Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iggy pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iggy pop. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 stycznia 2017

Najlepsze zagraniczne albumy 2016 roku

Wybór zagranicznych płyt nie był rzeczą prostą i oczywistą. Nie może więc dziwić fakt, że dopiero w styczniu opublikowałem zestawienie. Największy problem miałem z pogodzeniem wygórowanych oczekiwań z rzeczywistością. Mimo ogromnego szacunku połączonego z wielkim oddaniem tym razem nie znalazłem miejsca dla nowych produkcji Davida Bowiego i Nicka Cave`a (ich mroczność mnie chyba pokonała). Długo myślałem o Deftones i doszedłem do wniosku, że "Gore" nie jest tym, czego oczekiwałem. Po latach przerwy sięgnąłem po album Megadeth. "Dystopia" jest w porządku, ale... dupy mi nie urwała.

Są za to odkrycia, zespoły których wcześniej nie słuchałem. Pozycje 6,4 i 1 to absolutne niespodzianki. Korn dostał szansę nieco na wyrost (często znakomite zwrotki psują średnie refreny). Powiem więcej. Tylko Iggy Pop od początku był pewniakiem w zestawieniu. Nie było cienia wątpliwości. Pozostałe 9 pozycji to odkrycia i krążki, do których dojrzewałem.


Garbage - Strange Little Birds
10. Garbage - Strange Little Birds
Pierwotnie nie planowałem umieszczenia tej płyty w zestawieniu. Zdanie zmieniłem przypominając sobie, że na "Strange Little Birds" jest zjawiskowy numer "So We Can Stay Alive" kawałek z niesamowitym kontrastem ostrzejszych gitarowych riffów z leniwymi wokalami Shirley Manson i rockowo-elektronicznym tłem. Warto pamiętać też o jedynym bardziej rockowym utworze "Empty" (swoją drogą ten singiel to mało reprezentatywny przedstawiciel płyty). Co więcej? W zasadzie płyta jest nastrojowa, łagodna i za pierwszym razem nie podchodzi. Odradzam starym fanom Garbage, bo gitarowych numerów raczej tu wiele nie znajdą. No chyba że już zdążyli się przyzwyczaić, że ta grupa tak po prostu gra i tyle.
Data premiery: 10 czerwca 2016

The Cult - Hidden City
9. The Cult - Hidden City
Byłbym zapomniał o The Cult, gdyby nie ostatni bardzo dobry album. Jedno z większych zaskoczeń tego roku. Melodie, kompozycje, riffy, wokale - wszystko na miejscu. Być może będę w mniejszości, która pochyliła się nad tym dziełem. Warto! Siła zespołu tkwi w tym, że nie produkują płyt na każdą okazję. 10 album w dyskografii grupy (istnieją od 1983 roku) i swoisty powrót do korzeni (więcej gotyckiego rocka, czyli mroku).

Data premiery: 5 lutego 2016





Zakk Wylde - Book Of Shadows II
8. Zakk Wylde - Book Of Shadows II
Kiedy Zakk nie ma ochoty na gitarowe wygibasy w Black Label Society bierze się za solowe kompozycje. I w ten sposób w 2016 objawiła się kontynuacja "Book Of Shadows". Spokojniejsze numery, więcej gitar akustycznych i przestrzeni. To taki balsam na zmęczone ciężkimi rffami uszy. W konwencję wyciszonego grania wpasowuje się również Corey Taylor i tak dostajemy świetny "Sleeping Dogs" z gościnnym udziałem wokalisty Slipknota. Pokochacie to!

Data premiery: 8 kwietnia 2016




In Flames - Battles
7. In Flames - Battles
Bardzo dobrze się tego słucha. Album "Battles" jest różnorodny, nasycony mocnymi brzmieniami i melodyjnymi fragmentami. W doskonałych proporcjach. Kiedyś omijałem In Flames, nie wierzyłem, że mnie czymś zaskoczą. I zrobili to! Wyszedł im wciągający zestaw kawałków, do których chętnie będę wracał.

