poniedziałek, 19 listopada 2012

Nie taka Maria Peszek straszna jak o niej mówią

Koncert Marii Peszek -  klub Studio Kraków 19.11.2012.


Gdyby czytać tabloidy i niektóre teksty na portalach internetowych można by się spodziewać po koncercie Marii Peszek nergalowskiego targania biblii, kontestacji patriotyzmu i wielu innych kontrowersyjnych działań. Nic z tych rzeczy! Brakowało także sączącej się z głośników depresji. Występ był dynamiczny, pełen energii, kawałki zagrane mocniej niż na ostatniej płycie, a sama artystka dała się poznać jako osoba ciepła, kontaktowa, choć momentami popadająca w egzaltację.

O 20.20 doczekaliśmy się wyjścia zespołu na scenę. Na przedzie dominowała młodzież (znająca na pamięć teksty). Pojawiło się kilka "kalek" Marii Peszek (podobna fryzura, styl ubierania itd.) i paru wychudzonych chłopców, którzy później nadawali tempo zabawie (hipsterzy?). A muzycy? Dwóch gitarzystów, basista, klawiszowiec/bębniarz i perkusista (popisał się fajnym solo podczas występu). Podczas 80 minut grania usłyszeliśmy całą pierwszą płytę (a więc na dzień dobry "Ludzie psy" i moje ulubione "Sorry Polsko"). Maria Peszek szalała na scenie, skakała, włożyła sobie nawet plastikowy worek na głowę. Z publiczności poleciały jakieś wycięte serduszka - artystka wzięła je i włożyła za bluzkę, powycierała nimi piersi <tu piski psychofanów>. Ot, taki gest. Publika szalała. Można nawet powiedzieć, że przepełniony klub Studio od pierwszego kawałka rozgrzany był do czerwoności. Po odegraniu albumu "Jezus Maria Peszek" poleciały bisy: "Personal Jesus", "Piosenka dla Edka" oraz "Ciało". Tu Maria wzięła statyw od mikrofonu i jak widać na obrazku poniżej "ukrzyżowała się". To był chyba jedyny taki bardziej sugestywny gest z jej strony względem religii. Na finał usłyszeliśmy taneczną wersję "Moje miasto" i burza braw pożegnała muzyków.



Koncert wypadł całkiem nieźle, chociaż nikt by się nie obraził na zagranie jeszcze przynajmniej dwóch utworów ("Hujawiak" czy "Kobiety pistolety"). Pozostanie mi przypuszczać, że Pani Peszek nie chciała zbytnio eksploatować wychudzonych hipsterów stojących pod samą sceną.

Maria Peszek - Sorry Polsko:

sobota, 17 listopada 2012

Śmieci na kwadracie, czyli koncert Garbage w Krakowie (16.11.2012)

Wybrałem się na ten koncert, bo chciałem sprawdzić czy nadal są tacy dobrzy jak na pierwszych płytach, a może po prostu z sentymentu. Bilety kupiliśmy w ostatniej chwili, na miejsce dotarliśmy samochodem. Mgła niczym w Londynie. Zimno. Do środka weszliśmy po 19. Ludzie jacyś niemrawi, trochę starych fanów, sporo młodzieży, odrobinę hipsterki. O godz. 19.57 wyszli na scenę. No proszę, jak na zespół rockowy to nowość, żeby tak czasowo. Jako drugi kawałek poszło "I thin i`m paranoid" i publika oszalała. Później było jeszcze lepiej: "Queer", "Stupid girl", "Cherry lips" czy "Shut your mouth". Kilka przemów Shirley Manson (pokochali Kraków, zaapelowali o bycie wyrozumiałym dla innych ludzi - coś o szacunku i miłości). Co dalej? Nieco bardziej elektroniczne "The trick is to keep breathing", "Blood for poppies" oraz "Automatic systematic habit" z nowej płyty. "Push it", które wbiło mnie w ziemię. Na bis nie trzeba było zbyt długo czekać: "When i grow up", "The world is not enough" oraz "Only happy when it rains". 90 minut solidnego rockowego grania. Duke Erikson pośpiewał sobie na koniec i można było już iść do domu. Należy dodać jeszcze, iż nowe kompozycje brzmią lepiej na koncertach.



