niedziela, 17 listopada 2013

Linia basowa. Część III: polski

W polskiej muzyce można znaleźć sporo basowych smaczków. Zapraszam do lektury 3 części tryptyku o najciekawszych liniach basowych.



1. Perfect - Chcemy być sobą [Perfect (1981)]
Chcemy bić ZOMO!  Brawo bić wypada też za fajną  linię basówki Zdzisława Zawadzkiego (grał też swego czasu z Breakoutem).

2. Marek Grechuta & Anawa - Korowód [Korowód (1971)]
Marian Pawlik hipnotyzuje słuchacza swoją gitarą basową.

3. Kult - Polska [Posłuchaj to do ciebie (1987)]
Mocny ponadczasowy tekst Kazika Staszewskiego musiał zostać wzbogacony nie byle jakim podkładem muzycznym (wybijające się: bas i saksofon).

4. Republika - Wielki hipnotyzer (Nieustanne tango [1984])
Nowofalowy bas Pawła Kuczyńskiego bardzo przypomina dokonania Joy Division. Świetnie też współgra z gitarą, motoryczną perkusją i pianinem Grzegorza Ciechowskiego.

5. Tadeusz Nalepa - Jesteś w piekle (Jesteś w Piekle [1993])
W tym utworze największego polskiego bluesmana Tadeusza Nalepy można odkryć nie tylko gitarę, ale także czarującego również urzekającą solówką basową Andrzeja Pluszcza.

6. Jan Bo - Buntownik [Moja Wolność (1995)]
Janek Borysewicz nagrywał nie tylko z Lady Pank. W 1995 udało mu się popełnić płytę solową ze znakomitymi artystami. Prócz klasycznych gitarowych wariacji, solówek i ton riffów, na "Mojej wolności" możemy usłyszeć wirtuoza basu Wojciecha Pilichowskiego (słyszalny praktycznie w każdym kawałku). "Buntownik" to prawdziwy popis gry klangiem. Bardziej klimatyczne solo pojawia się w utworze "Różowy". Swoją drogą Pilichowski prócz współpracy z wieloma muzykami grał też na płycie znienawidzonej w Polsce Edyty Górniak ("Dotyk" [1995]). W kawałku "Jestem kobietą" wywalił nawet solo na basie (ech, dawniej nawet w muzyce komercyjnej było miejsce na odrobinę wirtuozerii).

7. Wilki - Aborygen (Wilki [1992])
Z najlepszej płyty ekipy Roberta Gawlińskiego warto wyhaczyć rewelacyjny kawałek "Aborygen". W tamtych czasach Wilki nie musiały nagrywać "Baśki", żeby być na szczycie (w 1992 roku "Aborygen" wdrapał się na 1 miejsce Listy Przebojów Trójki).

8. Śfider Anyy - Szare ulice (Gramm, bo lubię (2004)]
Śfider Anyy reprezentowali chrzanowski rapocore. Na ich drugiej płycie pojawia się kilka basowych smaczków (typowych dla nu metalu czy funky). Wrona w "Szarych ulicach" zagrał świetnie i bardzo klimatycznie.

Kolejność całkiem przypadkowo, a zestawienie nie wyczerpuje tematu. Oczywiście polecam oficjalny ranking basistów i kultowe kawałki, ale to na pewno znacie...

RANKING BASISTÓW:
według musicradar.com:

25. Joseph 'Lucky' Scott

24. Doug Wimbish

23. Carol Kaye

22. Gary 'Mani' Mounfield (The Stone Roses, Primal Scream)

21. Aston 'Family Man' Barrett

20. Nathan East (Fourplay)

19. Mark King (Level 42)

18. Phil Lynott (Thin Lizzy)

17. Bootsy Collins

16. Jack Bruce (Cream)

15. James Jamerson

14. Chris Squire (Yes)

13. Les Claypool (Primus)

12. John Paul Jones (Led Zeppelin)

11. Billy Sheehan

10. Paul McCartney (Beatles)

09. Victor Wooten (Béla Fleck and the Flecktones)

08. John Entwistle (The Who)

07. Flea (Red Hot Chilli Peppers)

06. Jaco Pastorius (Weather Report)

05. Cliff Burton (Metallica)

04. Steve Harris (Iron Maiden)

03. Paul Gray (Slipknot)

02. Geddy Lee (Rush)

01. John Myung (Dream Theater)



według magazynu "Rolling Stone":

10. Victor Wooten (Bela Fleck and the Flecktones)

9. Cliff Burton (Metallica)

8. Jack Bruce (Cream)

7. Jaco Pastorius (Weather Report)

6. John Paul Jones (Led Zeppelin)

5. Les Claypool (Primus, Oysterhead)

4. Geddy Lee (Rush)

3. Paul McCartney (The Beatles)

2. Flea (Red Hot Chili Peppers)

1. John Entwistle (The Who)

środa, 13 listopada 2013

Linia basowa. Część II: klasyka i nie tylko

W poprzednim wpisie przedstawiłem kawałki mniej oczywiste, mniej popularne, takie które niekoniecznie natychmiast kojarzą się z hasłem "najciekawsze linie basowe", a przecież są wyjątkowe. Tym razem prezentuje absolutny kanon. Kolejność w zestawieniu przypadkowa.