Data premiery: 11 listopada 2016







Korn - The Serenity of Suffering
6. Korn - The Serenity of Suffering
Strasznie nierówna płyta. Kilka genialnych numerów przeplatanych przeciętnymi. Korn próbował udobruchać starych fanów i skończyć etap eksperymentów oraz poszukiwań. Wyszło połowicznie. Teoretycznie nie powinno tej płyty być w zestawieniu, ale "Insane" (ta dzikość)  oraz "Rotting In Vain" to są najlepsze (na pewno pierwsza piątka) numery 2016 roku. Bardzo długo przekonywałem się do "A Differend World", ale dziś jest to jeden z moich ulubionych numerów. Wciąż ostatnim mocnym albumem Korna jest "Take A Look In The Mirror". Tegoroczny krążek ma kilka mocnych momentów i pewnie z czasem zyska na wartości w mojej hierarchii. 

Data premiery: 21 października 2016

Pixies - Head Carrier
5. Pixies - Head Carrier
To było pierwotnie wielkie rozczarowanie, ale jak kurz bitewny opadł i zarzuty o rozmienianie się na drobne straciły na aktualności, zaczęło się rzetelne słuchanie. Pixies prochu nie odkrywa, jednak radzi bardzo sobie przyzwoicie. Rozgrzewka nastąpiła przy okazji poprzedniego albumu. Tam nie było tego ognia i błysku. Tu jest zdecydowanie lepiej. Szczególnie rewelacyjny "Talent" (cóż za refren!) i ten agresywny "Baal`s Back". "Might As Well Be Gone" przypomina czasy "Velourii" (może muzyczne pejzaże się tu tak nie rozmywają, ale klimat jest równie wciągający).

Data premiery: 30 września 2016



Witchcraft - Nucleus
4. Witchcraft - Nucleus
Cóż to jest za album. 2 pojechane kawałki po kilkanaście minut i kilka genialnych krótszych numerów. Jest w czym wybierać.  Ten szwedzki doom metal uzależnia jak najmocniejszy narkotyk. "The Outcast" po prostu mnie przetargał na pół. Nie umieszczenie płyty w zestawieniu 2016 roku wypada uznać za zbrodnię. Synowie Black Sabbath ze Skandynawii - szacun dla Was! Zrobiliście coś wyjątkowego. Pokazaliście, że można nadal inspirować się brzmieniem sprzed czterdziestu lat i nadal tworzyć coś świeżego i poruszającego.

Data premiery: 15 stycznia 2016


Metallica - Hardwired...To Self-Destruct
3. Metallica - Hardwired...To Self-Destruct
Zupełnie nie rozumiem tego całego hejtu na "Death Magnetic". Lubię przedostatnią płytę i w nowym wydawnictwie Metalliki również odnajduję ślady brzmienia z tamtej publikacji. Natomiast różnica na plus dla wydanego w listopadzie albumu jest taka, że kompozycje są lepsze i po kilku przesłuchaniach bardziej wpadają w uchu. Nie jest to najlepsza rzecz jaką słyszałem w 2016 roku, ale "Moth Into Flame" na pewno trzeba uznać top 5 kawałków ostatniego roku. Co jeszcze? Sabbathowy riff w "Dream No More". Jak się dobrze wgryźć w "Hardwired... To Self-Destruct" można doszukać się wielu wycieczek wstecz do starszych płyt. Prawda jest taka, że Metallica wciąż jest na metalowo/rockowym świeczniku i nikt jej z niego nie zrzuci. Kawał dobrego albumu!

Data premiery: 18 listopada 2016

Iggy Pop - Post Pop Depression
2. Iggy Pop - Post Pop Depression
Co możesz zrodzić kolaboracja ojca chrzestnego punk rocka Iggy Popa z ojciec współczesnego stoner rocka Joshem Hommem? Jedną z najlepszych płyt minionego roku. Siedemnasty album w dorobku Popa trzyma wysoki poziom. "Post Pop Depression" przesiąknięta jest pustynnym piaskiem, halucynogennym pejotlem i osobistym oczyszczeniem po śmierci przyjaciela wokalisty.  Wiadomo przecież że Iggy i David Bowie przez lata byli duetem na niwie muzycznej jak i kumplowsko-braterskiej. Wypada mieć tylko nadzieję, że nie jest to żaden testament, a raczej płomyk nadziei i nowo wytyczona ścieżka do kolejnych fantastycznych projektów. Przecież najfajniejsze jest podążanie za celem.

