poniedziałek, 22 czerwca 2015

Lindemann - Skills in Pills (2015) - recenzja płyty

Geneza powstania projektu Lindemann przedstawiona na fanpage`u zespołu wydaje się bardzo autentyczna i osobliwa. Jest rok 2000. Zespół Rammstein przebywa w Szwecji, gdzie miksuje swój trzeci album zatytułowany „Mutter”. Październikowe noce w Sztokholmie nie bywają za ciepłe, stąd też wokalista i klawiszowiec postanawiają się wybrać wraz z kilkoma dziewczynami do motocyklowej knajpy. Trafiają tam na byłego chłopaka jednej z niewiast oraz całkiem silną ekipę jego znajomych. Przed solidnym laniem ratuje ich Peter Tägtgren. Od tego momentu Till I Peter stają się przyjaciółmi. I tak po paru wspólnych popijawach i wygłupach w ich umysłach rodzi się pomysł wspólnej kolaboracji muzycznej.

"Skills in Pills” zbliża się w atmosferze tajemniczości. Till Lindemann (Rammstein) oraz Peter Tägtgren (Hypocrisy, Pain) powoli odsłaniają warstwy chroniące ich dzieło przed światem. Warstwy dość intrygujące. Ciekawie zaczyna się robić już po opublikowaniu teledysku do „Praise abort”. Dzieło kontrowersyjne, groteskowe a momentami obrzydliwe, a zarazem mocno angażujące widza. Tak jak wszystkie teledyski Rammsteina, które mogą być lepsze lub gorsze, ale zawsze zawierają wyrazisty pomysł. Opakowanie wydaje się zatem bardzo przyzwoite. Co zatem ze środkiem?

Lindemann - Skills in Pills
Okładka płyty Lindemann - Skills in Pills


Nikogo nie zdziwi jak powiem, że album Lindemanna to kawałek plasteliny, w którym siedzi trochę Rammsteina i reszta materii będąca fuzją projektów Tägtgrena. Till po raz pierwszy podejmuje też próbę zaśpiewania na całej płycie po angielsku. Jak mu to wychodzi? No cóż, mimo szczerych chęci da się odczuć tę specyficzną „twardą” niemiecką dykcję, która od lat stanowi atut twórczości jego rodzimego zespołu (a także swoisty manifest anty-amerykanizacji grupy).

Jest zatem na „Skill in Pills” dziesięć mrocznych kompozycji, które doprawione są humorem, prowokatorskim duchem Marilyna Mansona i wymienionym już wcześniej miksem dwóch muzycznych światów. Swoją drogą trudno oczekiwać, żeby Lindemann i Tägtgren nagle zaczęli tworzyć chrześcijański gangsta rap. 

W warstwie tekstowej album prezentuje się jako prześmiewczy i wzbudzający skrajne emocje. Kobieta z fujarą (nie chodzi o instrument, przynajmniej nie taki…), złoty deszcz i pochwała aborcji na pewno nie przypadną do gustu niektórym żarliwie wierzącym w Boga. Jednak te perwersje i kontrowersje nie odbiegają zbyt mocno od konwencji jakiej się można było spodziewać.

Lindemann - Skills in Pills
fot. materiał promocyjne Lindemann

Muzycznie całość skleja Peter. Rockowe brzmienie przepycha się z industrialem i elektroniką. I tu jestem najbardziej zawiedziony, bo jeśli sfera wizualna i cały koncept sprawiają naprawdę niezłe wrażenie, to kompozycje na płycie są dobre i tylko dobre. Żadnych orgazmatycznych „och” i „ach” nie wykrzykiwałem po pierwszym, ani po drugim odsłuchu. Rammstein bis. Najlepsze odczucia towarzyszyły mi podczas odtwarzania „Praise abort”, czyli ulubionego numeru z płyty. Świetny patetyczny refren (coś doskonale znane z płyt Rammsteina) i solidna zwrotka robią naprawdę porządną robotę. Słuchaczom powinien także przypaść do gustu szybki industrialny tytułowy "Skills in Pills" i przyprawiony klawiszami "Fish On". Ostatecznie dorzucić można jeszcze do tego prześmiewczego "Cowboya".

Ten album trzyma poziom, ale oczekiwałem czegoś bardziej zróżnicowanego, muzycznego nokautu. A tak jest kilka klapsów w tyłek i tyle. Dla miłośników duetu Peter-Till "Skills in Pills" wydarzenie muzyczne, dla mnie kolejny solowy projekt zacnych artystów. Ale i tak sprawdźcie!

środa, 17 czerwca 2015

Co mnie tam ciągnie?

Niejednokrotnie zadawałem sobie pytanie - po co człowiek chodzi na te wszystkie koncerty? Żeby zobaczyć gwiazdy, nabijać statystyki, stracić słuch a może przebywać w towarzystwie spoconych ludzi? Odpowiedź jest zgoła odmienna, bo oczywiście taka być musi.

