czwartek, 11 czerwca 2015

Gojira, Slipknot, Godsmack (9.06.2015, Impact Festival, Łódź - Atlas Arena) - relacja z koncertu

Gdy 7 lipca 2014 umieszczałem na blogu wpis - 5 najbardziej wyczekiwanych zespołów w Polsce - nie marzyłem nawet, że niespełna rok później będę posiadaczem biletów dla dwa z nich (Godsmach i Foo Fighters). Dziś jestem już w połowie drogi, bo po zaliczeniu - Impact Festival 2015 w Łodzi.

Pewnie zmartwię niektóre osoby, ale widziałem tylko trzy występy: Gojira, Slipknot i Godsmack. Na pozostałe nie udało się zdążyć. Zatem odnotuję, że we wtorek 9 czerwca grali także: ThermiT, Lion Shepherd, One oraz Hollywood Undead; natomiast w przerwach rockowe kawałki miksował DJ Kebs. Od razu też napiszę, że organizacja na festiwalu pozostawia wiele do życzenia (obsługa słabo zorientowana, brak dobrego oznaczenia wejść  i największy grzech - wciśnięcie Godsmacka na małą scenę poza halą Atlas Areny). Na szczęście line-up był zacny i tylko to uchroniło organizatorów z Live Nation przez totalną krytyką...

Impact Festival 2015
Impact Festival 2015

Moim pierwszym koncertem była Gojira. Zespół znałem głównie z płyty "From Mars To Sirus" więc kojarzyłem pojedyncze kompozycje. Tym bardziej byłem mile zaskoczony występem Francuzów. Wulkan energii, który wybuchł podczas ich koncertu spłynął na publiczność. Naprawdę sprawdzili się w roli supportu Slipknota. Mario Duplantier za bębnami, to zjawisko które trzeba zobaczyć na żywo.

Wiem, wiem - czekacie na moje spostrzeżenia z koncertu headlinera festiwalu, czyli Slipknota. Ten występ był dla mnie podróżą w przeszłość, kilkanaście lat wstecz kiedy goście w maskach robili na mnie ogromne wrażenie. Trzeba jednak podkreślić, że ostatni album kopie tyłki, dlatego posłuchanie nowym numerów było równie ekscytujące, co poskakanie do klasyków. 

Slipknot
Slipknot

Koncert rozpoczął się od wstępu z albumu "5: The Gray Chapter", czyli od "XIX" przy opuszczonej kurtynie (budowanie emocji proszę państwa!), po którym poleciał "Sarcastrophe". Nie mogło zabraknąć też "Killpop" oraz mojego ulubionego "Custer" (numer idealnie skrojony pod koncerty). Starsi fani żwawiej zareagowali na "Wait and Bleed". Można było się porozpychać przy "Duality" oraz "Spit It Out". Były nieodzowne elementy przedstawienia: ognie, beczki na obrotowych platformach i sporo szaleństwa pod sceną. Corey Taylor zachwycał się publicznością (Sprawiliście, że poczuliśmy, jakbyśmy byli Polakami). Bawiłem się świetnie, zwłaszcza przy "Spit It Out", kiedy publika zwariowała.  Tuż przed bisem trzeba było udać się w stronę wyjścia, by załapać się na dobre miejsce przed scenę poza halą. Dobre, to za słabe słowo. Przyzwoito-strategiczne, bliżej zespołu, a jak najdalej od stoisk z jedzeniem. 


Godsmack wreszcie w Polsce. Pierwszy raz przyjechali i bardzo im zależało na dobrym występie. Zaczęli w deszczu około godziny 23:30 numerem "Straight Out Of Life", później był "Awake" i "1000hp". "Keep Away" zostało wzbogacone wstawką Pantery ("Walk"), a  przy "Something Diffrent" Sully Erna poprosił, by publika zaśpiewała tak, by słychać było aż w Moskwie. Polaków o takie rzeczy zbyt długo prosić nie trzeba. "VooDoo" śpiewali wszyscy i to był ten magiczny moment, na który czekałem lata. A potem było jeszcze więcej emocji: "Batalla de los Tambores" na dwie perkusje (stały element występów), a także krótki miks klasycznych numerów (m.in.: "We Will Rock You" Queen, "Back In Black" AC/DC). Deszcz co jakiś czas wracał, ale nie zdołał ostudzić tłumu. Widać, że zespół się starał, a fani odwdzięczali się jak się tylko da (czytaj: skacząc, śpiewając). Finałem tego wydarzenia było zaproszenie wszystkich przez frontmana Godsmacka do młyna, który miał zostać nagrany (i jak dobrze pójdzie - wklejony do nowego  teledysku). Pod sceną zakotłowało, kto nie chciał brać udziału w zabawie, musiał uciekać daleko do tyłu. Ja zostałem i walczyłem w młynie podczas "I Stand Alone". Na tym utworze zakończyli swój godzinny występ oznajmiając, że tylko tyle mogą dziś grać.