Data premiery: 18 marca 2016

Rival Sons - Hollow Bones
1. Rival Sons - Hollow Bones
Te riffy, te melodie! Od razu polubiłem. I choć jest to dopiero pierwsza płyta Rival Sons z jaką się zetknąłem, od dziś jestem ich fanem. Kalifornijski blues rock połączony z hard rockiem na bardzo klasycznych fundamentach. Idealna propozycja dla słuchaczy, którzy chętnie posłuchają solówki i wyłowią jakieś nawet oldschoolowe korzenie Led Zeppelin oraz Free. Co bardziej uważni odkryją nawet soulowe i psychodeliczne naleciałości.  "Hollow Bones" to 37 minut rockowej fiesty. Początkowo chciałem wyróżnić kilka numerów, ale tu cały zestaw zasługuje na docenienie. Musicie tego posłuchać! To jeden z najlepszych albumów 2016 roku!

Data premiery: 10 czerwca 2016


czwartek, 17 marca 2016

Iggy Pop - Post Pop Depression (2016) - recenzja płyty

Strach przed utratą kolejnej legendy powoduje*, że media przychylniej zerkają na tych żyjących. David Bowie odszedł w styczniu. W świecie muzycznym zrobiła się wielka wyrwa. A przecież kiedyś on nagrywał z Iggym Popem znakomite albumy. Ich wspólny berliński etap twórczości okazał się niezwykle płodny. To był jeden z najciekawszych duetów w historii rocka. Teraz pozostał nam tylko Iggy i jego prawdopodobnie pożegnalny album.

Iggy Pop - Post Pop Depression
Okładka płyty "Post Pop Depression"


Siedemnasta płyta Iggy Popa wychodzi oficjalnie w piątek 18 marca jednak kilka dni temu została opublikowana w internecie więc każdy mógł się z nią zaznajomić przed premierą. Skorzystałem z tej okazji i ja.

Największym magnesem przyciągającym do "Post Pop Depression" jest Josh Homme. Lider Queens of the Stone Age podjął współpracę z Iggym w styczniu 2015 roku. Po kilku rozmowach i przygotowaniach artyści przystąpili do nagrywania. Proces rejestrowania nowych kawałków rozpoczął się w należącym do Homme`a studio Joshua Tree w Kalifornii a zakończył w innym studio (Burbank). Wsparcia na płycie udzielili: Dean Fertita (The Dead Weather, Queens of the Stone Age), który wespół z Joshem nagrał partie gitar, basu oraz instrumentów klawiszowym; natomiast za perkusją usiadł Matt Helders (Arctic Monkeys).

Album "Post Pop Depression" przynosi 9 numerów, które trzymają poziom i czuć tu niesamowity klimat. To jest Iggy Pop wkraczający na teren pustyni należącej do Josha. Westernowy "Vulture" mógłby stanowić projekcję siły Ennio Morricone na psychodeliczno-indiańską przestrzeń piasku, wiatru i kaktusów znaną choćby z nagrań Desert Session. 

Zacząłem trochę od środka, ale początek albumów jest dość standardowy, rzekłbym piosenkowy ("Gardenia"). "Sunday" oparty jest funkowym podłożu i ma potencjał przeboju. Gdzieś od połowy akcent przesuwany jest na nagrania bardziej klimatyczne, specyficznie nastrojowe (broń Boże nie jest to muzyka tła!). "Sunday" przywodzi mi na myśl okolice formacji Beirut. "German Days" ze świetnymi gitarowymi zagrywkami i zawodzącymi partiami wokalnymi Popa może stanowić nawiązanie do dawnych czasów (przywołanego we wstępie okresu twórczości Popa i Bowiego, która tak pięknie rozkwitła w Niemczech).

Iggy Pop śpiewa trochę leniwie, trochę od niechcenia jakby chciał uwiarygodnić swoje życiowe zmęczenie. Jednak w tym muzycznym testamencie jest coś więcej niż tylko pesymizm. To także katharsis dla niego po utracie przyjaciela (Bowiego), ale również oczyszczenie dla Josha (atak terrorystyczny w Le Bataclan**). Warto jednak zwrócić uwagę, że zamykający album utwór "Paraguay" to ostatniej fazie pokaz punkowej wręcz agresji wokalnej Popa, który zamiast zagasić ognisko postanawia jednak dorzucić kilka drewien. A jak!

Zachwyty prasy zachodniej podchwycone przez rodzime media muzyczne wcale nie są przesadzone. Znakomita płyta. Świetna ekipa ludzi. Dlaczego tak późno?! A może jest jeszcze nadzieja, że to nie koniec?


