niedziela, 22 września 2013

Krócej niż poprzednio

Dziś tylko info - stworzyłem zakładkę z koncertami (w celu uporządkowania i pamiętania - gdzie i co). Będę regularnie dodawał kolejne wydarzenia. Wszystko w prawym górnym rogu bloga.



P.s.
Już wstępnie przymierzam się do podsumowań muzycznych 2013 roku. Spodziewajcie się też recenzji muzycznej płyty, którą ostatnio katowałem.

sobota, 21 września 2013

Na krótko: stare irokezy

Przypadkowo trafiłem ostatnio na płytę "Mokotovo" (2012) ska-punkowej formacji Dee Facto. Nowe brzmienie, już nie takie surowe i dzikie jak na debiucie, którym tyle lat się jarałem (odtwarzając jeszcze z kasety). Właśnie album "Dee Facto" z 1993 roku wciąż stanowi dla mnie numer jeden wśród wszystkich mi znanych płyt z muzyką ska i jest w pierwszej trójce punkowych wydawnictw, jakie miałem okazję poznać. Jest kwintesencją tamtych czasów, jednakże nadal bardzo aktualny  w przekazie.



Panowie z Warszawy dwie dekady temu nagrali prawdziwy dynamit, ze świetnymi tekstami, energią i prawdziwą nieokiełznaną dzikością brzmień (choć pewnie można sobie ponarzekać na jakość wyprodukowania). Moje ulubione tracki: "Polska młodzież", "Uliczna kultura" czy "Saygon" powodują, że i dziś skaczę demolując pokój. 

Może ktoś wyda jeszcze raz na płycie CD "Dee Facto" - tego życzę na dwudziestolecie debiutu!

piątek, 20 września 2013

Necroparty 2013 - nie było trupów

Wczoraj odwiedziłem klub Rotunda, żeby posłuchaj ulubionej psychobillowej kapeli Nekromantix. Średnie nagłośnienie (najlepiej było słychać 1metr od głośnika), hipsterskich punków i przeciętne supporty przemilczę (głównie ze względu na brzmienie).


Duński zespół spełnił moje oczekiwania z nawiązką. W setliście pojawiły się najlepsze (moje ulubione) kawałki jak: "Alive", "Night nurse", "Gargoyles Over Copenhagen", "Demons are Girl Best Friend" no i oczywiście "Who killed the Cheerleader?"). Solówka perkusyjno-kontrabasowa dodatkowo podgrzała atmosferę. Dobrze było też zobaczyć świetnie bawiącą się publikę (pogo, tańce). Dwie osoby nie wytrzymały tempa i zostały wyniesione nieprzytomne z sali klubu. Jednak jak na necroparty, nie było ani jednego ziombiaka, trupa i innych wykrzywionych postaci.
Miałem okazję spotkać też kumpli i umówić się na wódkę, czyli standardowa koncertowa procedura...


Teraz pora na Biohazard. Tak! Niebawem ta legenda hardcore`u pojawi się w naszym kraju.


piątek, 13 września 2013

Nekro Gruba Mama na Łące...

Wybieramy się na sajko, czyli koncert Nekromantix - ziomków z Danii, którzy grają tzw. psychobilly (upraszczając: mieszanka punk rocka z ironią, grozą, horrorem i wszelkimi zombie (tak tak, był kiedyś taki zombiaczy projekt co się zwał bez kultury). Zamiast gitary basowej muzycy używają kontrabasu, co sprawa że brzmienie jest o wiele ciekawsze (dudniące? głębsze?). Ich płyty w Polsce są słabo dostępne i przede wszystkim drogie. Uzbieranie całej dyskografii na nie pewno do łatwych nie należy.

Matka Ziemia wydała na swe polskie łono dwa kosmiczne zespoły. Przy tej okazji polecam imprezowo-funkowo-elektroniczne albumy:

1. Big Fat Mama - Music for your Grandma [2013]
Debiut fonograficzny. Funkadelic maczał w tym palce. Jednak tym, którzy mieli okazję być na koncertach ekipy ze Szczecina, zapewne rzuciło się w ucho, iż kawałki w miksie zyskały nowe elementy (gdzieś tam jakaś elektronika, chórek, sekcja dęta itd.). Cieszy fakt wydania spójnego, dobrze wyprodukowanego albumu. Początek w postaci "One" rzuca na kolana i tak już zostaje.