Crowd
[źródło: www.freeimages.com]

Podstawą jest muzyka i możliwość sprawdzenia na żywo materiału z płyt. Często koncerty wyciągają z brzmienia kapel to, co najlepsze. Czasami przyzwoite kompozycje rozbudowane nowym instrumentariów zyskują całkiem sporo. To jednak nie wszystko. Ważne jest też współuczestnictwo w wydarzeniu, bycie częścią zbiorowości (wspólna identyfikacja). Szczególnie dobrze to widać podczas różnych koncertowych zabaw, podczas których całkiem obcy sobie ludzie, stają się sojusznikami/braćmi. 

O tym jakim świetnym uczuciem jest bycie na koncercie nie muszę pisać, zrobili to przede mną inni. Lepiej uczynił to Milan Kundera. Wystarczy też przeczytać pełne ekscytacji relacje z festiwali. Pełno w nich prób ujęcia tego fenomenu zbiorowego słuchania muzyki. Chciałbym wspomnieć tylko o jednym aspekcie zagadnienia. Jest nim ekscytacja, która towarzyszy oczekiwaniu na wejście zespołu/artysty na scenę. Ciekawość, podniecenie, euforia przeplatają się z niecierpliwością czy nawet irytacją. Bywa i tak, że niektórzy "pękają" i chcą zwrot biletów, jeśli nastąpi opóźnienie występu, a przecież muzycy czasami lubią przeciągać moment wyjścia budując w ten sposób napięcie.

Im jestem starszy, tym intensywniej wczuwam się w atmosferę panującą na koncertach. Wszelkie blokady tracą na znaczeniu. Liczy się dobra muzyka, zabawa (czasami szalona) i wspólne przeżywanie czegoś nieuchwytnego. Ostatnio nawet brałem udział w ostrym pogo i młynie.


Zero Stresu blog muzyczny
[źródło: www.freeimages.com]

Kiedyś mój znajomy powiedział, że chodzenie na koncerty, to rodzaj hołdu dla artystów. Miał rację, ale obecność w takich miejscach jest również hołdem artystów dla nas.  

Gramy na tym samym wózku. Podążamy w jedną stronę. Naczynia połączone. Właśnie w tym sedno. Ty i ja to jedno. My, wy, oni, one. Naczynia połączone.
[Łąki Łan - Lovelock]

niedziela, 14 czerwca 2015

The Chemical Brothers, Papa Roach, Hey (12.06.2015, Orange Warsaw Festival, Warszawa) - relacja z koncertu


Orange Warsaw Festival (dzień pierwszy)

Kontekst
Od lat do kolekcji festiwali brakowało mi tylko tego warszawskiego. Ubiegłoroczna edycja była świetna i mogłem tylko żałować, że nie miałem okazji się wybrać. W tym roku zostałem jednak namówiony na kupno biletu. Cel był jeden: The Chemical Brothers. Orange Warsaw Festival kończył mój czerwcowy maraton koncertowy: Limp Bizkit, Gojira/Slipknot/Godsmack.

Orange Warsaw Festival 2015
#OWF2015

Logistyka
Do Warszawy przyjechałem wygodnym, klimatyzowanym Pendolino. Niespełna trzy godziny podróży przebiegły szybko i bezstresowo. Sporo się zmieniło od mojej poprzedniej podróży do stolicy pociągiem PKP. Trudności ze znalezieniem odpowiedniego przystanku autobusowego w centrum przemilczę. Aplikacje mobilne podają rozkłady, ale nic nie wspominają jak do danego miejsca dotrzeć na piechotę poruszając się w gąszczu przejść, placów, świateł i skrzyżowań...  Jak się nie zna miasta trzeba cierpieć. Urok laika.

Nocleg wykupiłem w przystępnej cenie rzut beretem od Toru Wyścigów Konnych "Służewiec", gdzie odbywa się tegoroczna edycja festiwalu. I dobrze, bo akustyka jest tu świetna, teren bardzo przyjazny (sporo drzew, trawy i schładzającego wiatru). Wprawdzie Warszawa nie zaoferowała festiwalowiczom darmowej komunikacji, ale dzięki biletowi dobowemu można było się swobodnie poruszać po mieście (podczas trwania imprezy autobusy i tramwaje kursowały do wczesnych godzin porannych).

Minusem OWF jest na pewno rozplanowanie "toi-toi" (czy jak to się odmienia). Mała ilość budek i spore kolejki spowodowały, że zmuszony byłem stać 30 minut w deszczu. Naprawdę słabo to wypada w porównaniu do wielu nawet mniejszych festiwali.

Jedzenie i picie
Sporym plusem OWS jest gastronomia. Na festiwalu można napić się dobrego piwa oraz zjeść świetnego burgera. Jest nawet jedzenie bezglutenowe i oczywiście kuchnia wegetariańska. Ceny nie zabijają, a porcje są całkiem w porządku jak na standardy tego typu przedsięwzięć. Ponadto dobra kawa i lody mogą znacznie poprawić humor. Brawo dla organizatorów.