* Piszę to o swoistym nastroju pośród fanów muzyki, który jest wypadkową ostatnich śmierci zasłużonych muzyków. To pasmo smutnych informacji powoduje, że utrwala się przeświadczenie o końcu pewnej epoki.
** Josh Homme jest jednym z muzyków Eagles of Death Metal. Jednak feralnego dnia podczas ataku terrorystów na paryski klub nie występował z zespołem.

wtorek, 3 czerwca 2014

Ranking festiwali muzycznych w Polsce w roku 2014

Lato pełne festiwali

To jest mój subiektywny opis festiwali z uwzględnieniem gustu muzycznego oraz doświadczeń lat minionych. Kilka z dużych imprez miałem okazję odwiedzić, na niektóre z nich się wybieram, na pozostałe w tym roku zabrakło pieniędzy/czasu/wolnego itd. Od razu zastrzegam, że nie oceniam darmowych festiwali (gdzie wstęp jest bezpłatny np. Woodstock) oraz takich o których niewiele mogę powiedzieć (bo nigdy nie byłem i nie planowałem się tam wybrać).

Open`er Festival (Gdynia, 2-5.07.2014)
Open`er Festival 2014
(źródło:www.opener.pl)
Prawdziwy lider wśród festiwali jest uznawany za jeden z najlepszych w Europie. Gdyby nie to, że w ubiegłym roku bliżej mi było do Hradec Kralove, by obejrzeć Queens of the Stone Age, pewnie trzeci raz wybrałbym się na to nadmorskie święto muzyki. W 2014 line-up zwala z nóg. Organizatorzy postanowili ściągnąć prawdziwą śmietankę: Faith No More, Pearl Jam, Lykke Li, Jack White, The Black Keys, Interpol. Byłem dwukrotnie i bardzo lubię ten klimat. Karnet na Open`era to naprawdę coś pożądanego tego lata.
Doświadczenia: 2009 (Faith No More), 2011 (Primus, Prince).
Zalety: atmosfera, lista artystów, bliskość morza.
Wady: z Małopolski daaaleko ;)

Orange Warsaw Festival (Warszawa, 13-15.06.2014)
Orange Warsaw Festival 2014
(źródło: www.orangewarsawfestival.pl)
Każdy szanujący się mieszkaniec stolicy powinien już mieć karnet. Warszawski festiwal dzielnie staje w szranki z Open`erem. Lista zaproszonych artystów jest zacna: Queens of the Stone Age, The Prodigy, Pixies, Limp Bizkit, Florence+the Machine, Kings of Leon, Kasabian. Są też mocni reprezentanci polskiej sceny muzycznej jak Jamal czy Skubas. Jest też kilka legend muzyki czarnej: Snoop Dogg, Outkast czy Jurassic 5. Zagra nawet David Guetta czy Ska-P (ska punk rodem z Hiszpanii). Organizatorzy postawili na firmy znane i sprawdzone w naszym kraju. Mnie szczególnie żal, że nie zobaczę prawdziwej ikony sceny alternatywnej, czyli zespołu Pixies.
Doświadczenia:  brak.
Zalety: lista artystów.
Wady: Stadion Narodowy na Coldplay nie zdał egzaminu pod względem akustyki, mam nadzieję że na festiwalu będzie inaczej.

Sonisphere Festival (Warszawa, 11.07.2014)

Sonisphere Festival 2014
Prawdziwa torpeda wśród festiwali. Edycja z 2010 roku gościła na lotnisku Bemowo czwórkę thrashu: Metallikę, Slayera, Megadeth i Anthrax. Przyznam szczerze, że planowałem wyjazd na tamten koncert, ale się nie udało. Festiwal wciąż trzyma poziom. Zmieniła się lokalizacja. Tym razem na Stadionie Narodowym zaprezentuje się Alice In Chains, Kvelertak oraz 50% czwórki thrashu, czyli zespoły Anthrax i Metallica (który to raz w Polsce?). Dla miłośników mocnego grania pozycja obowiązkowa.
Doświadczenia:  brak
Zalety: line-up.
Wady: obawy odnośnie do akustyki wyrażałem już wcześniej.