2. Łąki Łan - Armanda [2012]
Trzeci album w dyskografii. Bardziej elektroniczny klimat niż Gruba Mama, taki polski Daft Punk. Teksty abstrakcyjne, muzyka bujająca. Takimi hiciorami jak: "Jammin`" czy "Łan Pała" można rozkręcić niejedno "emeryten party".

Spróbujecie?

poniedziałek, 2 września 2013

Nine Inch Nails - Hesitation Marks (2013) - recenzja

   Dni coraz krótsze, a noce zimniejsze. Co wybrać na jesienne wieczory? Może najnowszy album Nine Inch Nails "Hesitation Marks", który w sprzedaży od 3 września?

    Czy Trenta Reznora trzeba przedstawiać? Prawdziwa legenda industrialnego rocka, wokalista, multiinstrumentalista, autor tekstów i ścieżki dźwiękowej (Oscar za soundtrack do "Social network"). Znany ze swojej wrogości do przemysłu muzycznego, bojownik przeciwstawiający się komercji. Jego twórczość przesycona jest mrokiem, tak jak koncerty NIN przepełnione są bogatą warstwą wizualną i tradycyjną demolką sprzętu muzycznego. Pierwsze nagrania koncertowe zapisywałem jeszcze na kasetach VHS. To musiał być rok 1999. Reznor siedzi przy fortepianie, na którym pali się kilkadziesiąt świec. Gra te swoje piękne akordy. Buduje napięcie. Publiczność skupiona, w transie. Wiedzą co się święci. Za chwilę artysta chwyci za gitarę lub syntezator i pchnie kompozycję w bardziej agresywną stronę. Tak się robi industrial rocka...  Jak jednym zdaniem opisać muzykę Trenta Reznora? Prostym równaniem:
Einstürzende Neubauten+Joy Division+Pink Floyd = Nine Inch Nails.

fot. okładka płyty
   Najnowszy album NIN "Hesitation Marks" jest podobny brzmieniowo do ostatnich dokonań Trenta Reznora. Dominują tu raczej elektroniczne industrialne klimaty, które wprowadzają słuchacza w trans. To trzeba lubić, żeby to kupić. Zapewne taka płyta jak "Fragile" się już nie powtórzy. Jednak powielanie tego samego przez lata, to nie byłoby stylu lidera dziewięciocalowych gwoździ. Dlatego na "Hesitation Marks" usłyszymy stonowany saksofon w "While i`m still here" czy lekko flirtujący z funk "All time low". Gdyby disco punkowcy dorwali się do nagrań Joy Division, ich singiel brzmiałby właśnie jak "Everything". Zimnofalowy bas osadzony pośród elektroniki. Ten kawałek wyróżnia się na płycie swoją dynamiką i przebojowością. Idealny wybór na singla!

   Na pewno i tym razem Reznor jest oszczędny w środkach wyrazu, nie buduje kompozycji tak złożonych jak choćby na wspomnianym wcześniej "Fragile". Stawia na klimat. Polecam wersję "deluxe" z trzema bonusowymi kawałkami. Warto jeszcze dodać, iż za produkcję "Hesitation Marks" odpowiada Atticus Ross (współautor ścieżki dźwiękowej do "Social network", która otrzymała główną nagrodę Akademii). Natomiast okładkę zaprojektował Russell Mills. Według artysta grafika ta nawiązuje do idei chaosu i porządku oraz stanowi "skrzyżowanie medycyny sądowej i patologii, w której osobiste pozostają jedynie fragmenty, w których minimalne wskazówki mogą sugerować, wydarzenia, które mogły mieć miejsce".  Doskonałe podsumowanie albumu.
Polecam!

wtorek, 13 sierpnia 2013

Z falą

Jest lato stąd przesyłam pozdrowienia prosto z wody. Nie utonąłem, żadna żarłoczna ryba nie odgryzła mi przyrodzenia, nie zadławiłem się ością i nie porwali mnie piraci somalijscy. Jest dobrze. A od poniedziałku powrót do tzw. "normalności". Czyżby?!

sobota, 13 lipca 2013

Muzyka na różne pory i nastroje

1. Muzyka do pubu. Niedawne folkowe odkrycie z Londynu - Skinny Lister. Twórczość Brytyjczyków podrywa do tańca, poprawia nastrój. Człowiek nie może usiedzieć w miejscu. Kufle w dłoń.