Gitara basowa

1. Joy Division - Heart & Soul [Closer (1980)]
Ten zimnofalowo-transowy motyw basowy Petera Hooka to pewien wyznacznik epoki, poetyki tamtego czasu. To rytm serca tuż przed katastrofą. Zresztą na płycie "Closer" takich zagrywek jest więcej (m.in. " Love Will Tear Us Apart" czy "Isolation").

2. Kombi - Bez ograniczeń [Królowie życia (1981)]
Aż dziw bierze, że to Kombi. Dynamika, gra klangiem, instrumental jakich mało. Pewnie znacie ten utwór z dzieciństwa (przynajmniej ci starsi). Tak się rozpoczynał program "5-10-15". Bas Waldemara Tkaczyka w tym utworze jest na kosmicznym poziomie.

3. KoRn - Freak on leash [Follow the leader (1998)]
Prawdopodobnie jeden z najlepszych korn`owych kawałków. Nisko nastrojony bas Fieldy`ego brzęczy w uszach jeszcze długo po przesłuchaniu. Warto zwrócić uwagę na basowo-wokalny pojedynek, który ma miejsce gdzieś w połowie nagrania i kończy się wybuchem (najostrzejszą partią w "Freak on leash"). KoRn zdefiniował to specyficzne brzmienie, które następcy wielokrotnie powielali.

4. The Beatles - Come together [Abbey Road (1969)]
Mówisz "Come together" słyszysz bas Paula McCartneya. Linia basu w tym kultowym dziele wybija się na pierwszym planie. Autorem kompozycji jest John Lennon, a tekst podobno opowiada o guru hippisów Timothym Learym (podobno, bo interpretacji jest więcej).

5. Tool - Schizm [Lateralus (2001)]
Justin Chancellor gra na basie w autorski sposób (nie sposób opisać, trzeba usłyszeć). Dokładając do tego szaleńcze bębny Danny`ego Careya otrzymujemy niezwykle gęstą sekcję rytmiczną. Utwór ze zmianami tempa świetnie prezentuje charakterystyczny styl Toola, czyli nowoczesny progresywny rock.

6. The Cure - A Forest [Seventeen Seconds (1980)]
Muzyka zimnej fali nie mogła się obejść bez porządnego basu. Simon Gallup uczynił z motywu z "A Forest" trzon kawałka, fundament spajający minimalistyczną perkusję z psychodeliczną gitarą i klawiszami. Przy okazji polecam jeszcze "Subway song", w którym bas jest najważniejszym instrumentem.

7. Daft Punk - Loose yourself to dance [Random Access Memories (2013)]
Czasami wypada przełamać schemat i wyróżnić coś z innej beczki. Ta płyta choć elektroniczno-funkowa nagrana została przy użyciu głównie żywych instrumentów.  Poza moim ulubionym "Giorgio By Moroder", w kawałku "Loose yourself to dance" słyszymy klasyczny funkowy groove z  basowym pobrzękiwaniem Nathana Easta. Powinien rozbujać najbardziej sztywne bioderka. 

W trzeciej części trochę polskiej muzy.

niedziela, 10 listopada 2013

Linia basowa. Część I: niekonieczne oczywisty wybór

Wiele jest zestawień gitarzystów, wokalistów, perkusistów, mniej się mówi o basistach. Pora napisać kilka słów o kawałkach, które linia basowa wyniosła na wyższy poziom, a ich twórcy niekoniecznie są umieszczani w czołówce rankingów i podsumowań. Nie chodzi tu stricte o muzyków, tylko wyjątkowe utwory.

Wybór jest oczywiście bardzo subiektywny, a kolejność zupełnie przypadkowa.

Bas


1. Wishbone Ash - Handy [Wishbone Ash (1970)]
Prekursorzy dwóch gitar prowadzących w muzyce Wishbone Ash na swojej debiutanckiej płycie "Wishbone Ash" zarejestrowali ponad 11-minutowy kawałek "Handy". Popis dał basista i wokalista grupy - Martin Turner.
Na początku pojawia się100-sekundowe intro/solówka na basie. Następnie palmę pierwszeństwa przejmują inne instrumenty. W dalszej części utworu Turner nie daje o sobie zapomnieć. Mamy też solo perkusyjne Steve`a Uptona.