Impact Festival (Łódź, 11-12.06.2014)
Impact Festival 2014
W zasadzie to... Black Sabbath. Dla tego zespołu warto się wybrać do łódzkiej Atlas Areny. Wygląda na to, iż prekursorzy heavy metalu tak łatwo nie odłożą gitar... Szkoda tylko, że światowa trasa koncertowa a także nowa płyta już bez pierwszego perkusisty. Billy Ward odszedł z zespołu w 2012 roku. Oczywiście podczas Impact Festivalu można będzie również posłuchać drugiej legendy rocka - Aerosmith.
Doświadczenia:  brak
Zalety: Black Sabbath.
Wady: brak mocnych supportów dla gwiazd festiwalu; dość przeciętna strona internetowa (sam profil na facebooku wszystkiego nie załatwi).

Off Festival (Katowice, 1-3.08.2014)

Off Festival
Największą gwiazdą festiwalu organizowanego przez Artura Rojka jest... Artur Rojek. Tak to wygląda, bo tegoroczna edycja oparta jest w dużej mierze na artystach mniej znanych. Ktoś powie,  że polski raper Zeus czy szkocka grupa Belle & Sebastian. Hm... W przeszłości bywali tu m.in. Iggy Pop and the Stooges, Smashing Pumpkins czy gitarzysta Sonic Youth - Thurstone Moore...
Doświadczenia:  2012 (Iggy Pop and the Stooges)
Zalety: specyficzny klimat.
Wady: hipsterka i brak headlinera, który przyciągnąłby tłumy do poznawania tych mniej znanych artystów.

Life Festival (Oświęcim, 25-28.06.2014)
Life Festival 2014
Ta impreza pewnie będzie mieć ciężko prześcignąć największe festiwale, ale co roku organizatorzy znajdują sposób, żeby ściągnąć kogoś wyjątkowego. Udało się i tym razem. O ikonie Ericu Claptonie nie będę pisał, bo już wszystko o nim zostało napisane. Nie wypada jednak nie wspomnieć o koncertowym wydarzeniu roku - jakim jest pierwszy w Polsce występ Soundgarden. Takiej okazji nie można przepuścić! Formacja z Seattle wydała niedawno świetny album, teraz będzie możliwość sprawdzić jak nowe numery prezentują się na żywo. Brawa także za supporty. Przed Soundgarden zagra Luxtorpeda (naprawdę mocna pozycja na polskim rynku rockowym). A na festiwalu pojawią także Jamal, Skubas i Kaliber 44.
Doświadczenia:  wybieram się.
Zalety: świetnie gwiazdy festiwalu.
Wady:  na razie nie stwierdzono.

Zastanawiacie się gdzie ten ranking? Ostatecznie wszystkim festiwalom przyznaję dyplomatycznie pierwsze miejsce, bo każdy jest na swój sposób wyjątkowy i najlepszy.
Wstydu na pewno nie ma. Kiedyś gwiazdy omijały nasz kraj z daleka, teraz walą drzwiami i oknami. Poza festiwalami tymi większymi i mniejszymi można się wybrać na różne koncerty klubowe. Jest w czym wybierać.
W tym roku nie odbędzie się Live Music Festival w Krakowie (wycofał się sponsor). Reaktywacja zapowiadana jest na rok 2015. Castle Party to nie moje klimaty, a o Jarocinie niewiele słyszałem. A może ktoś z Was podzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat polskich festiwali muzycznych?

niedziela, 5 sierpnia 2012

Po aptece z Iggym Popem

Relacja z Off Festival 2012 (Katowice, dzień drugi czyli 4.08)



Mój pierwszy pobyt na tym festiwalu współtworzonym przez Artura Rojka wypadł bardzo okazale. Niestety nie miałem okazji zobaczyć pierwszego dnia naspidowanego Atari Teenage Riot czy Death In Vegas ani Henrego Rollinsa (występującego tym razem nie z zespołem, ale solo w formie spoken word - gość nawija o drażniących go sprawach społeczno-politycznych). Za to drugi dzień festiwalu rozpoczęliśmy dość wcześnie jak na moje standardy, bo już o godzinie 15. Wtedy na głównej scenie prezentowali się rockandrollowcy z The Stubs - energetyczny występ, w nich przyszłość. 