Ich debiutancki album "Forge and Flagon" z 2012 śmiało można uznać za jedno z najlepszych folkowych dzieł jakie w minionym roku ukazały się na rynku muzycznym.

2. Muzyka do samochodu. Kiedyś był film "Drive" i nostalgia za brzmieniem elektronicznym z lat 80. Później przypadkowe odkrycie - Lazerhawk - projekt synthpopowy przypomina nieco Daft Punk, ale nie można mu nic więcej zarzucić w tym względzie.
Kawałek "King of streets" nie pochodzi z żadnej płyty Lazerhawk, trudno go znaleźć, jednak nawet słuchając wersji z YT bez problemowo wkręcicie się w oldskulowy elektroniczny klimat.

3. Muzyka na imprezę? Niekoniecznie, bo to taki smaczek - zespół/projekt jednego kawałka - tak bym określił Major Lazer. "Get free" pewnie słyszeliście w jednym ze sklepów odzieżowym. Lekki, wciągający, bujający. Warto odpalić i sprawdzić czy znajomi łykną...

Dzielę się z Wami tymi muzycznymi odkryciami i czekam na rewanż. Czirs!

wtorek, 11 czerwca 2013

Paul Branningan - Dave Grohl: Oto moje (po)wołanie 2013 - recenzja

Dawno nie brałem się za recenzowanie książki, dlatego uczynię to po swojemu, czyli zarzucę Was garścią chaotycznych przemyśleń spisanych na gorąco... :)

"Paul Branningan - Dave Grohl: Oto moje (po)wołanie" to kawał dobrej biografii opisanej z wręcz kronikarską dokładnością. Będąc po lekturze dość średnich książek o Slashu ("Rockowy dom wariatów") oraz Queens of the Stone Age ("Pieśni dla głuchych") trzymając w ręce 400-stronnicową publikację, podszedłem do tematu z dystansem. Jednak po pierwszych kilku zdaniach wiedziałem, że autor odrobił pracę domową, bo primo: spotykał się wielokrotnie z Davem Grohlem, secundo: znakomicie przeanalizował zjawiska muzyczne sceny rockowej od hardcore punka poprzez grunge czy siatkę połączeń innych gatunków w tym wielkim misz maszu.

Dla kogo jest ta książka? Nie tylko dla miłośników Foo Fighters czy Nirvany, ale także dla osób które chcą się dowiedzieć czegoś z pierwszej ręki o scenie hardcore punk lat 80-tych (Black Flag, Minor Threat, Husker Du, Scream i wiele innych). To też dobra propozycja dla fanów muzycznych historii z krwi i kości, bez gloryfikacji i przerysowań. Tutaj na szczęście nikt nie wystawia laurki Kurtowi Cobainowi. Raczej dowiemy się o jego niezbyt fajnych zagraniach (np. przejęcie 90% wpływów z tantiem czy brak komunikacji w zespole). Ale nie to jest tu najważniejsze...