Sceny i line up.
Na terenie festiwalu znajdują się dwie sceny (główna i mała) oraz namiot. Podczas mojej jednodniowej obecności (12 czerwca w piątek) zaobserwowałem, że między poszczególnymi występami nie ma dziur, a wszystko odbywa się płynnie. Szczególnie dobrze wypadały koncerty w namiocie, gdzie ze względu na swoistą "koncentrację czynnika ludzkiego na małej przestrzeni" zabawa była najlepsza.

Kto grał w tym roku? Było oczywistym, że przebicie zeszłorocznej edycji będzie niewykonalne i line-up na pierwszy rzut oka prezentował się przyzwoicie/średnio, ale można było wyhaczyć coś dla siebie. Ciężar headlinerów musieli udźwignąć w tym roku The Chemical Brothers wraz z Muse, Incubusem oraz Markiem Ronsonem. I to w zasadzie tyle, chociaż warto było wybrać się też na koncerty Heya, Łąki Łan, Ørganek czy Maria Peszek (czyli mocny polski zestaw).

Artyści i pierwsze zaskoczenie.
Widziałem tylko kilku artystów. Najpierw w namiocie pojawili się Afromental i zagrali dość żywiołowy set. Nigdy nie byłem fanem tego zespołu, ale muszę obiektywnie stwierdzić, że potrafią dać ognia i dość mocno mnie zaskoczyli na plus. Później na głównej scenie trafiłem na Heya. Było w porządku zwłaszcza za sprawą staroci typu "Schisophrenic Family", natomiast nowsze numery raczej mnie znużyły. Kasia Nosowska jak zwykle w jakimś czarnym worku i z przerażeniem w oczach (wciąż stremowana?) była naprawdę urocza i kupiła po raz tysięczny publiczność.

Wiecie, co mnie wywaliło z butów? Papa Roach! Kapela dla młodzieży, którą kojarzę z czasów grania w "Tony Hawk Pro Skater 2". Choć od tamtych czasów trochę wody w Wiśle upłynęło, a frontman zespołu mocno zbliżył się do czterdziestki, ich muzyka wciąż trafia do młodych i zbuntowanych słuchaczy. Panowie z Papa Roach dali bardzo czadowy koncert z przekrojowym setem ("Last Resort", "Scars", "Broken Home", "Between Angels and Insects"). Podczas "Gravity" wszystkie ręce poszły w górę, a praktycznie od początku do końca publika walczyła w sporym kotle ulokowanym pod sceną. Ścisk był nieprawdopodobny, a zespół dbał o pobudzanie publiki do aktywności. Świetnie przyjęty występ kończył "... To Be Loved". Dla mnie ogromne zaskoczenie ten koncert. Polecam.

Deszcz, głód i długie kolejki do toalet uniemożliwiły mi zobaczenie Noela Gallaghera i jego High Flying Birds, czego żałuję bardzo. Szkoda, bo podobno było bardzo dobrze, ale specyfika festiwali powoduje, że nie wszystko można ogarnąć.

The Chemical Brothers - Orange Warsaw Festival 2015
The Chemical Brothers na #OWF2015


Chemiczni bracia
Występowi gwiazdy pierwszego dnia OWF towarzyszył deszcz. Na szczęście udało się zdobyć pelerynkę i jakoś przetrwać te niezbyt sprzyjające warunki atmosferyczne. The Chemical Brothers zagrali dobry set oparty na ich sztandarowych numerach jak: "Hey Boy Hey Girl" (nie dało się nie skakać), "Do It Again", "Out Of Control" połączonym z "Setting Sun" oraz z "It Doesn`t Matter". Każdemu utworowi towarzyszyły oczywiście animacje, były też roboty i zakończenie w postaci "Block Rockin` Beats". Dobrze przemiksowany set został gorąco przyjęty przez publiczność, która mino opadów deszczu bawiła się doskonale. Najbardziej mistycznie zrobiło się podczas "The Sunshine Underground", a kilka fragmentów seta przeorało tłum basem tak solidnie, że momentami robiło się gorąco od uderzeń fali dźwiękowej!

Konkluzja bracia i siostry jest taka...
...że warto wybrać się na ten festiwal, szczególnie wtedy gdy odbywa się w tak przyjemnych okolicznościach przyrody jak "Służewiec". Nie miałem okazji zobaczyć wszystkich artystów, ale jestem pewien, że niewiele osób mogło żałować wydanych pieniędzy.

...

czwartek, 11 czerwca 2015

Gojira, Slipknot, Godsmack (9.06.2015, Impact Festival, Łódź - Atlas Arena) - relacja z koncertu

Gdy 7 lipca 2014 umieszczałem na blogu wpis - 5 najbardziej wyczekiwanych zespołów w Polsce - nie marzyłem nawet, że niespełna rok później będę posiadaczem biletów dla dwa z nich (Godsmach i Foo Fighters). Dziś jestem już w połowie drogi, bo po zaliczeniu - Impact Festival 2015 w Łodzi.