To wszystko, można iść. Jeszcze tylko cztery godziny w samochodzie i upragnione łóżko. Impact Festival należy uznać za udany pod względem muzycznym i słaby od strony organizacyjnej. Wypada liczyć na poprawę przy kolejnej edycji. Gdzie, kiedy z jakimi kapelami? Przekonamy się za rok?

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Limp Bizkit (7.06.2015, Kraków - Hala Wisły) - relacja z koncertu

Zaduch, świetne zespoły i niezapomniane emocje, czyli witamy w świecie udanych koncertów.

Koncerty Limp Bizkit są jak najcięższe treningi na siłowni lub fitnessie. Niewiele osób mogło 7 czerwca opuścić Halę Wisły w Krakowie w suchym ubraniu. Wysoka temperatura w środku i gorąca atmosfera spotęgowana bardzo energetycznym setem przyniosły efekty i koszulkę mogłem wykręcać.



Najpierw jednak rozgrzewkę zrobili muzycy polskiej rapcore`owo numetalowej formacji Hope. Ich występ odbywał się już przy pełnej sali (bilety na koncert wyprzedały się) i ciepłe przyjęcie fanów utwierdziło wszystkich w przekonaniu, że to najlepszy support do takich zespołów jak: Limp Bizkit, Body Count czy Suicidal Tendencies. Zagrali tylko 30 minut, ale zdołali nakręcić publiczność na wiadomo kogo. Ice Ice Baby!

Limp Bizkit to jest moc! Kto nie skakał? Chyba tylko nieliczne osoby na trybunach, bo reszta osób bawiła się do upadłego. Była ściana śmierci, pogo, młyn i co tam jeszcze można sobie wyobrazić. Fred Durst komplementował piękne Polki i nakręcał atmosferę z numeru na numer. A setlista była zacna i zdominowana przez utwory z płyty "Chocolate Starfish And The Hot Dog Flavored Water". Zaczęło się jednak od "9 Teen 90 Nine". Muzycy zagrali: "Nookie", "Break Stuff", "My Generation", "Rollin`", a także numery mniej oczywiste jak "The Truth".  Ponadto "Take A Look Around" oraz "Gold Cobra", czyli przekrojowo z naciskiem na album nr 3. Było ciężko, dynamicznie i bez ballad.

80 minut przeleciało szybko jak to zwykle na dobrych koncertach bywa. Szacun dla Wesa Borlanda, który nie ugotował się w tym swoim przebraniu i kapeluszu (aż strach pomyśleć, co by było, gdyby gitarzysta wystąpił w charakterystycznym dla siebie makijażu całego ciała). Wielkie podziękowania dla publiki, która dała z siebie maksa. Fred był pod wrażeniem i nie bez powodu kilka razy komplementował fanów za "świetną energię".


Limp Bizkit pewnie jeszcze wrócą do Polski. Nie przegapcie tej okazji, tylko pamiętajcie o zabrania ze sobą ubrań na zmianę.

Setlista [źródło: antyradio.pl]
  1. 9 Teen 90 Nine
  2. Full Nelson
  3. Nookie
  4. The Truth
  5. Hot Dog
  6. My Way
  7. My Generation
  8. Livin' It Up
  9. Boiler
  10. Gold Cobra
  11. Rollin'
  12. Break Stuff
  13. Take a Look Around

środa, 13 maja 2015

Faith No More - Sol Invictus (2015) - recenzja płyty

Dopiero zdjęcia ze studia nagraniowego zamieszczone przez zespół w internecie spowodowały, że uwierzyłem w "Sol Invictus", czyli siódmy studyjny album Faith No More. Malkontentów i sceptyków muszę odesłać z kwitkiem, to nie jest reanimacja trupa. Pacjent opuścił oddział o własnych siłach.