Narracja jest oparta na paru retrospekcjach i "wyprzedzeniach", co początkowo tworzy lekki chaos, ale po chwili zaczynamy rozumieć tę specyficzną formę opowiadania historii. Poznajemy zatem początki muzyka, a także scenę na której Grohl się wychowywał, a którą później współtworzył. Docieramy do demówek, solowych projektów i kolaboracji, no i przede wszystkim do ludzi. Poznajemy historię pierwszych kapel artysty (m.in. Scream czy Dain Bramage), wchodzimy w sam środek grunge`owego kotła, czytamy o wielkim sukcesie i jego konsekwencjach. O wzlotach (pierwszych miejscach zestawień sprzedaży czy dwóch koncertach Foo Fighters dzień po dniu na stadionie Wembley - 172 tys. biletów rozeszły się w kilka godzin!). Dowiadujemy się o upadkach (m.in. o tym jak Dave po śmierci Cobaina był na samym dnie, lecz szybko się pozbierał i zaczął wreszcie tworzyć tak jak pragnął - po swojemu). Widzimy jednak przede wszystkim pozytywnego gościa zakochanego w tworzeniu muzyki, graniu. Człowieka w koszulce i trampkach, który będąc artystą topu, potrafi się do dziś jarać takimi rzeczami jak: nagrywanie albumu z John Paulem Jonesem (basistą Led Zeppelin, idolem dzieciństwa) czy kawałka Foo Fighters - "Dear Rosemary" z Bobem Mouldem (wokalistą Husker Du - legendą sceny alternatywnej).

Lektura tej książki jest wciągająca, intrygująca a zakończenie pozostawia niedosyt, bo przecież Dave jest ciągle produktywny i finał historii napisze kiedyś życie. Oby opowieść trwała jak najdłużej.



Jeśli chodzi o samą publikację - wykonana jest solidnie, wypukłe litery na okładce, dobrej jakości papier i kolorowe zdjęcia rozlokowane na 2 wkładkach pozwalają złapać wytchnienie pomiędzy kolejnymi partiami tekstu.


10/10. Polecam.

wtorek, 21 maja 2013

Daft Punk - Random Access Memories (2013) - recenzja

Recenzji nie powinno się pisać na gorąco, a ja to robię w trakcie słuchania Daft Punk "Random Access Memories". No cóż, przyznacie że musiało mnie poruszyć. Po dość przeciętnym albumie Kultu pt. "Prosto" z niecierpliwością czekałem na coś dobrego. I się doczekałem. 21 maja ukazała się najnowsza płyta francuskiego duetu muzyków - Daft Punk. 

Zacznijmy jednak z kronikarską chronologią od samego początku. Płytę otwiera funkowo-elektroniczny "Give life back to music", co zapowiada swoistą reanimację muzyki elektronicznej tak skutecznie uśmiercanej ostatnio przez dubstepy.  Tutaj pauza - nie chcę Wam odbierać przyjemności smakowania kolejnych kawałków, dlatego przeskoczę do 3 numeru - "Giorgio by Moroder"- na początku mamy wypowiedź tytułowej postaci - włoskiego producenta muzycznego, który pracował nad hitami gwiazd disco i nie tylko (m.in. Bonnie Tyler, Donna Summers). Utwór przeradza się w ciekawą kompozycję, w której można wyłapać prawdziwe smaczki - ponoć na tej płycie ograniczono komputery na rzecz żywych instrumentów. 9 minut "Giorgio by Moroder" przelatuje w tempie ekspresowym.  W "Within" mamy pianino - gra Chilly Gonzales. "Instant Crush" to z track z udziałem Juliana Casablancasa - którego wokal przefiltrowany został przez daft punkową elektroniczną maszynerię. Płyta nie traci tempa i kolejna funkowo-elektroniczna kompozycja z wyraźną linią basu buja bioderka - to "Lose yourself to dance" - śpiewa Pharrell Williams (numer 8 "Get lucky" też z nim na wokalu, ale o tym później). 



Disco funk wzbogacone nutą nostalgii otrzymujemy w "Beyond".   Echa pedal steel guitar słychać na "Fragments of the Time" ze świetną partią wokalną Todda Edwardsa. Jeszcze ciekawej robi się podczas "Doin`it right". Panda Bear zrobił tu dobrą robotę. Polecałbym zespołowi na singla. 

Singiel "Get lucky" podbija komercyjne rozgłośnie radiowe i jest znakomitą wizytówką tego album. Dowodzi także tezy o możliwości nagrania przeboju w starym dobrym stylu, czyli wartościowego muzycznie. Tu mała uwaga - wersja radiowa różni się nieco od albumowej. 




