy" znacznie przybliżył ekipę z San Francisco do mainstreamu. Później Faith No More wydali jeszcze dwie znakomite płyty, z których jednak większą popularność zyskał "Album Of The Year" być może ze względu na mocne single: "Ashes To Ashes" czy "Stripsearch". Zespół zagrał mnóstwo koncertów, dał setki wywiadów, nakręcił kilka niezłych teledysków. Jednak w 1998 roku zaczęły nasilać się pogłoski o rozpadzie. Panowie byli sobą zmęczeni, chcieli czegoś nowego. Rozstali się w miarę pokojowo.

Nie bez znaczenie dla rozwiązania kapeli było spore zaangażowanie Pattona w różne poboczne projekty. Wokalista nigdy nie spełniał się jako lider formacji, która będzie przez trzydzieści lat usilnie trwać na scenie. Czas w Faith No More wykorzystał jako inwestycję na przyszłość. Dzięki rozgłosowi, estymie oraz pieniądzom, mógł skupić się na karierze solowej. I choć tworzył też typowe zespoły, to jednak zawsze indywidualizm, skłonność do poszukiwania nowych wyzwań i artystyczna niezależność stanowiły jego główne założenia kolejnych muzycznych przedsięwzięć. Było ich mnóstwo, nie zamierzam wymieniać, bo każdy może sięgnąć i sprawdzić czym się zajmować przez ostatnie kilkanaście lat.

Inni muzycy też po rozpadzie zespołu nie nudzili się. Perkusista Mike Bordin grał z Ozzym Osbournem, współpracował z Jerrym Cantrellem, grał też koncerty z Black Sabbath i Kornem. Klawiszowiec Roddy Bottum skupił się na swoim zespole o nazwie Imperial Teen. Z kolei basista Billy Gould też nie próżnował - wśród godnych odnotowania działań muzycznych warto zauważyć choćby kolaborację z Jello Biafrą (legendarnym wokalistą punk rockowej formacji Dead Kennedys). Ostatni gitarzysta Faith No More - Jon Hudson wydaje się w tym gronie dość niewidoczny.

W 2009 roku jednak ci skupieni na nowych projektach muzycy postanowili reaktywować legendę. Od słowa do słowa przeszli do czynów. Najpierw była trasa koncertowa. Wtedy też miałem okazję przekonać się na żywo (Open`er, Gdynia), że są w dobrej formie, że dają radę.  Po 5 latach od wznowienia działalności ukazał się pierwszy od dawna wspólny numer. I dotarliśmy do punktu wyjścia.
Czy panowie: Patton, Bordin, Bottum, Gould i Hudson będą w stanie sprostać niebotycznym wymaganiom fanów i mediów? Kultowa "The Real Thing" była nominowana do Grammy, hicior "Easy" brzmiał lepiej niż pierwowzór, teledysk do "Epic" był śmieszny, zawadiacki i idealnie skrojony na tamte czasy. Faith No More zawsze wpasowywało się w realia, choć nie był to efekt kalkulacji, a raczej sporej intuicji. 

Faith No More
Mike Bordin i Billy Gould w studio nagraniowym [źródło: facebook.com]

Na razie wiadomo, że powstało 10 numerów i 15 szkiców kawałków, a całość ma być oryginalna, choć nieoderwana od dotychczasowej twórczości. Jak stwierdza Gould o nowych kompozycjach: "Będą bardzo się różnić od tego, co do tej pory. To kombinacja tego, czego nie usłyszymy nigdzie na świecie i tego, czego naszym zdaniem brakuje innym zespołem. Ostatecznie, będzie to brzmiało jak Faith No More"*. Promocja nadchodzącego wydawnictwa już się rozpoczęła od wypuszczenia singla. Kawałek "Motherfucker" nosi pewne cechy starego Faith No More, z których najważniejszą jest luz. Nie chcę go oceniać, bo skoro ma zapowiadać nową płytę, to wolałbym zrecenzować cały album. 