Muzykę Faith No More najlepiej określić jako bigos brzmień i emocji. Dojrzałość goni za beztroską, prześmiewczość ściga się z powagą/patosem. Różne gatunki muzyczne stanowią przemyślany kolaż. Nie ma presji i kalkulacji, ale też chaosu czy przypadkowości. 

Dziś amerykański kwintet pod przywództwem Mike`a "wszystko umiem zaśpiewać" Pattona* ma w sobie tyle odwagi, że nie zamierza nagrywać słabych kontynuacji czy niezdarnych eksperymentów. Nie zatraca swojego charakterystycznego stylu.

Faith No More - Sol Invictus
Faith No More - Sol Invictus


"Sol invictus" trzeba posłuchać kilkukrotnie, by w pełni pokochać ten album. Moje pierwsze wrażenie było takie jak to, gdy usłyszałem dwa single - hm, okej, ale nie urywa pupci. Minęło trochę czasu i odleciałem. Dziś "Superhero" uważam za jeden z najlepszych kawałków w dyskografii "Faith No More", a nie jest to jedyne odkrycie.

Dojrzały początek. "Sol Invictus" z niskim wokalem Pattona zaskakuje. Spokojne, zdystansowane wejście ma jednak na celu uśpić naszą czujność. Tuż za rogiem czai się prawdziwy kiiler. Wspomniany "Superhero" brzmi jak połączenie Tomahawka z kompozycjami z płyty "The Real Thing".  Patetyczne refreny i krzyki Pattona w zwrotce to jeszcze nie wszystko. Roddy Bottum swoim motywem klawiszowym połączonym z gitarowym szaleństwem Hudsona tworzą orientalny klimat. Dodatkowo także bogate perkusyjne wariacje Bordina i głęboki bas Goulda czynią z "Superhero" dzieło kompletne. Będziecie często do tego wracać.

"Sunny Side Up" kładzie pomost między płytami "King for a Day... Fool for a Lifetime" a "Album of the Year". A gdyby mocniej się wsłuchać, można nawet odnaleźć wpływy "The Real Thing". Taka stylistyczna zabawa dla zaawansowanych. "Separation Anxiety" przez swoją transowość i mroczność najbardziej pasuje do kompozycji Tomahawka. Miłośnikom tego projektu Pattona powyższy numer rozsadzi z euforii czaszkę. Po prostu miazga! Tego jeszcze nie grali - tak pomyślałem po pierwszych taktach "Cone of Shame", ale szybko się zreflektowałem. Ta niepokojąca opowiastka pokazuje pazur i drapie nas w twarz. Znacie te dzikie krzyki z Mr Bungle i z Fantomasa.

"Rise of the Fall" klimatem przypomina płytę "California" Mr Bungle. Ścieżka dźwiękowa z wesołego miasteczka na pięć minut przed katastrofą... Kocham takie granie! "Black Friday" za pierwszym razem umknął mojej uwadze. Nadrobiłem to. Rozsmarowałem masło na czole... Yyyy... numer zacny!
"Motherfucker" dzięki marszowemu tempu nadawanemu przez werble od razu przykuwa ucho. Warto zwrócić też uwagę na napięcie, które zespół skrupulatnie buduje w kompozycji. Solówka Jona Hudsona wisienką na torcie? No raczej! O "Matadorze" było wspomnieć.  Naprawdę już dawno akordy na pianinie Bottuma nie miały takie wydźwięku jak tu.

Faith No More nie byliby sobą, gdyby do zestawu piosenek nie dorzucili jakiegoś "chochlika".  Lekki, słoneczny, beztroski "From The Dead" nie przystaje brzmieniowo do całości, jednak znakomicie wpisuje się w konwencję zespołu. Gitara akustyczna i chórki mogą wprowadzają słuchacza w sielankowy nastrój. Tylko tytuł coś nie pozwala się zrelaksować... Ach, to przewrotne FNM.

Na płycie jest więcej smaczków, to "Sol invictus" należy uznać za pracę zespołową. Nikt się nie wyróżnia, wszyscy dają tyle ile potrzeba. Z korzyścią dla płyty. Jest dopiero maj, a my już mamy silnego faworyta do wygrania plebiscytu na album roku.