Dziwić może fakt przeniesienia koncertu z Hali Wisły do klubu Kwadrat - czyżby nie było aż tylu chętnych? Garbage po swoim występie nie wyszli do fanów, którzy czekali przy barierkach. "Pozdrowienia" dla parki z Czech. Blond holka popiskiwała jak małpka, a jej boy gwizdał tak mocno, że zamiast szumu od głośników miałem po koncercie świst w uszach. Nagłośnienie było dobre (wbrew opiniom niektórych co się pochowali pod sceną lub na balkonie i marudzili, że "chujnia"). Tak więc nie żałuję wydanej kasy, bo było warto.

piątek, 9 listopada 2012

Zaskroblowane cz. II: Soundgarden



A jednak cykl ma swoją kontynuację. Natchnęło mnie dziś. 


Zaskroblowane cz. II: SOUNDGARDEN

Bez większych problemów da się ułożyć listę skarg wobec Soundgarden:
1. Długo kazali czekać (13 lat przerwy w działalności, 16 lat od ostatniego longplaya)
2. Chris Cornell kręcił coś z Timbalandem (i niezbyt mu to wychodziło)
3. Wydali dość zmylający tropy singel "Live to rise" (znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu "Avengers")
4. Wielu zaczęła szukać w ich działaniach klasycznego skoku na kasę czy jak mawia młodzież "skomercjalizowania się"

Soundgarden w 2012 roku


W listopadzie 2012 wszystkie powyższe punkty tracą na aktualności. Spełniło się bowiem marzenie wielu. Soundgarden wydało album. I to jaki album! "King animal" to naturalna kontynuacja "Down the upside". Z zadziorem, z feerią muzycznych barw. W ogrodzie dźwięku, do którego zabierają nas Kim Thayil (gitara), Matt Cameron (perkusja), Ben Shepherd (bas) oraz Chris Cornell (wokal) jest sporo klasycznych hard rockowych riffów. Wyważone solówki znowu są na tapecie. Sekcja rytmiczna świetnie zgrana. Wokalizy charyzmatycznego lidera jak zawsze bardzo wyraziste. Melodie wpadają w ucho. Ten album już w tym momencie jest dla mnie klasyką. Prawdopodobnie zbierze też dobre noty w prasie. Musi!


Płyta "King animal" wychodzi 13 listopada 2012. Po kilku przesłuchaniach stwierdzam, że już dawno nie słyszałem takiego zamknięcia albumu jak utwór "Rowing" - mantra psychodeliczna z lekka przesycana bluesowym duchem i dźgana hard rockową dzidą. A otwarcie? Jak to w przypadku Soundgarden - mocny kopniak. Prosto w zadek. Szybki, dynamiczny "Been Away Too Long" z wpadającym w ucho refrenem. Symbolicznie o tym, że byli z boku bardzo długo. Ale wrócili! Środek? "Non-State Actor" nie daje nam wytchnienia. Mocno i do przodu. I kiedy liczymy, że pojawi się jakiś smęt, jest kolejny kiler "By Crooked Steps", choć zaczyna się niepozornie, to po kilkunastu sekundach nadjeżdża walec. W " Attrition" mamy niespotykany dotąd w twórczości zespołu refren. Z kolei "Eyelids Mouth" atakuje pulsującym basem. Takich niuansów na albumie znajdziemy więcej. "King animal" cechuje się spójnością, dobrą produkcją. Każdy z muzyków ma tu swoje 5 minut. Nikt jednak nie bawi się w popisy. Proporcje są zachowane. Wokal jest jednym z instrumentów. Nie wybija się ponad, nie zagłusza. 

Ta płyta rozgrzewa, wciąga i zmusza do kolejnych przesłuchań.


 
Soundgarden w liczbach na laście:
- 333 odtworzenia (i przybywa)
- najczęściej słuchałem płyty "Badmotorfinger", ale na chwilę obecną prym wiedzie kawałek "Black Rain" (21 razy leciał z głośników).
Te statystyki prawdopodobnie szybko ulegną zmianie.

Autorewers to konieczność!

czwartek, 1 listopada 2012

Plany i zamierzenia + zaskroblowane cz. I

Ten blog nigdy nie miał uporządkowanego charakteru ani tym bardziej nie posiadał tematycznego doprecyzowania. Był raczej zlepkiem różnych rozkmin. Tym razem chciałem zapowiedzieć krótki cykl muzyczny - postanowiłem opisać kilka zespołów - skupiając się na wybranych, wyrwanych aspektach ich twórczości. Na pewno pomoże mi przy tym profil na last.fm.