Pewnie zmartwię niektóre osoby, ale widziałem tylko trzy występy: Gojira, Slipknot i Godsmack. Na pozostałe nie udało się zdążyć. Zatem odnotuję, że we wtorek 9 czerwca grali także: ThermiT, Lion Shepherd, One oraz Hollywood Undead; natomiast w przerwach rockowe kawałki miksował DJ Kebs. Od razu też napiszę, że organizacja na festiwalu pozostawia wiele do życzenia (obsługa słabo zorientowana, brak dobrego oznaczenia wejść  i największy grzech - wciśnięcie Godsmacka na małą scenę poza halą Atlas Areny). Na szczęście line-up był zacny i tylko to uchroniło organizatorów z Live Nation przez totalną krytyką...

Impact Festival 2015
Impact Festival 2015

Moim pierwszym koncertem była Gojira. Zespół znałem głównie z płyty "From Mars To Sirus" więc kojarzyłem pojedyncze kompozycje. Tym bardziej byłem mile zaskoczony występem Francuzów. Wulkan energii, który wybuchł podczas ich koncertu spłynął na publiczność. Naprawdę sprawdzili się w roli supportu Slipknota. Mario Duplantier za bębnami, to zjawisko które trzeba zobaczyć na żywo.

Wiem, wiem - czekacie na moje spostrzeżenia z koncertu headlinera festiwalu, czyli Slipknota. Ten występ był dla mnie podróżą w przeszłość, kilkanaście lat wstecz kiedy goście w maskach robili na mnie ogromne wrażenie. Trzeba jednak podkreślić, że ostatni album kopie tyłki, dlatego posłuchanie nowym numerów było równie ekscytujące, co poskakanie do klasyków. 

Slipknot
Slipknot

Koncert rozpoczął się od wstępu z albumu "5: The Gray Chapter", czyli od "XIX" przy opuszczonej kurtynie (budowanie emocji proszę państwa!), po którym poleciał "Sarcastrophe". Nie mogło zabraknąć też "Killpop" oraz mojego ulubionego "Custer" (numer idealnie skrojony pod koncerty). Starsi fani żwawiej zareagowali na "Wait and Bleed". Można było się porozpychać przy "Duality" oraz "Spit It Out". Były nieodzowne elementy przedstawienia: ognie, beczki na obrotowych platformach i sporo szaleństwa pod sceną. Corey Taylor zachwycał się publicznością (Sprawiliście, że poczuliśmy, jakbyśmy byli Polakami). Bawiłem się świetnie, zwłaszcza przy "Spit It Out", kiedy publika zwariowała.  Tuż przed bisem trzeba było udać się w stronę wyjścia, by załapać się na dobre miejsce przed scenę poza halą. Dobre, to za słabe słowo. Przyzwoito-strategiczne, bliżej zespołu, a jak najdalej od stoisk z jedzeniem. 


Godsmack wreszcie w Polsce. Pierwszy raz przyjechali i bardzo im zależało na dobrym występie. Zaczęli w deszczu około godziny 23:30 numerem "Straight Out Of Life", później był "Awake" i "1000hp". "Keep Away" zostało wzbogacone wstawką Pantery ("Walk"), a  przy "Something Diffrent" Sully Erna poprosił, by publika zaśpiewała tak, by słychać było aż w Moskwie. Polaków o takie rzeczy zbyt długo prosić nie trzeba. "VooDoo" śpiewali wszyscy i to był ten magiczny moment, na który czekałem lata. A potem było jeszcze więcej emocji: "Batalla de los Tambores" na dwie perkusje (stały element występów), a także krótki miks klasycznych numerów (m.in.: "We Will Rock You" Queen, "Back In Black" AC/DC). Deszcz co jakiś czas wracał, ale nie zdołał ostudzić tłumu. Widać, że zespół się starał, a fani odwdzięczali się jak się tylko da (czytaj: skacząc, śpiewając). Finałem tego wydarzenia było zaproszenie wszystkich przez frontmana Godsmacka do młyna, który miał zostać nagrany (i jak dobrze pójdzie - wklejony do nowego  teledysku). Pod sceną zakotłowało, kto nie chciał brać udziału w zabawie, musiał uciekać daleko do tyłu. Ja zostałem i walczyłem w młynie podczas "I Stand Alone". Na tym utworze zakończyli swój godzinny występ oznajmiając, że tylko tyle mogą dziś grać.



To wszystko, można iść. Jeszcze tylko cztery godziny w samochodzie i upragnione łóżko. Impact Festival należy uznać za udany pod względem muzycznym i słaby od strony organizacyjnej. Wypada liczyć na poprawę przy kolejnej edycji. Gdzie, kiedy z jakimi kapelami? Przekonamy się za rok?

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Limp Bizkit (7.06.2015, Kraków - Hala Wisły) - relacja z koncertu

Zaduch, świetne zespoły i niezapomniane emocje, czyli witamy w świecie udanych koncertów.

Koncerty Limp Bizkit są jak najcięższe treningi na siłowni lub fitnessie. Niewiele osób mogło 7 czerwca opuścić Halę Wisły w Krakowie w suchym ubraniu. Wysoka temperatura w środku i gorąca atmosfera spotęgowana bardzo energetycznym setem przyniosły efekty i koszulkę mogłem wykręcać.