Lista utworów:
1. Sol Invictus
2. Superhero
3. Sunny Side Up
4. Separation Anxiety
5. Con Of Shame
6. Rise Of The Fall
7. Black Friday
8. Motherfucker
9. Matador
10. From The Dead

* Mike Patton jest genialnym wokalistą, a jego umiejętności wymykają się ocenie. Uczynił ze swojego głosu instrument, którego wielu jednowymiarowych artystów może tylko pozazdrościć.

niedziela, 10 maja 2015

Przegląd Zespołów Muzycznych KLANG (9.05.2015) - Stara Kotłownia, Chrzanów - relacja

Za nami szósta edycja Przeglądu Zespołów Muzycznych KLANG. 9 maja zmierzyło się siedem kapel. Zwycięski okazał się Eder. Wyróżnienie otrzymała formacja Cold Calculated. Po raz drugi miałem przyjemność być jurorem tej zacnej imprezy. Oto kilka spostrzeżeń na temat kapel.

KLANG 2015
Eder - zwycięzca KLANGU 2015 [fot. Łukasz Michalik]
Podczas kilkugodzinnego maratonu koncertowego w Starej Kotłowni publiczność mogła posłuchać rockowych zespołów oraz po raz pierwszy również składów hip-hopowych.

Zmagania rozpoczęli muzycy Lunatyk. Dwóch z nich wygrało KLANG w przeszłości jako Blank Space - Bartek Palka oraz Mariusz Lichota. Tym razem się nie udało, ale był to ich debiut sceniczny, więc może być tylko lepiej. Hard rockowy zespół Subline przykuwał uwagę głównie za sprawą gitarzysty Tomka Knopika, który  w 2009 roku wygrał z zespołem Vallium V Powiatowy Przegląd i Konkurs Kapel (z tej imprezy narodził się KLANG).

Blex, czyli mocny hip-hopowy przekaz to swoista nowość na KLANGU, bowiem do tej pory występowały tu głównie rockowe kapele. Cieszy jednak tegoroczna różnorodność i to, że raperzy odważyli się zmierzyć z przedstawicielami innych gatunków muzycznych. Równie bezkompromisowi byli przedstawiciele metalcore`owej formacji Cold Calculated. Przewodniczący jury Ryszard Kramarczyk (akustyk zespołu Dżem) szczególnie chwalił perkusistę. Dla Wiktora Palika takie komplementy to żadna nowość, bowiem w ubiegłym roku na Ogólnopolskim Festivalu Rockowym w Mławie otrzymał tytuł najlepszego pałkera.

Cold Calculated
Wiktor Palik - zespół Cold Calculated [fot. Łukasz Michalik]

HeavyHeart mogło się podobać ze względu na solówki gitarowe Bartka Krzemienia. Sekcja rytmiczna także trzymała poziom, a nad wszystkimi górowała silnym głosem Kaja Sikora (chwalona przez jurora i lidera grupy Credo - Rafała Topolskiego). Natomiast Wyjście Awaryjne dostarczyło publiczności mnóstwo zabawy i pozytywnej energii. Ten zespół łączy rap z żywymi instrumentami. I w kuluarach można było dowiedzieć się, że zabrakło im naprawdę niewiele do wyróżnienia (zadecydowało głosowanie).


Wyjście Awaryjne [fot. Łukasz Michalik]

Ostatni na scenie pojawił się Eder. Kapela chrzanowskiej publiczności dobrze znana, w przeszłości na KLANGU wyróżniana, ale dopiero w tym roku zwycięska. "Kamień z serca" - powiedział po rozdaniu nagród Maciej Nowak. Presja była, bowiem wiele osób liczyło, że to właśnie Eder będzie w tym roku najlepszy. A jury doceniło dobrą dykcję Maćka, niezłe solówki Kacpa, równą sekcję rytmiczną i klawiszowca.


Eder [fot. Łukasz Michalik]

Nim jednak rozdano dyplomy i nagrody - na scenę wyszedł wrocławski aTOM, który zaprezentował energetyczny hard rockowo/stonerowy koncert. Chrzanowski występ był okazją do zaprezentowania materiału z debiutanckiej płyty "Przypuszczam, że wątpię" wydanego w 2014 roku. Publiczność usłyszała także nowe kompozycje. Nie zabrakło bisów i coveru The White Stripes "Seven Nation Army", czyli hymnu dobrze wszystkim znanego. Zespół dał z siebie wszystko i nie poddali się nawet po awarii pieca basowego (dzięki pomocy basisty Ederu, który pożyczył swój sprzęt - aTOM mógł dokończyć koncert).

aTOM [ fot. Łukasz Michalik]

KLANG 2015 pokazał sporą różnorodność gatunkową. Tegoroczna edycja udowadnia, że poziom imprezy z roku na rok idzie w górę, a wygrana jest czymś naprawdę pożądanym. Podziękowania należą się publiczności i zespołom. A kolejny przegląd za rok.