Dziś 1 odcinek...

Zaskroblowane cz. I: ELECTRIC SIX



Fakty wg hombre:

a) Płyty zespołu trudno kupić - wyszło 8 regularnych albumów (nie liczę tu koncertów, składanek, demówek, epek, singli, bootlegów itd.)
- empik.com oferuje "Señor Smoke" oraz źle podpisaną "I Shall Exterminate Everything Around Me That Restricts Me from Being the Master" (według sklepu jest to album "I Shall Extermintae") Hm...
- merlin.pl może nam sprzedać "Fire"
- allegro - marnie.Da się nabyć jakieś używki. Szału nie ma.

b) Koncertów w Polsce nie było i przyszłości się nie zanosi. Ku rozpaczy niżej podpisanego.

c) Fuzja gatunków - zespół świetnie radzi sobie w podkradaniu brzmień disco, funk oraz elektroniki i przeszczepianiu ich na rockowy grunt (dokładając czasami hard albo punk).

d) Dick Valentine i jego ironiczne spojrzenie
 e) Teksty. Przydałby się ktoś, kto by przetłumaczył na rodzimy język i opisał całą paletę pop-kulturalnych inspiracji/odwołań/zapożyczeń/kalek itd.

f) Niedoceniany zespół? Trudno powiedzieć. Electrix Six trafia do mnie absolutnie.
2360 odtworzeń w mojej muzycznej bibliotece mówi samo za siebie. Najczęściej katowałem kawałek "Jimmy Carter" - 75 razy. Najwięcej odsłuchań (412) ma płyta "I Shall Exterminate Everything Around Me That Restricts Me from Being the Master"(tak, ta sama o długim tytule, który sprawił tyle kłopotów empikowi).

g) Finalnie - ironiczne spojrzenie pochodzi stąd:
 


A może Pan wokalista tak po prostu przystanął celem zaczerpnięcia "świeżego powietrza". Jakie są wasze typy?

SH 

sobota, 6 października 2012

Sorry Polsko?

"Jezus Maria Peszek" - album, który na dniach ukazał się w sprzedaży, skłonił mnie do napisania paru słów o trudnym patriotyzmie, bo już dawno żadna piosenka nie miała takiego ładunku emocji w stosunku do kraju jak "Sorry Polski". 

Płyta jest niezła, choć na pierwszy plan wybijają się dwa utwory - ten wspomniany wyżej oraz "Wyścigówka". Postdepresyjno-lingiwstyczny klimat ustępuje czasami radosnym taktom, ale ponad to wszystko wybija się bunt przeciw konwencji i religii. Artystka świadomie wygania wszelkie artefakty wiary ze swojej muzyki. Co jednak najbardziej uderza? Manifest antypatriotyczny. I na tym się skupię.

Zaczyna się ostro:
Po kanałach z karabinem nie biegałabym
Nie oddałabym ci, Polsko
Ani jednej kropli krwi



A dalej jest usprawiedliwienie - że egzystencja jest o wiele gorsza i trudniejsza do zniesienia niż miłość do ojczyzny. Istnienie (zwłaszcza jeśli oscyluje wokół rozterek) przygnębia artystkę do tego stopnia, że prosi Polskę, aby ta jeszcze nie kazała jej umierać. 
Z drugiej strony można byłoby odnieść wrażenie, że Maria Peszek ironizuje - Lepszy żywy obywatel, niż martwy bohater. Ktoś przecież musi płacić podatki? A może to model nowego patriotyzmu?

A jak bywało w przeszłości? Taki Kult w utworze "Polska" wspominał o kraju nad ranem gdzie chodniki zarzygane, żaden polityk nie przecina wstęgi. Punkowcy z KSU martwili się, że nikt nie broni kraju, gdy "wokół głodne psy". Pesymistyczna wizja ciągnie się dalej przekrojowo (upokorzony naród, nędza itd.). 



Jeśli jednak wspomniane wyżej utwory diagnozowały stan rzeczy, Maria całkowicie odcięła się od słynnego uczucia na "p" skupiając się głównie na indywidualistycznym podejściu do egzystencji. Wolno? Artyście pewnie tak, bo to pewnie jakaś konwencja, głos w sprawie. Kij wbity w mrowisko.