Najpierw jednak rozgrzewkę zrobili muzycy polskiej rapcore`owo numetalowej formacji Hope. Ich występ odbywał się już przy pełnej sali (bilety na koncert wyprzedały się) i ciepłe przyjęcie fanów utwierdziło wszystkich w przekonaniu, że to najlepszy support do takich zespołów jak: Limp Bizkit, Body Count czy Suicidal Tendencies. Zagrali tylko 30 minut, ale zdołali nakręcić publiczność na wiadomo kogo. Ice Ice Baby!

Limp Bizkit to jest moc! Kto nie skakał? Chyba tylko nieliczne osoby na trybunach, bo reszta osób bawiła się do upadłego. Była ściana śmierci, pogo, młyn i co tam jeszcze można sobie wyobrazić. Fred Durst komplementował piękne Polki i nakręcał atmosferę z numeru na numer. A setlista była zacna i zdominowana przez utwory z płyty "Chocolate Starfish And The Hot Dog Flavored Water". Zaczęło się jednak od "9 Teen 90 Nine". Muzycy zagrali: "Nookie", "Break Stuff", "My Generation", "Rollin`", a także numery mniej oczywiste jak "The Truth".  Ponadto "Take A Look Around" oraz "Gold Cobra", czyli przekrojowo z naciskiem na album nr 3. Było ciężko, dynamicznie i bez ballad.

80 minut przeleciało szybko jak to zwykle na dobrych koncertach bywa. Szacun dla Wesa Borlanda, który nie ugotował się w tym swoim przebraniu i kapeluszu (aż strach pomyśleć, co by było, gdyby gitarzysta wystąpił w charakterystycznym dla siebie makijażu całego ciała). Wielkie podziękowania dla publiki, która dała z siebie maksa. Fred był pod wrażeniem i nie bez powodu kilka razy komplementował fanów za "świetną energię".


Limp Bizkit pewnie jeszcze wrócą do Polski. Nie przegapcie tej okazji, tylko pamiętajcie o zabrania ze sobą ubrań na zmianę.

Setlista [źródło: antyradio.pl]
  1. 9 Teen 90 Nine
  2. Full Nelson
  3. Nookie
  4. The Truth
  5. Hot Dog
  6. My Way
  7. My Generation
  8. Livin' It Up
  9. Boiler
  10. Gold Cobra
  11. Rollin'
  12. Break Stuff
  13. Take a Look Around

środa, 13 maja 2015

Faith No More - Sol Invictus (2015) - recenzja płyty

Dopiero zdjęcia ze studia nagraniowego zamieszczone przez zespół w internecie spowodowały, że uwierzyłem w "Sol Invictus", czyli siódmy studyjny album Faith No More. Malkontentów i sceptyków muszę odesłać z kwitkiem, to nie jest reanimacja trupa. Pacjent opuścił oddział o własnych siłach.

Muzykę Faith No More najlepiej określić jako bigos brzmień i emocji. Dojrzałość goni za beztroską, prześmiewczość ściga się z powagą/patosem. Różne gatunki muzyczne stanowią przemyślany kolaż. Nie ma presji i kalkulacji, ale też chaosu czy przypadkowości. 

Dziś amerykański kwintet pod przywództwem Mike`a "wszystko umiem zaśpiewać" Pattona* ma w sobie tyle odwagi, że nie zamierza nagrywać słabych kontynuacji czy niezdarnych eksperymentów. Nie zatraca swojego charakterystycznego stylu.

Faith No More - Sol Invictus
Faith No More - Sol Invictus


"Sol invictus" trzeba posłuchać kilkukrotnie, by w pełni pokochać ten album. Moje pierwsze wrażenie było takie jak to, gdy usłyszałem dwa single - hm, okej, ale nie urywa pupci. Minęło trochę czasu i odleciałem. Dziś "Superhero" uważam za jeden z najlepszych kawałków w dyskografii "Faith No More", a nie jest to jedyne odkrycie.

Dojrzały początek. "Sol Invictus" z niskim wokalem Pattona zaskakuje. Spokojne, zdystansowane wejście ma jednak na celu uśpić naszą czujność. Tuż za rogiem czai się prawdziwy kiiler. Wspomniany "Superhero" brzmi jak połączenie Tomahawka z kompozycjami z płyty "The Real Thing".  Patetyczne refreny i krzyki Pattona w zwrotce to jeszcze nie wszystko. Roddy Bottum swoim motywem klawiszowym połączonym z gitarowym szaleństwem Hudsona tworzą orientalny klimat. Dodatkowo także bogate perkusyjne wariacje Bordina i głęboki bas Goulda czynią z "Superhero" dzieło kompletne. Będziecie często do tego wracać.

"Sunny Side Up" kładzie pomost między płytami "King for a Day... Fool for a Lifetime" a "Album of the Year". A gdyby mocniej się wsłuchać, można nawet odnaleźć wpływy "The Real Thing". Taka stylistyczna zabawa dla zaawansowanych. "Separation Anxiety" przez swoją transowość i mroczność najbardziej pasuje do kompozycji Tomahawka. Miłośnikom tego projektu Pattona powyższy numer rozsadzi z euforii czaszkę. Po prostu miazga! Tego jeszcze nie grali - tak pomyślałem po pierwszych taktach "Cone of Shame", ale szybko się zreflektowałem. Ta niepokojąca opowiastka pokazuje pazur i drapie nas w twarz. Znacie te dzikie krzyki z Mr Bungle i z Fantomasa.