Zwycięzcy dotychczasowych edycji KLANG-u:

2010 - Chilitoy

2011 - Blank Space

2012 - Tajna Lista

2013 - Straight Jack Cat

2014 - We Can Be Angry Too

2015 - Eder


...

sobota, 2 maja 2015

Majówkowe przemyślenia

Dziś krótko i nietypowo. Ponieważ ostatnio mniej słuchałem muzyki, postanowiłem zrobić sobie krótką retrospekcję. Sprawdziłem czy wybrane zespoły z mojego topu nadal działają na mnie tak jak przed laty. Oto wnioski.

1. Najlepszą awangardową płytą jest dla mnie wciąż - Fantômas - Fantômas z 1999 roku. Ten szalony projekt trudno sklasyfikować, jest to po prostu chora jazda dla świrów. Patton, Osborne, Dunn i Lombardo nagrali niepokojący, szalony album. Utwory trwają średnio po kilkadziesiąt sekund, zawierają liczne przejścia. Fantômas to taki Mr Bungle na sterydach podłączony do napięcia 230V. 

2. Robiący furorę w UK nowy album Blur - pierwszy od 12 lat - brzmi naprawdę nieźle. "The Magic Whip" jest dziełem raczej stonowanym i (takie moje wrażenie) skrojonym pod rynek azjatycki: chińskie znaki na okładce, część nagrań zrealizowanych w Hong Kongu, teledysk do "Lonesome street" (a dodatkowo Japonia to jeden z niewielu krajów na świecie, gdzie masowo kupuje się płyty z muzyką i dlatego to oni dostają specjalne wydania "deluxe"). Damon Albarn nie traci formy. Klimatem zbliża się do Gorillaz. Natomiast moim faworytem na "The Magic Whip" jest świetny "My Terracitta Heart", ale zachwyca także "There Are Too Many Of Us" i "Pyongyang" wzbogacony orientalnym azjatyckim motywem. Jest zatem wiele powodów, by nadal kochać Blur.

Blur - The Magic Whip
Blur - The Magic Whip


3. Drugi, trzeci i czwarty album The Offspring nadal nieźle brzmią w przeciwieństwie do całej chały, która rozpoczyna się od czasów "Americany". Proszę sobie posłuchać "Genocide" albo "Dirty Magic". Czy to ballada czy klasyczny punk rockowy numer z słonecznej Kalifornii, zawsze jest melodyjne, prosto ze fajnym brzmieniem i zapamiętywanymi refrenami. Zero mdłego pitolenia.


sobota, 18 kwietnia 2015

Red Scalp - EP no. I (2014) - recenzja płyty

Polacy nie gęsi i swój stoner mają. Istniejący od 2012 roku zespół Red Scalp z Pleszewa prezentuje się naprawdę okazale. EP-ka, która wpadła mi w ucho zawiera czterdzieści trzy minuty dobrej muzyki (album można pobrać za darmo ze strony lub kupić).

Red Scalp - EP no. I
Red Scalp - EP no. I

Sześć utworów nagranych w 2014 roku w StudioPlay oraz w "Scalp`s Place" pokazuje wysoki poziom kapeli, która porusza się w klimatach stoner rocka, psychodelii oraz hard rocka. Artyści nie ukrywają oczywistych inspiracji Black Sabbath (a kto grający "pustynnego rocka" mógłby robić inaczej?). Widać to na każdym kroku, w każdym riffie, w klimacie płyty. Nisko nastrojone gitary, bezdroża, piasek, Indianie, psychodeliki - to czuć w ich muzyce.