Co na to Peszek?
Dla mnie nowoczesny patriotyzm polega na tym, że się nie migam od normalnych obowiązków. Płacę abonament, chodzę na wybory, poczytuję gazety. Nie kombinuję, jak uniknąć podatków. Uczciwie partycypuję, żeby tu było fajnie.
Duża część mojego pokolenia tak myśli i działa. Jazda na gapę jest passé. Uprawiamy patriotyzm prostych spraw, małych rzeczy. A ciągle nam się wciska kult śmierci. Czas honoru. Ciągle stajemy wobec tych skrajnych, romantycznych roszczeń. „Oddaj życie!.
[www.polityka.pl]

niedziela, 5 sierpnia 2012

Po aptece z Iggym Popem

Relacja z Off Festival 2012 (Katowice, dzień drugi czyli 4.08)



Mój pierwszy pobyt na tym festiwalu współtworzonym przez Artura Rojka wypadł bardzo okazale. Niestety nie miałem okazji zobaczyć pierwszego dnia naspidowanego Atari Teenage Riot czy Death In Vegas ani Henrego Rollinsa (występującego tym razem nie z zespołem, ale solo w formie spoken word - gość nawija o drażniących go sprawach społeczno-politycznych). Za to drugi dzień festiwalu rozpoczęliśmy dość wcześnie jak na moje standardy, bo już o godzinie 15. Wtedy na głównej scenie prezentowali się rockandrollowcy z The Stubs - energetyczny występ, w nich przyszłość. 


Następnym koncert to Kobiety. Trójmiejska alternatywna formacja zrobiła na mnie wrażenie. Trochę psychodelii, trochę fajnych melodii, niezłe teksty, rozbudowane instrumentarium (instrument przypominający cymbałki, nie chcę się kompromitować, nie wiem...). Świetnie wybrzmiał "Pif paf". Nie zostałem do końca będąc ciekaw występu Cool Kids of Death. Wspólnie z kolegą udaliśmy się więc do dusznego namiotu - tzw. "Scena trójki". Tłok jak cholera. Z trudem dobrnęliśmy mniej więcej do połowy tłumu na odległość 10 metrów od sceny. Koncert bardzo żywiołowy, przyzwoicie zagrany. Jednak zawód. Oczekiwałem wiele po tej łódzkiej grupie mieszającej punka, zimną falę, elektronikę i co jeszcze zapragną. Zawód, bo wokal chyba źle nagłośniony i słyszałem co drugie słowo, a czasami co dziesiąte... Zawód, bo trochę zbyt płaskie brzmienie momentami zlewające się (złe nagłośnienie?). Zawód, bo po dwóch świetnych bisach ("Piosenka o miłości" oraz "Generacja nic") zespół został przegoniony ze sceny przez organizatorów, co spotkało się z gwizdami i złośliwy docinkami publiki. A właśnie wtedy koncert zaczął nabierać rumieńców.

Widząc podłamanych fanów wykorzystałem moment i szybko wydostałem się z namiotu i poszedłem do znajomych na wspaniałe czerwone czilałtowe sofy/pufy (strzał w dziesiątkę, brawa dla organizatorów).

Cool Kid Of Death


Wspomnę jeszcze, że przy okazji pijąc piwo w pobliżu stoisk z płytami (można było nabyć CD Acid Drinkers "Broken Head" za 20 zł i mnóstwo alternatywnej muzy), gdyż z browarem mnie nie wpuścili, mogłem posłuchać psychodelicznej. Kristen! Jeden muzyk ze Ścianki i paru z innych nieco mniej znanych kapel. Polecam! Szczególnie ostatni numer posadził moją szczękę na trawie w towarzystwie wylansowanych butów innych ludzi.

Epizod z jedzeniem i toi-toiami pominę. Lepiej niż na Opener`. Za porównywalnie niewielką kasę dało się zjeść całkiem zjadliwe żarło, jednak (tu kamyk do ogródka) ostatnie talony zainwestowałem w makaron, który przyprawił mnie o takie mdłości, że omal nie zszedłem przed występem głównej gwiazdy wieczoru.

tzw. line-up 4.08.2012


Jeśli o epizodach mowa, Thustona Moore`a słuchałem z daleka siedząc na sofie ratującej ciało przed całkowitą utratą sił. Baroness (ponoć metalowo stonerowe granie) raczej mnie zawiedli (w internecie to lepiej wyglądało).