Następnym koncert to Kobiety. Trójmiejska alternatywna formacja zrobiła na mnie wrażenie. Trochę psychodelii, trochę fajnych melodii, niezłe teksty, rozbudowane instrumentarium (instrument przypominający cymbałki, nie chcę się kompromitować, nie wiem...). Świetnie wybrzmiał "Pif paf". Nie zostałem do końca będąc ciekaw występu Cool Kids of Death. Wspólnie z kolegą udaliśmy się więc do dusznego namiotu - tzw. "Scena trójki". Tłok jak cholera. Z trudem dobrnęliśmy mniej więcej do połowy tłumu na odległość 10 metrów od sceny. Koncert bardzo żywiołowy, przyzwoicie zagrany. Jednak zawód. Oczekiwałem wiele po tej łódzkiej grupie mieszającej punka, zimną falę, elektronikę i co jeszcze zapragną. Zawód, bo wokal chyba źle nagłośniony i słyszałem co drugie słowo, a czasami co dziesiąte... Zawód, bo trochę zbyt płaskie brzmienie momentami zlewające się (złe nagłośnienie?). Zawód, bo po dwóch świetnych bisach ("Piosenka o miłości" oraz "Generacja nic") zespół został przegoniony ze sceny przez organizatorów, co spotkało się z gwizdami i złośliwy docinkami publiki. A właśnie wtedy koncert zaczął nabierać rumieńców.

Widząc podłamanych fanów wykorzystałem moment i szybko wydostałem się z namiotu i poszedłem do znajomych na wspaniałe czerwone czilałtowe sofy/pufy (strzał w dziesiątkę, brawa dla organizatorów).

Cool Kid Of Death


Wspomnę jeszcze, że przy okazji pijąc piwo w pobliżu stoisk z płytami (można było nabyć CD Acid Drinkers "Broken Head" za 20 zł i mnóstwo alternatywnej muzy), gdyż z browarem mnie nie wpuścili, mogłem posłuchać psychodelicznej. Kristen! Jeden muzyk ze Ścianki i paru z innych nieco mniej znanych kapel. Polecam! Szczególnie ostatni numer posadził moją szczękę na trawie w towarzystwie wylansowanych butów innych ludzi.

Epizod z jedzeniem i toi-toiami pominę. Lepiej niż na Opener`. Za porównywalnie niewielką kasę dało się zjeść całkiem zjadliwe żarło, jednak (tu kamyk do ogródka) ostatnie talony zainwestowałem w makaron, który przyprawił mnie o takie mdłości, że omal nie zszedłem przed występem głównej gwiazdy wieczoru.

tzw. line-up 4.08.2012


Jeśli o epizodach mowa, Thustona Moore`a słuchałem z daleka siedząc na sofie ratującej ciało przed całkowitą utratą sił. Baroness (ponoć metalowo stonerowe granie) raczej mnie zawiedli (w internecie to lepiej wyglądało).

Niewątpliwym hitem tego dnia festiwalowego była Apteka. Znakomici! Teksty, brzmienie, kontakt z publiką, luz, dobry set - nawet dla mniej obeznanych (niżej podpisany) fanów zespołu - znalazło się wiele świetnych kawałków (z kultową "Mendą" na czele). Jak dla mnie Apteka przyćmiła kulki i była odkryciem dnia (jeśli taki termin jest stosowny w odniesieniu do tak zacnego zespołu).

Apteka


Dobra, szkoda zamulać -  Iggy Pop i The Stooges - popisowy, głośny, energetyczny koncert. Jeśli ktoś sądził, że te karetki kursujące po terenie festiwalu, czekają na muzyków, musiał mocno się rozczarować. "Jakie on ma zadbane włosy" - powiedziała pewna urocza blondynka. "Jak on się rusza" - dodał ktoś. Iggy Pop postanowił pobawić się z fanami i zrobił imprezę na scenie, zaprosił kilkanaście osób. Było szaleństwo. W ogóle w kwestiach muzycznych wiadomo - panowie wymiatają. Set rewelacyjny ("Down in the street", "Fun house" ,"1970", ) a na bis "Passenger". Dziękuję, dobranoc. 

Na dobicie tradycyjnie siedząc na czilałtowych sofach słuchaliśmy jak gdzieś w oddali swoje rapowe teksty przesyła w przestrzeń Doom. Całkiem interesujący artysta. Nisko osadzone bity, coś trochę jak Mos Def. Także polecam!


I to już koniec tej długiej relacji. Off Festival miło mnie zaskoczył nienaganną organizacją (szybkim sprzątaniem śmieci, uprzejmą ochroną, fajnym rozlokowaniem scen - nie za daleko od siebie oraz przyzwoitym żarciem [pomijając ohydny makaron...bleeehh] i dobrym piwem). Pewnie tu kiedyś wrócę.