Czym zatem ta kapela różni się od innych stonerowych zespołów? Na pewno dobrym przykładem pomysłowości zespołu jest nasiąknięty indiańskim duchem numer "Tatanka" (kto oglądał "Tańczącego z wilkami" łatwo rozszyfruje tytuł). Rytualne śpiewy, rewelacyjny refren i zapadający w ucho sabbathowy riff. Takich wyrazistych basistów jak Łukasz Jankowski lubimy. Posłuchacie, zrozumiecie o co chodzi.
Plusem albumu jest również jego różnorodność. "Helliocentric" może zmylić? Czy to polski band? Tak! Świetny riff brzmiący jak Black Label Sobiety (charakterystyczne gitarowe piski Zakka Wylde`a). Odpowiedni kopniak na otwarcie. Psychodeliczny "Sweet Pill II" mieli mózg niczym meskalinowa maszynka. O zajebistości "Tatanki" już wspominałem? Solówki to następny atut "EP no. I" - miłośnicy gitar będą usatysfakcjonowani.



Album "EP no. I" stanowi dobry prognostyk na przyszłość - narodziła się porządna kapela spod znaku stonera. Jednak już dziś wiemy, że to nie musi być zespół, który wiernie kopiuje sprawdzone patenty, tylko kapela z własnym stylem. Życzę zatem Red Scalp, aby nie zatracili zmysłu tworzenia ciekawych numerów i dalej się rozwijali. W końcu to debiutanci. Powodzenia!

Lista utworów:
1. Helliocentric
2. Sweet Pill I
3. Jackie Boy
4. Tatanka
5. Sweet Pill II
6. Sin City

niedziela, 12 kwietnia 2015

Therapy? - Disquiet (2015) - recenzja płyty

Co łączy: Muse, Cream, Nirvana, The Police i ZZ Top? Te wszystkie zespoły określa się mianem "power trio", gdzie o muzyce decyduje trójka artystów. Do tego zestawienia wypada dołączyć Therapy? (pytajnik odnosi się do nazwy kapeli). Trio muzyków 23 marca wydało czternasty album. Nie było łatwo, bowiem zarejestrowany blisko rok temu materiał z "Disquiet" czekał z publikacją ze względu na sprawy kontraktowe. Zespół zmienił barwy opuszczając szeregi Blast Records na rzecz Amazing Record Co. Produkcją albumu zajął się Tom Dalgety znany ze współpracy z Royal Blood i Band of Skulls.

Therapy? - Disquiet
Therapy? - Disquiet

Przyznam od razu, że z ostatnio mało słuchałem Therapy? Natomiast mocno pokochałem płyty: "Troublegum" [1994] oraz "Semi-Detached" [1998]. Jednak już po pierwszym przesłuchaniu albumu "Disquiet" z radością stwierdziłem, że jest to bardzo dobry materiał! Zespół znakomicie dzieli mocniejsze i spokojniejsze akcenty. Gitarowe brzmienie opiera się na trzech elementach: hard rock, punk i pop. Te elementy regularnie przewijają się przez twórczość Therapy? Ciężkie, przybrudzone hard rockowe gitary (nieco podchodzące czasami nawet pod granie zespołu Helmet) napędzane są szybkimi punkowymi tempami przeplecionymi wpadającymi w ucho melodiami. Trio funduje słuchaczom bardzo energetyczny album.

Refreny i gitarowy riff z "Still Hurts" od razu dają sygnał - będzie dobrze! "Tides" jest jednym z bardziej przystępnych numerów, bujająca linia basu i przyjemny dla ucha śpiew Cairnsa. Spokojnie, nie będzie zbytniego przesłodzenia. Wprawdzie dwa następne kawałki podchodzą pod lżejsze klimaty, to już "Idiot Cousin" leci na ostro (perkusyjny popis Coopera). Spośród nowych kompozycji wyróżnia się "Insecurity" - chyba najlepszy na płycie.


Słuchając "Disquiet" trudno się nudzić. Miłośnikom punk rocka może przypaść do gustu "Torment Sorrow Misery Strife", zwolennicy ostrego grania na pewno docenią "Vulgar Display Of Powder". Nisko strojone stonerowe gitary wybrzmiewają w "Deathstimate" - powolnym jak czołg i rozpędzającym się podczas zwrotek numerze, który zamyka płytę.

Gitarzysta i wokalista Andy Cairns, perkusista Neil Cooper oraz basista Michael Mckeegan robią swoje. Od lat nagrywają dobre albumy. Choć nie należą do najpopularniejszych grup rockowych, to ich twórczość pełna jest ciekawych kompozycji. Również nowa płyta, dlatego szczerze polecam. 