Niewątpliwym hitem tego dnia festiwalowego była Apteka. Znakomici! Teksty, brzmienie, kontakt z publiką, luz, dobry set - nawet dla mniej obeznanych (niżej podpisany) fanów zespołu - znalazło się wiele świetnych kawałków (z kultową "Mendą" na czele). Jak dla mnie Apteka przyćmiła kulki i była odkryciem dnia (jeśli taki termin jest stosowny w odniesieniu do tak zacnego zespołu).

Apteka


Dobra, szkoda zamulać -  Iggy Pop i The Stooges - popisowy, głośny, energetyczny koncert. Jeśli ktoś sądził, że te karetki kursujące po terenie festiwalu, czekają na muzyków, musiał mocno się rozczarować. "Jakie on ma zadbane włosy" - powiedziała pewna urocza blondynka. "Jak on się rusza" - dodał ktoś. Iggy Pop postanowił pobawić się z fanami i zrobił imprezę na scenie, zaprosił kilkanaście osób. Było szaleństwo. W ogóle w kwestiach muzycznych wiadomo - panowie wymiatają. Set rewelacyjny ("Down in the street", "Fun house" ,"1970", ) a na bis "Passenger". Dziękuję, dobranoc. 

Na dobicie tradycyjnie siedząc na czilałtowych sofach słuchaliśmy jak gdzieś w oddali swoje rapowe teksty przesyła w przestrzeń Doom. Całkiem interesujący artysta. Nisko osadzone bity, coś trochę jak Mos Def. Także polecam!


I to już koniec tej długiej relacji. Off Festival miło mnie zaskoczył nienaganną organizacją (szybkim sprzątaniem śmieci, uprzejmą ochroną, fajnym rozlokowaniem scen - nie za daleko od siebie oraz przyzwoitym żarciem [pomijając ohydny makaron...bleeehh] i dobrym piwem). Pewnie tu kiedyś wrócę.

niedziela, 29 stycznia 2012

Straight Jack Cat w Klubie Stara Kotłownia (27.01.2012)

Nowa inicjatywa, mało znany zespół, spragnieni koncertów fani. Tak można w skrócie podsumować muzyczne święto "Sceny Młodych". Wydarzenie  nastąpiło 27 stycznia w Starej Kotłowni w MOKSiR.

Zespół pojawił się na scenie z 50-minutowym opóźnieniem, ale dał energetyczny koncert, i  - jak można było wywnioskować po twarzach przybyłych - zaintrygował swoim garażowym brzmieniem. Wokalista Marek Palka zaprezentował gamę hałaśliwych wokaliz i okrzyków coś a la Jack White z The White Stripes. Zresztą styl Straight Jack Cat można przyrównać do tego amerykańskiego zespołu, bowiem grają dość minimalistycznie, choć zdarzają się też bardziej rozbudowane kompozycje i psychodeliczne wstawki (specjalność drugiego gitarzysty i klawiszowca Bartka Nowaka). Sekcję rytmiczną tworzyli Sebastian Kaszyca (z koncertu na koncertu gra coraz bardziej dziko na perkusji) i nieco stonowany w scenicznych zachowaniach basista Damian Szafran.
Szczególnie mocno rozgrzał kawałek "Nobody", a pod sceną się zakotłowało (w końcu nazwa do czegoś zobowiązuje). W secie przeważały żywiołowe utwory, a na finał muzycy zagrali instrumentalną wersję "I tried", żartując, że jeśli dołożą tekst, to zostaną zatrzymani przez ACTA. Na bis zaprezentowali kompozycję inną niż poprzednie, bowiem nasyconą southernowym brzmieniem.

Na koncercie pojawiło się około 60 osób, lokalne media, przyjaciele zespołu. Można więc z optymizmem patrzeć w przyszłość i mieć nadzieję, że Scena Młodych na dłużej wpisze się w kulturalny krajobraz Cabansiti.

niedziela, 13 listopada 2011

Rammstein - Mein Land - recenzja

Dwa dni temu ukazał się nowy teledysk Rammstein. Jest to rodzaj parodii amerykańskiej sielanki surfersko-baywatchowej (ratownicy, dziewczęta w kolorowych bikini, słońce i fale), która przeradza się w niezłą jatkę ognisto-diabelską.
Jeśli ktoś nie napisze książki o klipach tej niemieckiej rockowo-industrialnej kapeli, to chyba ja to zrobię. Panowie niebywałą uwagę przywiązują do teledysków, zawsze mają na nie ciekawy pomysł, potrafią także zawrzeć w nich przekaz. Polecam "Mein Land" i inne produkcje Rammsteina.