Finał to "Contact" z perkusyjnymi kaskadami i ekstatycznym atakiem syntezatorów. Prawdziwa kwintesencja stylu.

Siłą tej płyty są zaproszeni goście. Lista jest długa i zacna. Dzięki nim czasami zapominamy, że to muzyka elektroniczna. Czuć to np. kiedy podkręca się tempo w "Touch" za sprawą Paula Williamsa. Mamy także trochę patosu, chór i klasyczne daft punkowe kosmiczne dźwięki.

"Random Access Memories" jest tak kolorowa, wielowątkowa, wciągają, iż nie sposób ją uprościć do kilku haseł. Wyśmienicie się słucha. Album urzeka. Zresztą posłuchajcie sami. 10/10.

niedziela, 12 maja 2013

Koty drapały w rytm KLANGU

To była jedna z najlepszych edycji KLANGU. Bardzo wysoki poziom, spora dawka dobrej muzyki i 3 zwycięskie kapele, choć mogło być ich więcej...




Jak wiadomo zwycięzca może być tylko jeden. O miano najlepszego zespołu przeglądu ubiegało się w tym roku aż 9 kapel: Trick, Nu Clepage, Silver Light, Sad Wednesday, The White Camel, Ewakuacja, In Sanity, Brzózka, Straight Jack Cat. Klang tradycyjnie odbywał się w ramach Słonecznej Fali Muzyki, podczas której zbierano pieniądze na schronisko dla zwierząt w Oświęcimiu (dochód ze zbiórki wyniósł 901,81 zł).

Pierwsze miejsce trafiło do "kotów" ze Straight Jack Cat w składzie: Marek Palka (gitara, wokal), Sebastian Kaszyca (bębny), Damian Szafran (bas) oraz Michał Zachariasz (gitara, klawisze). Straight Jack Cat to nie tylko zwycięzcy przeglądu, ale też pierwsza kapela, której dane było zagrać w klubie Stara Kotłownia (27 stycznia 2012 roku). Co od tego czasu się zmieniło? Koty drapią jeszcze mocniej. Garażowy, rockowy, dynamiczny występ zelektryzował publiczność. Frontman zespołu nawet pokusił się o wdrapanie na jeden ze wzmacniaczy. Podczas krótkiego, energetycznego seta usłyszeliśmy m.in. "Hurt-a-lot".

Po wyróżnienie sięgnęli panowie z In Sanity (drugi raz z rzędu!). Grali ciężko, melodyjnie z popisowymi solówkami gitarowymi. To była jedna z kapel, które tego dnia poderwały publikę do żwawszej zabawy.

Drugie wyróżnienie (równie ważne) trafiło do rąk muzyków z The White Camel. Gdyby przyznawać nagrody za umiejętności wokalne Dominik Rybiałek miałby spore szanse. Świetny kompozycyjnie set zasłużył na docenienie ze strony jury.

Dodatkowo Stowarzyszenie Przyjaźni Miastu zdecydowało się przyznać wyróżnienie - odkrycie przeglądu - dla zespołu Sad Wednesday.

Tuż po Klangu na scenie pojawiły się jeszcze dwie kapele: Blank Space oraz gwiazda wieczoru - formacja Dzioło, która klimatami ska porwała publikę do szalonej zabawy.

Warto jeszcze dodać, że występy oceniało jury w składzie: Jarosław Kisiński (Sztywny Pal Azji, przewodniczący), Rafał Kossakowski (firma Sound Art), Emilia Borycka i Dominik Rodziewicz (oboje ze Stowarzyszenie Przyjaźni Miastu) oraz Tomasz Wójcik (Chrzanowska Telewizja Lokalna). Należy także podkreślić, iż podczas sześciu i pół godziny przez klub przewinęło się ponad 150 osób.

Wszystkim kapelom (i tym nienagrodzonym również) gratulujemy, życzymy powodzenia na wyboistej drodze muzycznej i zapraszamy do udziału w kolejnej edycji, która już za rok.

P.s.
Relacja wideo i fragmenty koncertu niebawem na kanale wideo. Info wkrótce!