Lista utworów:
1.Still Hurts
2. Tides
3. Good News Is No News
4. Fall Behind
5. Idiot Cousin
6. Helpless Still Lost
7. Insecurity
8. Vulgar Display Of Powder
9. Words Fail Me
10. Torment Sorrow Misery Strife
11. Deathstimate

środa, 8 kwietnia 2015

Turbowolf - Two Hands (2015) - recenzja płyty

Cztery lata po udanym debiucie brytyjskiego zespołu Turbowolf został wydany album "Two Hands". Nowy materiał składa się z 11 kawałków. Jak muzycy poradzili sobie z syndromem drugiej płyty?

Turbowolf - Two Hands
Turbowolf - Two Hands

Początek wypada bardzo ostro - "Invisible Hand" nie daje chwili wytchnienia, ale już "Rabbits Foot" jest mniej stonerowy, a bardziej wyspiarski. Dzięki trzeciemu numerowi wpadam w zachwyt - "Solid Ground" ze swoim plemiennymi chórkami dziecięcym* od razu mnie oczarował. "American Mirrors" sprytnie łączy punk rocka z progresywnym graniem. Jeszcze odważniej jest w "Nine Lives", który jest brytyjski do szpiku kości (echa tamtejszej sceny rockowej?). Mógłby się znaleźć w repertuarze np. Franz Ferdinand. 



W połowie płyty orientujemy się, że Turbowolf zostawiają brzmienia z debiutu na rzecz czegoś bardziej mainstreamowego. Do "Good Hand" i "Mk Ultra" nie będę zbyt często wracał."Twelve Houses" daje nadzieję, że nie wszystko stracone, jest mocniej i całkiem melodyjnie. Andy Gosh wyciska ze swojej gitary ile się da. Dzieje się. Ducha utraconego w połowie albumu pozwala odzyskać ciężki "Rich Gift". Za takie numery cenię Turbowolf. Mocny zapamiętywalny stonerowy riff, genialna melodia i to złamanie kompozycji w połowie przez perkusyjne przejście. O, proszę! Solówka w stylu Josha Homme`a i ten psychodeliczny finał. Da się?! Ostatni na płycie "Pale Horse" godnie wieńczy dzieło.

No cóż, drugie dzieło Turbowolf trudniej ocenić niż solidny debiut. Kilka bardzo dobrych utworów na "Two Hands" i przeciętny środek - to chyba najlepszy opis. Jest progres stylistyczny, ale także trochę nierównych momentów. Pewnie za parę lat przekonamy się jak płyta zniosła próbę czasu. Na razie daję plusa na zachętę i na pewno sięgnę po wydawnictwo numer trzy. 

*Takie moje pierwsze skojarzenie.

Lista utworów:

1. Invisible Hand
2. Rabbits Foot
3. Solid Gold
4. American Mirrors
5. Toy Memaha
6. Nine Lives
7. Good Hand
8. KM Ultra
9. Twelve Houses
10. Rich Gift
11. Pale Horse

niedziela, 5 kwietnia 2015

Turbowolf - Turbowolf (2011) - recenzja albumu

W każdym dobrym stonerowym zespole jest trochę Black Sabbath oraz Kyuss. Nie może więc dziwić, że debiutancka płyta zespołu Turbowolf naznaczona jest piętnem tamtym kapel. Jednak pochodząca z Bristolu ekipa próbuje zdefiniować swój styl poprzez rozwijanie brzmienia "pustynnego rocka".

Turbowolf - Turbowolf
Turbowolf - Turbowolf

Wydanego w 2011 roku dzieła "Turbowolf" słucha się naprawdę dobrze. Szybkie gitary kojarzą się początkowo z twórczością Fu Manchu, a barwa głosu Chrisa Georgiadisa może przypominać wokal Johna Garcii (legendy stonerowych kapel). To na szczęście pozytywne związki i nie znajdziemy tu kopiowania. Widać to zwłaszcza w przebojowym rockowym "Bag O` Bones" czy psychodelicznym "TW1". Ciekawie robi się w "The Big Cut", gdzie na pierwszy plan wysuwa się basowa zagrywka stanowiąca introdukcję do gitarowego solo à la Josh Homme (Queens Of The Stone Age).  Refren z "A Rose for the Crows" porwie niejednego słuchacza, natomiast "Son (Sun)" wciąga psychodelicznym klimatem połączonym ze stonerowym brudem. 