Reżyser: Jonas Akerlund
Premiera: 11.11.2011

czwartek, 10 listopada 2011

Jane`s Addiction - The Great Escape Artist (2011) - recenzja

To był jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie albumów. Jane`s Addiction jest zespołem, który częściej się rozpada, niż wydaje płyty, dlatego każde nowe wydawnictwo trzeba rozpatrywać w kategoriach wyjątkowo i tego ostatniego. Przechodząc jednak od ogółu do szczegółu, od zagrychy do trunku, muszę, ale to naprawdę muszę przestrzec - "The Great Escape Artist" jest albumem innym aniżeli poprzednie. Zespoły przecież powinny się zmieniać. Kopiowanie tych samych patentów nie gwarantuje progresu.



Na "The Great Escape Artist" jest psychodelia, są mocniejsze momenty (tym razem proporcje przemawiają na korzyść klimatycznych, wolniejszych nagrań)  i jest coś nowego, niektóre kawałki brzmią nowocześnie (kosmiczna elektronika). Mniej za to funk. Za duży atut trzeba uznać nowego basistę - David Sitek stanowi ważny element całej układanki, gra solidnie, wyraziście, linię basu słychać (polecam np. piąty kawałek na płycie "I'll Hit You Back").
To jest zresztą bardzo impresjonistyczna, klimatyczna, przestrzenna muzyka. Rock stanowi strukturę, psychodelia spoiwo. Perry Farrell mózg zespołu, śpiewa od dwudziestu lat ciągle tak samo, aczkolwiek w jednym utworze można poczuć odrobinę pop ("Twisted Tales").  Dave Navarro zagrał dość skromne solo w "Splash A Little Water On It", bardzo nastrojowo posklejał gitarowe partie we wspomnianym "Twisted Tales").

Opisywanie wszystkich utworów nie jest w moim stylu. Zobaczcie teledyski, poczujcie ten groove, włączcie album. Zwłaszcza "Irresistible force" (perkusja Stephen Perkinsa dla wytrawnych słuchaczy - urzekająca).



Pierwsze przesłuchanie będzie tu kluczowe. Pokochacie tak jak ja lub zapomnicie.

poniedziałek, 17 października 2011

Melvins we Wrocławiu (15.10.2011)

Po raz drugi w życiu spotkałem Buzza Osborne`a - przybyło mu siwych włosów od 2004 roku (kiedy miałem okazję słuchać go, gdy występował w Fantomasie na koncercie w warszawskiej "Stodole"). Jednak na gitarze gra nadal wyśmienicie. Bardzo soczyście. Koncert Melvins właśnie należał do tych cięższych, masywnych i bardzo hałaśliwych.

Ale po kolei. Zespół zjawił się w na scenie Firleja około 20.30 i dał ponad półtoragodzinny pokaz. Znawcy nazywają to brzmienie sludge metalem. Niech im tam będzie. Kilkanaście utworów wybrzmiało w tym małym klubie dość głośno, momentami kakofonicznie, aczkolwiek tego akurat można się było spodziewać. Zagrali kilka kawałków z ostatniej płyty - szczególnie dobrze przyjęty "The Water Glass". "Lizzy" pojawiło się gdzieś w środku a "The Bit" oraz "Shevil" na końcu. Zabrakło wprawdzie "Revolve", ale wiadomo że nie zawsze to grają na żywo.
Dwóch perkusistów to jest moc - co jakiś czas raczyli nas bębniarskimi bataliami, a soczysty, konkretny set zbliżony był do tego z innych występów kapeli podczas europejskiej trasy.



Dwie rzeczy warto odnotować:
- to był pierwszy koncert Melvins w Polsce i nie wiadomo czy nie ostatni;
- świetna publiczność - młyny pod sceną, dziewczęta szalejące w pogo, ludzie noszeni na rękach, istne szaleństwo.

Moją krótką relację chciałbym podsumować tym, iż są w życiu pewne zdarzenia, które trzeba odfajkować. Do takich właśnie należy zaliczyć koncert Melvins.