"Rise of the Fall" klimatem przypomina płytę "California" Mr Bungle. Ścieżka dźwiękowa z wesołego miasteczka na pięć minut przed katastrofą... Kocham takie granie! "Black Friday" za pierwszym razem umknął mojej uwadze. Nadrobiłem to. Rozsmarowałem masło na czole... Yyyy... numer zacny!
"Motherfucker" dzięki marszowemu tempu nadawanemu przez werble od razu przykuwa ucho. Warto zwrócić też uwagę na napięcie, które zespół skrupulatnie buduje w kompozycji. Solówka Jona Hudsona wisienką na torcie? No raczej! O "Matadorze" było wspomnieć.  Naprawdę już dawno akordy na pianinie Bottuma nie miały takie wydźwięku jak tu.

Faith No More nie byliby sobą, gdyby do zestawu piosenek nie dorzucili jakiegoś "chochlika".  Lekki, słoneczny, beztroski "From The Dead" nie przystaje brzmieniowo do całości, jednak znakomicie wpisuje się w konwencję zespołu. Gitara akustyczna i chórki mogą wprowadzają słuchacza w sielankowy nastrój. Tylko tytuł coś nie pozwala się zrelaksować... Ach, to przewrotne FNM.

Na płycie jest więcej smaczków, to "Sol invictus" należy uznać za pracę zespołową. Nikt się nie wyróżnia, wszyscy dają tyle ile potrzeba. Z korzyścią dla płyty. Jest dopiero maj, a my już mamy silnego faworyta do wygrania plebiscytu na album roku.

Lista utworów:
1. Sol Invictus
2. Superhero
3. Sunny Side Up
4. Separation Anxiety
5. Con Of Shame
6. Rise Of The Fall
7. Black Friday
8. Motherfucker
9. Matador
10. From The Dead

* Mike Patton jest genialnym wokalistą, a jego umiejętności wymykają się ocenie. Uczynił ze swojego głosu instrument, którego wielu jednowymiarowych artystów może tylko pozazdrościć.

niedziela, 10 maja 2015

Przegląd Zespołów Muzycznych KLANG (9.05.2015) - Stara Kotłownia, Chrzanów - relacja

Za nami szósta edycja Przeglądu Zespołów Muzycznych KLANG. 9 maja zmierzyło się siedem kapel. Zwycięski okazał się Eder. Wyróżnienie otrzymała formacja Cold Calculated. Po raz drugi miałem przyjemność być jurorem tej zacnej imprezy. Oto kilka spostrzeżeń na temat kapel.

KLANG 2015
Eder - zwycięzca KLANGU 2015 [fot. Łukasz Michalik]
Podczas kilkugodzinnego maratonu koncertowego w Starej Kotłowni publiczność mogła posłuchać rockowych zespołów oraz po raz pierwszy również składów hip-hopowych.

Zmagania rozpoczęli muzycy Lunatyk. Dwóch z nich wygrało KLANG w przeszłości jako Blank Space - Bartek Palka oraz Mariusz Lichota. Tym razem się nie udało, ale był to ich debiut sceniczny, więc może być tylko lepiej. Hard rockowy zespół Subline przykuwał uwagę głównie za sprawą gitarzysty Tomka Knopika, który  w 2009 roku wygrał z zespołem Vallium V Powiatowy Przegląd i Konkurs Kapel (z tej imprezy narodził się KLANG).

Blex, czyli mocny hip-hopowy przekaz to swoista nowość na KLANGU, bowiem do tej pory występowały tu głównie rockowe kapele. Cieszy jednak tegoroczna różnorodność i to, że raperzy odważyli się zmierzyć z przedstawicielami innych gatunków muzycznych. Równie bezkompromisowi byli przedstawiciele metalcore`owej formacji Cold Calculated. Przewodniczący jury Ryszard Kramarczyk (akustyk zespołu Dżem) szczególnie chwalił perkusistę. Dla Wiktora Palika takie komplementy to żadna nowość, bowiem w ubiegłym roku na Ogólnopolskim Festivalu Rockowym w Mławie otrzymał tytuł najlepszego pałkera.

Cold Calculated
Wiktor Palik - zespół Cold Calculated [fot. Łukasz Michalik]

HeavyHeart mogło się podobać ze względu na solówki gitarowe Bartka Krzemienia. Sekcja rytmiczna także trzymała poziom, a nad wszystkimi górowała silnym głosem Kaja Sikora (chwalona przez jurora i lidera grupy Credo - Rafała Topolskiego). Natomiast Wyjście Awaryjne dostarczyło publiczności mnóstwo zabawy i pozytywnej energii. Ten zespół łączy rap z żywymi instrumentami. I w kuluarach można było dowiedzieć się, że zabrakło im naprawdę niewiele do wyróżnienia (zadecydowało głosowanie).