Czy jednak ta muzyka dziś da radę? Soundgarden publikując w 2012 roku "King Animal" uczyniło progres. Obawiam się, że Faith No More musi wydać coś naprawdę genialnego, żeby oprzeć się krytyce. Skoro mieli płytę "Album Of The Year," to teraz chyba pora na "Album Of The Decade".
Żarty żartami, ja jednak znam doskonale pattonowe zespoły Tomahawk i Peeping Tom, które brzmiały zacnie i w jakiś tam specyficzny sposób zapełniały pustkę po FNM.  Boję się, że jakakolwiek słabość nowego dzieła może zostać obnażona, a legenda poddana próbie.

Konkluzja? Zawsze byłem fanem Faith No More i nim pozostanę. Mam nadzieję, że moje oczywiste w takich sytuacjach obawy się nie sprawdzą. Czego oczekuję po nowym albumie? Epickości przeplatanej humorem, hybrydy brzmień i świeżości. Starzy wyjadacze muszą dać czasu, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto tu rządzi.



* www.antyradio.pl

wtorek, 3 czerwca 2014

Ranking festiwali muzycznych w Polsce w roku 2014

Lato pełne festiwali

To jest mój subiektywny opis festiwali z uwzględnieniem gustu muzycznego oraz doświadczeń lat minionych. Kilka z dużych imprez miałem okazję odwiedzić, na niektóre z nich się wybieram, na pozostałe w tym roku zabrakło pieniędzy/czasu/wolnego itd. Od razu zastrzegam, że nie oceniam darmowych festiwali (gdzie wstęp jest bezpłatny np. Woodstock) oraz takich o których niewiele mogę powiedzieć (bo nigdy nie byłem i nie planowałem się tam wybrać).

Open`er Festival (Gdynia, 2-5.07.2014)
Open`er Festival 2014
(źródło:www.opener.pl)
Prawdziwy lider wśród festiwali jest uznawany za jeden z najlepszych w Europie. Gdyby nie to, że w ubiegłym roku bliżej mi było do Hradec Kralove, by obejrzeć Queens of the Stone Age, pewnie trzeci raz wybrałbym się na to nadmorskie święto muzyki. W 2014 line-up zwala z nóg. Organizatorzy postanowili ściągnąć prawdziwą śmietankę: Faith No More, Pearl Jam, Lykke Li, Jack White, The Black Keys, Interpol. Byłem dwukrotnie i bardzo lubię ten klimat. Karnet na Open`era to naprawdę coś pożądanego tego lata.
Doświadczenia: 2009 (Faith No More), 2011 (Primus, Prince).
Zalety: atmosfera, lista artystów, bliskość morza.
Wady: z Małopolski daaaleko ;)

Orange Warsaw Festival (Warszawa, 13-15.06.2014)
Orange Warsaw Festival 2014
(źródło: www.orangewarsawfestival.pl)
Każdy szanujący się mieszkaniec stolicy powinien już mieć karnet. Warszawski festiwal dzielnie staje w szranki z Open`erem. Lista zaproszonych artystów jest zacna: Queens of the Stone Age, The Prodigy, Pixies, Limp Bizkit, Florence+the Machine, Kings of Leon, Kasabian. Są też mocni reprezentanci polskiej sceny muzycznej jak Jamal czy Skubas. Jest też kilka legend muzyki czarnej: Snoop Dogg, Outkast czy Jurassic 5. Zagra nawet David Guetta czy Ska-P (ska punk rodem z Hiszpanii). Organizatorzy postawili na firmy znane i sprawdzone w naszym kraju. Mnie szczególnie żal, że nie zobaczę prawdziwej ikony sceny alternatywnej, czyli zespołu Pixies.
Doświadczenia:  brak.
Zalety: lista artystów.
Wady: Stadion Narodowy na Coldplay nie zdał egzaminu pod względem akustyki, mam nadzieję że na festiwalu będzie inaczej.