2. Living Colour - Flying [Collideoscope (2003)]
Wahałem się między powyższym, a kilkoma innymi kawałkami Living Colour (m.in. "Which way to America"). Jednak niesamowita gra Douga Wimbisha sprawiła, że jednak wybrałem właśnie "Flying". Sam utwór nawiązuje do tragicznych wydarzeń z 11 września 2001 roku.

3. Marcus Miller - Boomerang [ (2001)]
 Ja nic nie rozumiem, robią te zestawienia, wybierają najlepszych gitarzystów basowych, a jakoś o jednym wirtuozie i mistrzu klimatu częstokroć zapominają. Marcus Miller to klasa sama w sobie, człowiek potrafiący z gry na basie czynić sztukę. "Boomerang" sprawia, że słuchacz popada w trans. Równie dobrze mógłbym wyróżnić całą dyskografię Marcusa.

4. Primus - Jilly's On Smack [Green Naugahyde (2011)]
Les Claypool również na basie gra niczym na gitarze. Jest świrem, jest geniuszem, jest kaskaderem basu. Który kawałek Primusa wybrać? Przecież wszystkie są odjechane. Miażdżący "Tommy the Cat" to wybór zbyt oczywisty, dlatego poszedłem ostro po bandzie i wybrałem... Jilly's On Smack. Muzycznie wyczuwam tu ducha Pink Floyd (jestem odosobniony w tym odczuciu?). Na czym Claypool tam gra? Smyczkiem po strunach. Na koncertach psychodela totalna!

5. The Police - Behind My Camel [Zenyatta Mondatta (1980)]
Tak! Primus coverował ten utwór, Sting go napisał. Wystarczy? Może linia basu nie jest specjalnie zagmatwana, może składa się z jednego zapętlonego motywu. Ale jakiego motywu? Przeszywającego, niszczącego. 33 lata temu! Swoją drogą posłuchajcie jak cudnie współpracowała ze sobą sekcja rytmiczna policjantów (Steve Copeland + Sting).

6. Pixies - Gigantic [Surfer Rosa/Come on Pilgrim (1987)]
Kto by się spodziewał? Kim Deal zrobiła w "Gigantic" świetną robotę. Nie dość że napisała linię basu (prostą jak budowa cepa, ale jakże wpadającą w ucho) i dołożyła tekst. Wyszedł numer urzekający, miłosny.

7. Porcupine Tree - Dislocated Day [The Sky Moces Sideways (1995)]
Colin Edwin (gitara basowa) wraz z Chrisem Maitlandem (perkusja) to moja ulubiona składowa tego utworu. Samo brzmienie płyty w swojej progresywnej strukturze zahacza o Pink Floyd, zaś wyróżniony "Dislocated Day" jest moim ulubionym pośród całej dyskografii zespołu.

A w kolejnej części m.in. o Paulu McCartneyu i zespole Kombi.

środa, 6 listopada 2013

Biohazard w Krakowie: relacja z koncertu (klub Kwadrat, 5.11.2013)

Do klubu Kwadrat dotarłem około godziny 19.30. Pogoda - padający od rana deszcze - nie sprzyjała, ale przecież to hardcore, a nie poezja śpiewana więc należało pokonać przeciwności. A tych wczoraj nie brakowało. Najpierw wpakowałem się w korek w centrum Krakowa, później omal nie poszedłem pod scenę bez breloczka (na szczęście szatniarz przywołał mnie do porządku przypominając o karze - 20 zł - za zgubienie numerka). Zaskoczyły mnie też pustki w klubie. Garstka ludzi podpierała ściany. Na szczęście godzinę później naschodziło się sporo fanów ostrego grania i Kraków nie dał plamy. 

Vengeance Tour
Trasa koncertowa Biohazard

Tyle tła, a co muzycznie wydarzyło się 5 listopada? Najpierw support - włoska Arhythmia grająca alternatywny metal połączony z hardcore`m. Zespół zaprezentował intensywny, choć dla mnie dość nierówny set. Tu pojawiły się pierwsze zwiastuny słabej jakości nagłośnienia, ale o tym później.
Po chwili przerwy rozbrzmiało intro z filmu "Henry: Portrait Of A Serial Killer" (ech, przypomniał mnie się koncert Fantomasa z 2004 r.). Tłum zgęstniał, a na scenę wkroczyli muzycy Biohazard. Zaczęła się zabawa przy akompaniamencie hardcore i rapcore. Setlista składała się z kilku nagrań z ostatniej płyty. Nie zabrakło oczywiście starszych kompozycji: "Punishment", "Howard Beach" czy "Victory". Fani zespołu na pewno odczuli brak Evana Seinfelda, którego starał się zastąpić Scott Roberts. W moim odczuciu kręcący bączki basista dał radę. Niestety największym mankamentem koncertu Biohazard w Krakowie było coraz gorsze nagłośnienie, chaos sączył się z głośników, brak selektywnego brzmienia instrumentów gwałcił uszy, tak że czasami trudno było rozpoznać kompozycje, a co dopiero usłyszeć niuanse (na Agnostic Front było pod tym względem o niebo lepiej).