Wyjście Awaryjne [fot. Łukasz Michalik]

Ostatni na scenie pojawił się Eder. Kapela chrzanowskiej publiczności dobrze znana, w przeszłości na KLANGU wyróżniana, ale dopiero w tym roku zwycięska. "Kamień z serca" - powiedział po rozdaniu nagród Maciej Nowak. Presja była, bowiem wiele osób liczyło, że to właśnie Eder będzie w tym roku najlepszy. A jury doceniło dobrą dykcję Maćka, niezłe solówki Kacpa, równą sekcję rytmiczną i klawiszowca.


Eder [fot. Łukasz Michalik]

Nim jednak rozdano dyplomy i nagrody - na scenę wyszedł wrocławski aTOM, który zaprezentował energetyczny hard rockowo/stonerowy koncert. Chrzanowski występ był okazją do zaprezentowania materiału z debiutanckiej płyty "Przypuszczam, że wątpię" wydanego w 2014 roku. Publiczność usłyszała także nowe kompozycje. Nie zabrakło bisów i coveru The White Stripes "Seven Nation Army", czyli hymnu dobrze wszystkim znanego. Zespół dał z siebie wszystko i nie poddali się nawet po awarii pieca basowego (dzięki pomocy basisty Ederu, który pożyczył swój sprzęt - aTOM mógł dokończyć koncert).

aTOM [ fot. Łukasz Michalik]

KLANG 2015 pokazał sporą różnorodność gatunkową. Tegoroczna edycja udowadnia, że poziom imprezy z roku na rok idzie w górę, a wygrana jest czymś naprawdę pożądanym. Podziękowania należą się publiczności i zespołom. A kolejny przegląd za rok.

Zwycięzcy dotychczasowych edycji KLANG-u:

2010 - Chilitoy

2011 - Blank Space

2012 - Tajna Lista

2013 - Straight Jack Cat

2014 - We Can Be Angry Too

2015 - Eder


...

sobota, 2 maja 2015

Majówkowe przemyślenia

Dziś krótko i nietypowo. Ponieważ ostatnio mniej słuchałem muzyki, postanowiłem zrobić sobie krótką retrospekcję. Sprawdziłem czy wybrane zespoły z mojego topu nadal działają na mnie tak jak przed laty. Oto wnioski.

1. Najlepszą awangardową płytą jest dla mnie wciąż - Fantômas - Fantômas z 1999 roku. Ten szalony projekt trudno sklasyfikować, jest to po prostu chora jazda dla świrów. Patton, Osborne, Dunn i Lombardo nagrali niepokojący, szalony album. Utwory trwają średnio po kilkadziesiąt sekund, zawierają liczne przejścia. Fantômas to taki Mr Bungle na sterydach podłączony do napięcia 230V. 

2. Robiący furorę w UK nowy album Blur - pierwszy od 12 lat - brzmi naprawdę nieźle. "The Magic Whip" jest dziełem raczej stonowanym i (takie moje wrażenie) skrojonym pod rynek azjatycki: chińskie znaki na okładce, część nagrań zrealizowanych w Hong Kongu, teledysk do "Lonesome street" (a dodatkowo Japonia to jeden z niewielu krajów na świecie, gdzie masowo kupuje się płyty z muzyką i dlatego to oni dostają specjalne wydania "deluxe"). Damon Albarn nie traci formy. Klimatem zbliża się do Gorillaz. Natomiast moim faworytem na "The Magic Whip" jest świetny "My Terracitta Heart", ale zachwyca także "There Are Too Many Of Us" i "Pyongyang" wzbogacony orientalnym azjatyckim motywem. Jest zatem wiele powodów, by nadal kochać Blur.

Blur - The Magic Whip
Blur - The Magic Whip


3. Drugi, trzeci i czwarty album The Offspring nadal nieźle brzmią w przeciwieństwie do całej chały, która rozpoczyna się od czasów "Americany". Proszę sobie posłuchać "Genocide" albo "Dirty Magic". Czy to ballada czy klasyczny punk rockowy numer z słonecznej Kalifornii, zawsze jest melodyjne, prosto ze fajnym brzmieniem i zapamiętywanymi refrenami. Zero mdłego pitolenia.


sobota, 18 kwietnia 2015

Red Scalp - EP no. I (2014) - recenzja płyty

Polacy nie gęsi i swój stoner mają. Istniejący od 2012 roku zespół Red Scalp z Pleszewa prezentuje się naprawdę okazale. EP-ka, która wpadła mi w ucho zawiera czterdzieści trzy minuty dobrej muzyki (album można pobrać za darmo ze strony lub kupić).

Red Scalp - EP no. I
Red Scalp - EP no. I

Sześć utworów nagranych w 2014 roku w StudioPlay oraz w "Scalp`s Place" pokazuje wysoki poziom kapeli, która porusza się w klimatach stoner rocka, psychodelii oraz hard rocka. Artyści nie ukrywają oczywistych inspiracji Black Sabbath (a kto grający "pustynnego rocka" mógłby robić inaczej?). Widać to na każdym kroku, w każdym riffie, w klimacie płyty. Nisko nastrojone gitary, bezdroża, piasek, Indianie, psychodeliki - to czuć w ich muzyce.