Popatrzcie na ich teledyski. To są bardzo pojechani kolesie, świrusy. Dziwaczna atmosfera towarzyszą warstwie wizualnej stanowi świetne zobrazowanie ich muzyki, która choć prosta - wydaje się nieokiełznana i niepokojąca (patrz: quasi-transowy "All The Trees"). A na koniec jeszcze ten "Let`s Die" z elektronicznym wstępem (oldskull syntezatorów?). Wobec takiego kawałka trudno być obojętnym - albo rzuca nami po całym pokoju, albo szybko wyłączamy (kto się odważy?).



W albumie "Turbowolf" widać zaczyn do czegoś naprawdę ciekawego: energię, pasję i pomysły. Obojętna nie pozostała też prasa muzyczna, która na ogół bardzo ciepło przyjęła debiut brytyjskiej formacji. Zespół jest otwarty na rozwój, a czy wykorzysta potencjał przekonamy się 6 kwietnia, kiedy wyjdzie kolejne wydawnictwo.

Lista utworów:
1. Introduction
2. Ancient Snake
3. Seven Severed Heads
4. Bag O' Bones
5. TW1
6. Read & Write
7. The Big Cut
8. KJ
9. A Rose for the Crows
10. Son (Sun)
11. Things Could Be Good Again
12. All the Trees
13. Let's Die

piątek, 3 kwietnia 2015

Frontside - Prawie martwy (2015) - recenzja płyty

Nowy kierunek muzycznych poszukiwań podzielił fanów na dwa obozy. Jedni krytykowali płytę „Sprawa jest osobista” wydaną w ubiegłym roku za jej łagodniejsze brzmienie. Drudzy przyjęli stylistyczną woltę z entuzjazmem. Niżej podpisany zalicza się do tej zadowolonej/mniej ortodoksyjnej części sympatyków grupy Frontside). Zgodnie z hasłem „Ewolucja albo śmierć” muzycy poszli jeszcze dalej i podtrzymali trend poszukiwań nagrywając płytę „Prawie martwy”. Co z tego wyszło?

Frontside - Prawie martwy
Frontside - Prawie martwy

Pisząc tę recenzję mógłbym przyjąć jedną z dwóch postaw: konserwatywną (dysponując wiedzą na temat poprzednich albumów, zwłaszcza tych metalowych) oraz a priori (bez doświadczenia, wiedzy itd.). W pierwszym wariancie pewnie napisałbym, że „Prawie martwy” [2015] brzmi jak odrzut z sesji albumu „Sprawa jest osobista” [2014]. Wybiorę jednak opcję drugą. Niech się dzieje!

Jako pierwszy utwór poznałem - singlowy „Lubię pić” - i od razu rozczarował mnie ten rubaszno-pijański klimat numeru. Najlepszą częścią kawałka jest akordeonowy wstęp Wacława „Vogga” Kiełtyki. Resztę można odebrać jako kolejny muzyczny żart (gdzie mu tam do prześmiewczej „Legendy”). Czy udany? Niekoniecznie. I tak słuchając kolejnych utworów dominuje poprawny i trochę przeciętny hard rock, a często i również rock, który momentami zahacza nawet o pop. Tekstowo również jest gorzej niż poprzednio. Kolejnym minusem tego albumu jest jednowymiarowość. Już przy pierwszym odsłuchu robi się nudno. Kompozycje nie odróżniają się wyraźnie od siebie.

Dwa numery jednak wypadają bardzo dobrze: „Prawie martwy” z gościnnym udziałem Astka (w latach 1993-2004 wokalista zespołu) oraz „Moje ego”. „Tak to się robi tu” broni się fajnym riffem i tekstem. Za drugim odsłuchem polubiłem również hardrockowy kawałek „Na sprzedaż”.

Oczywiście na płycie pojawiło się kilka solówek gitarowych i niezłych riffów, które jednak giną w dość średniej całości.

Wygląda na to, że ewolucja przyniosła formacji Frontside lekki zawał, ale pewnie kolejny album będzie cięższy i zadowoli wymagających fanów. Mnie „Prawie martwy” rozczarował. Może będziecie mieć inne zdanie. Powodzenia!

Lista utworów:
1. Tak to się robi tu
2. Barykady stoją wciąż
3. Lubię pić
4. Na sprzedaż
5. Ona jest zła
6. Serca głos
7. S.O.S.
8. Prawie martwy
9. Nie ma już nic
10. Moje ego