Sonisphere Festival (Warszawa, 11.07.2014)

Sonisphere Festival 2014
Prawdziwa torpeda wśród festiwali. Edycja z 2010 roku gościła na lotnisku Bemowo czwórkę thrashu: Metallikę, Slayera, Megadeth i Anthrax. Przyznam szczerze, że planowałem wyjazd na tamten koncert, ale się nie udało. Festiwal wciąż trzyma poziom. Zmieniła się lokalizacja. Tym razem na Stadionie Narodowym zaprezentuje się Alice In Chains, Kvelertak oraz 50% czwórki thrashu, czyli zespoły Anthrax i Metallica (który to raz w Polsce?). Dla miłośników mocnego grania pozycja obowiązkowa.
Doświadczenia:  brak
Zalety: line-up.
Wady: obawy odnośnie do akustyki wyrażałem już wcześniej.

Impact Festival (Łódź, 11-12.06.2014)
Impact Festival 2014
W zasadzie to... Black Sabbath. Dla tego zespołu warto się wybrać do łódzkiej Atlas Areny. Wygląda na to, iż prekursorzy heavy metalu tak łatwo nie odłożą gitar... Szkoda tylko, że światowa trasa koncertowa a także nowa płyta już bez pierwszego perkusisty. Billy Ward odszedł z zespołu w 2012 roku. Oczywiście podczas Impact Festivalu można będzie również posłuchać drugiej legendy rocka - Aerosmith.
Doświadczenia:  brak
Zalety: Black Sabbath.
Wady: brak mocnych supportów dla gwiazd festiwalu; dość przeciętna strona internetowa (sam profil na facebooku wszystkiego nie załatwi).

Off Festival (Katowice, 1-3.08.2014)

Off Festival
Największą gwiazdą festiwalu organizowanego przez Artura Rojka jest... Artur Rojek. Tak to wygląda, bo tegoroczna edycja oparta jest w dużej mierze na artystach mniej znanych. Ktoś powie,  że polski raper Zeus czy szkocka grupa Belle & Sebastian. Hm... W przeszłości bywali tu m.in. Iggy Pop and the Stooges, Smashing Pumpkins czy gitarzysta Sonic Youth - Thurstone Moore...
Doświadczenia:  2012 (Iggy Pop and the Stooges)
Zalety: specyficzny klimat.
Wady: hipsterka i brak headlinera, który przyciągnąłby tłumy do poznawania tych mniej znanych artystów.

Life Festival (Oświęcim, 25-28.06.2014)
Life Festival 2014
Ta impreza pewnie będzie mieć ciężko prześcignąć największe festiwale, ale co roku organizatorzy znajdują sposób, żeby ściągnąć kogoś wyjątkowego. Udało się i tym razem. O ikonie Ericu Claptonie nie będę pisał, bo już wszystko o nim zostało napisane. Nie wypada jednak nie wspomnieć o koncertowym wydarzeniu roku - jakim jest pierwszy w Polsce występ Soundgarden. Takiej okazji nie można przepuścić! Formacja z Seattle wydała niedawno świetny album, teraz będzie możliwość sprawdzić jak nowe numery prezentują się na żywo. Brawa także za supporty. Przed Soundgarden zagra Luxtorpeda (naprawdę mocna pozycja na polskim rynku rockowym). A na festiwalu pojawią także Jamal, Skubas i Kaliber 44.
Doświadczenia:  wybieram się.
Zalety: świetnie gwiazdy festiwalu.
Wady:  na razie nie stwierdzono.

Zastanawiacie się gdzie ten ranking? Ostatecznie wszystkim festiwalom przyznaję dyplomatycznie pierwsze miejsce, bo każdy jest na swój sposób wyjątkowy i najlepszy.
Wstydu na pewno nie ma. Kiedyś gwiazdy omijały nasz kraj z daleka, teraz walą drzwiami i oknami. Poza festiwalami tymi większymi i mniejszymi można się wybrać na różne koncerty klubowe. Jest w czym wybierać.
W tym roku nie odbędzie się Live Music Festival w Krakowie (wycofał się sponsor). Reaktywacja zapowiadana jest na rok 2015. Castle Party to nie moje klimaty, a o Jarocinie niewiele słyszałem. A może ktoś z Was podzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat polskich festiwali muzycznych?