Czym zatem ta kapela różni się od innych stonerowych zespołów? Na pewno dobrym przykładem pomysłowości zespołu jest nasiąknięty indiańskim duchem numer "Tatanka" (kto oglądał "Tańczącego z wilkami" łatwo rozszyfruje tytuł). Rytualne śpiewy, rewelacyjny refren i zapadający w ucho sabbathowy riff. Takich wyrazistych basistów jak Łukasz Jankowski lubimy. Posłuchacie, zrozumiecie o co chodzi.
Plusem albumu jest również jego różnorodność. "Helliocentric" może zmylić? Czy to polski band? Tak! Świetny riff brzmiący jak Black Label Sobiety (charakterystyczne gitarowe piski Zakka Wylde`a). Odpowiedni kopniak na otwarcie. Psychodeliczny "Sweet Pill II" mieli mózg niczym meskalinowa maszynka. O zajebistości "Tatanki" już wspominałem? Solówki to następny atut "EP no. I" - miłośnicy gitar będą usatysfakcjonowani.



Album "EP no. I" stanowi dobry prognostyk na przyszłość - narodziła się porządna kapela spod znaku stonera. Jednak już dziś wiemy, że to nie musi być zespół, który wiernie kopiuje sprawdzone patenty, tylko kapela z własnym stylem. Życzę zatem Red Scalp, aby nie zatracili zmysłu tworzenia ciekawych numerów i dalej się rozwijali. W końcu to debiutanci. Powodzenia!

Lista utworów:
1. Helliocentric
2. Sweet Pill I
3. Jackie Boy
4. Tatanka
5. Sweet Pill II
6. Sin City

niedziela, 12 kwietnia 2015

Therapy? - Disquiet (2015) - recenzja płyty

Co łączy: Muse, Cream, Nirvana, The Police i ZZ Top? Te wszystkie zespoły określa się mianem "power trio", gdzie o muzyce decyduje trójka artystów. Do tego zestawienia wypada dołączyć Therapy? (pytajnik odnosi się do nazwy kapeli). Trio muzyków 23 marca wydało czternasty album. Nie było łatwo, bowiem zarejestrowany blisko rok temu materiał z "Disquiet" czekał z publikacją ze względu na sprawy kontraktowe. Zespół zmienił barwy opuszczając szeregi Blast Records na rzecz Amazing Record Co. Produkcją albumu zajął się Tom Dalgety znany ze współpracy z Royal Blood i Band of Skulls.

Therapy? - Disquiet
Therapy? - Disquiet

Przyznam od razu, że z ostatnio mało słuchałem Therapy? Natomiast mocno pokochałem płyty: "Troublegum" [1994] oraz "Semi-Detached" [1998]. Jednak już po pierwszym przesłuchaniu albumu "Disquiet" z radością stwierdziłem, że jest to bardzo dobry materiał! Zespół znakomicie dzieli mocniejsze i spokojniejsze akcenty. Gitarowe brzmienie opiera się na trzech elementach: hard rock, punk i pop. Te elementy regularnie przewijają się przez twórczość Therapy? Ciężkie, przybrudzone hard rockowe gitary (nieco podchodzące czasami nawet pod granie zespołu Helmet) napędzane są szybkimi punkowymi tempami przeplecionymi wpadającymi w ucho melodiami. Trio funduje słuchaczom bardzo energetyczny album.

Refreny i gitarowy riff z "Still Hurts" od razu dają sygnał - będzie dobrze! "Tides" jest jednym z bardziej przystępnych numerów, bujająca linia basu i przyjemny dla ucha śpiew Cairnsa. Spokojnie, nie będzie zbytniego przesłodzenia. Wprawdzie dwa następne kawałki podchodzą pod lżejsze klimaty, to już "Idiot Cousin" leci na ostro (perkusyjny popis Coopera). Spośród nowych kompozycji wyróżnia się "Insecurity" - chyba najlepszy na płycie.


Słuchając "Disquiet" trudno się nudzić. Miłośnikom punk rocka może przypaść do gustu "Torment Sorrow Misery Strife", zwolennicy ostrego grania na pewno docenią "Vulgar Display Of Powder". Nisko strojone stonerowe gitary wybrzmiewają w "Deathstimate" - powolnym jak czołg i rozpędzającym się podczas zwrotek numerze, który zamyka płytę.

Gitarzysta i wokalista Andy Cairns, perkusista Neil Cooper oraz basista Michael Mckeegan robią swoje. Od lat nagrywają dobre albumy. Choć nie należą do najpopularniejszych grup rockowych, to ich twórczość pełna jest ciekawych kompozycji. Również nowa płyta, dlatego szczerze polecam. 

Lista utworów:
1.Still Hurts
2. Tides
3. Good News Is No News
4. Fall Behind
5. Idiot Cousin
6. Helpless Still Lost
7. Insecurity
8. Vulgar Display Of Powder
9. Words Fail Me
10. Torment Sorrow Misery Strife
11. Deathstimate