Biohazard
fot. SH - może mało profesjonalne, ale jest...

Kolejną rzeczą godną uwagi była sama publika. Dość zaawansowana wiekowo (poza paroma nastolatkami, głównie moi rówieśnicy lub starsi fani hardcore). Świadczy to tym, iż Biohazard nie doczekał się za wielu słuchaczy młodego pokolenia. Jednak ci, którzy już przyszli, mimo "dźwiękowej sieczki" bawili się przednio (kotły pod sceną, stage diving, przybijanie piątek z muzykami i odśpiewanie po angielski "sto lat" jakiejś Nadii). Dlatego też śmiem twierdzić, że właśnie ta atmosfera pozwoliła pokonać drażniące niedociągnięcia, przez co mogę uznać koncert za udany, choć "dupy nie urywający"...

Bilet z koncertu


P.s.
Zapamiętam z tego koncertu jeszcze cztery rzeczy:
1. dziewczynę jedzącą zapiekankę i bujającą się w rytm hardcorowej muzyki (dziwne to było);
2. rząd facetów ze swoimi ajfonami i dotykowymi telefonami nagrywających co drugi kawałek;
3. kilku fotografów, którzy opanowali przestrzeń pod samą sceną tworząc taki paparazzi szpaler;
4. wreszcie mój bilet został dobrze przetargany przez Pana wpuszczającego/selekcjonera.
Tak trzymać!

niedziela, 3 listopada 2013

John Revolta - Explode - zapowiedź płyty

Gdzieś z wrocławskiego garażowego podziemia docierają do mnie głosy o zbliżającym się debiucie fonograficznym zespołu John Revolta - rockowego kwartetu wariatów z charyzmatycznym liderem Marcinem gauą Gałkowskim na czele. Album ma pojawić się w pierwszym kwartale 2014 roku i co nie jest tajemnicą, będzie przepełniony mocnym gitarowym graniem z wpływami nie tylko "pustynnego rocka". Chcecie wiedzieć więcej? Czytajcie ten tekst.

Okładka płyty


Tak się składa, że udało się dorwać wokalistę zespołu, wspomnianego wcześniej gauę i dopytać o kilka kluczowych dla fanów kwestii. Oto zapis tej rozmowy:

SH: Jaki jest ten nowy materiał John Revolty?

Marcin gaua Gałkowski: Mocno zróżnicowany, każdy kawałek na nowej płytce jest inny, ale przy tym wszystko jest spójne, polane rewolucyjnym sosem. To jest czysty, prosty rock, nie będziemy  zbawiać świata, nie będziemy odkrywać nowych połaci muzyki czy - cytując klasyka - otwierać oczu niedowiarkom. Czasy są takie a nie inne, zwłaszcza dla naszego pokolenia. Jaki będzie ten materiał? Mocno wściekły i wkurwiony.

SH: Startujecie w różnych konkursach i przeglądach muzycznych. Macie ambicje zamieszać na lokalnej scenie i nie tylko?

MG: Tak, akurat ostatnio zakwalifikowaliśmy się do dalszych etapów Muzycznej Bitwy Radia Wrocław. W planach jeszcze parę przeglądów, to jest fajna sprawa, poznajemy przy tym dużo lokalnych kapel i kapelek a to bardzo ważne, w pojedynkę nic się nie zdziała. Dopóki się nie zarabia na tym miliona dolarów, nikt nikomu nie zazdrości, wszyscy się lubią i sobie pomagają. Aczkolwiek nie samymi przeglądami żyje zespół, oprócz płyty mamy w zanadrzu jeszcze parę fajnych rzeczy, ale na razie nic nie powiem.

SH: Jakie płyty wywarły wpływ na "Explode"?

MG: Tutaj trzeba by bardziej spytać Bartesa (gitarzysta), on pisze muzę, ja tu tylko śpiewam (i piszę teksty). Ale inspiracji generalnie jest dużo, ciężko wymienić kilka konkretnych przykładów. Od klasyków pokroju Black Sabbath czy Motorhead, poprzez stary grunge i stoner, wszystkie Kyussy, Nirvany i Alicy (Alice In Chains - przyp. sh), trochę punka po nowsze kapele, pokroju Seether czy Luxtorpeda. A, no i wspomnę Foo Fighters, bo inaczej mnie zabiją. Ale konkretnych tytułów albumów nie podam. Zresztą, to jest Revolta, inspiruje nas wkurwienie.

SH: A zatem - czekamy na rewoltę!