środa, 28 października 2015

The Winery Dogs - Hot Streak (2015) - recenzja płyty

Energetycznie trio wraca z drugą płytą. 2 października miał premierę album "Hot Streak". I jak przy okazji debiutu i tym razem nikt nie powinien mieć uczucia niedosytu. Jest gęsto, soczyście i hard rockowo.

The Winery Dogs - Hot Steak
The Winery Dogs - Hot Streak


Warto przypomnieć, że tę supergrupę tworzą perkusista i jej założyciel Mike Portnoy (występował w Dream Theater, gitarzysta Richie Kotzen oraz basista Billy Sheehan (Mr Big). Wszyscy trzej udzielają się w zespole wokalnie, ale głównym wokalistą jest Richie. Dwa lata temu opublikowali pierwszy wspólny krążek i od tego czasu brzmienie The Winery Dogs jest wciąż bardzo rozpoznawalne. Obok hard rocka i elementów heavy metalu można usłyszeć trochę ballad i muzycznej wirtuozerii. Sami muzycy jednak twierdzą, że w przeciwieństwie do poprzedniego wydawnictwa uczynili krok naprzód. Rozwinęli formułę, bardziej dopracowali kompozycje. Mike Portnoy mówi: „Wszystko na tym albumie było bardziej wspólne niż na pierwszej płycie. To naturalna chemia. Nasza trójka świetnie się ze sobą dogaduje muzycznie i na poziomie osobistym. Celem tego zespołu jest pisanie chwytliwych piosenek”.*

Na "Hot Streak" nie brakuje świetnych numerów. Wystarczy posłuchać drugiego utworu - "Captain Love" charakteryzuje riff w stylu AC/DC i bardzo zacna solówka oraz basowy popis Sheehana. "Fire" jest jednym z wolniejszych numerów na płycie, a kontrastuje z nim dynamiczny "Devil You Know". Lekko funkujący "Think It Over" z klawiszami buja i obkleja słuchacza obłokiem chórków i ciepłem brzmienia. Aż miło!

Między debiutem a "Hot Streak" faktycznie istnieją pewne różnice, ale jest to nadal ten sam zespół. Jeżeli lubicie dobre solówki, hard rockowy fundament i wysoki wokal Kotzena, to doskonale trafiliście. Ta płyta jest właśnie dla was. Polecam!

* http://www.wywrota.pl/muzyka/28102-the-winery-dogs-opowiadaja-o-nowym-album.html [dostęp 17.10.2015 20:05]

niedziela, 20 września 2015

The Dead Weather - Sea of Cowards (2010) - recenzja płyty

Co by tu napisać o The Dead Weather, żeby nie wyjść na podnieconego nastolatka, który kupił sobie  upragniony winyl? Kapela urywa jaja! W 2010 rok Jack White mógł powiedzieć, że The White Stripes jest jego projektem pobocznym, bo to co muzycznie "powyczyniał" na „Sea of cowards” zasługuje na wyróżnienie. Ta muzyka powoli dojrzewa w człowieku, w środku. White powiedział o brzmieniu The Dead Weather, że jest to  „gothic blues”. Trafnie! Charakterystycznie nastrojone gitary (dużo różnych przesterów), ciekawe podziały, pauzy, mroczny klimat zakłócany raz po raz jazgotem i wyśmienitym partiami wokalnymi. 

The Dead Weather - Sea of Cowards
The Dead Weather - Sea of Cowards

Największe wrażenie robi na mnie właśnie ta pierwsza część płyty: "Blue blood blues" – napędza wyraźny rytm perkusji czy "Hustle and Cuss" – przyciąga ciekawym chwytliwym basem (pamiętacie jeszcze utwór "60 Feet Tall?"), partią Hammondów, no i ten riff! A przy okazji Alison wspina się na wokalne wzgórze. "The Difference Between Us" – sporo efektów i elektroniki, psychodeliczna wycieczka."I`m Mad" – skandowanie tytułu utworu kończy krótka fraza śmiechu „ha ha”. Alison Mosshart jest tu  zadziorna, seksowna i nieokiełznana. Jack Lawrence i Dean Fertita idealnie dopełniają muzyczną układankę. „Sea of cowards” to kontynuacja, jazda właściwą drogą, jazda bez trzymanki z seksualnym dreszczykiem, błyskotliwa, zachęcają,  i… szybka. Nagle orientujesz się, że ta frapująca płyta dobiega do końca, ale ty nie chcesz się zatrzymać. Wciskasz replay i jedziesz dalej. 

To jest oldschool. To jest świetnie dopracowana produkcja. Jedna z najciekawszych płyt roku 2010.              

czwartek, 10 września 2015

Slayer - Repentless (2015) - recenzja płyty

Albumów Slayera nie należy słuchać w samochodzie, bo można spowodować niezła kraksę. Albumów Slayera nie powinno się puszczać ukochanej, no chyba że takiej naszpikowanej kolczykami i tatuażami. Wreszcie albumów Slayera nie wypada się oceniać, bo Slayer to nie muzyka, tylko religia. Kropka.

Nie będzie to typowa recenzja płyty, bo do Slayera nie należy tak podchodzić. Ten tekst jest tylko zachętą dla fanów, bo pozostali i tak nie ogarną... Thrash metal znaczy szybko i do przodu. Na "Repentless" tak właśnie jest. 

Slayer - Repentless
Okładka płyty Slayer - Repentless (2015)

Dobre riffy, agresywny śpiew i dynamiczna sekcja rytmiczna niosą nas przez cały album. Od początku do końca jest podobnie, czyli ostro, bez brania jeńców. Płytę napisali Kerry King i Paul Bostaph. Partie perkusyjne brzmią tak doskonale, że już chyba nikt nie pamięta, że kiedyś w Slayerze bębnił niejaki Dave Lombardo. A jak są takie osoby, to na pewno entuzjastycznie przyjmą wyczyny obecnego pałkera. Tu należy zwrócić uwagę na numer "Chasing Death", gdzie Paul naprawdę popracował na bębnach. Mało? "When the stillness comes" - mroczny i powolny jak czołg rozjeżdżający wszystko, co napotka na drodze. Chętnie będę niego wracał. W kółko!

Świetnie do kapeli wprowadził się Gary Holt, który zastąpił nieodżałowanego Jeffa Hannemana. Mnogość riffów koi uszy słuchacza. Obie gitary współpracują ze sobą wzorcowo, choć gdzieś w powietrzu unosi się duch zmarłego gitarzysty.

Szybki rzut oka na moje statystyki: najczęściej słuchanymi numerami są "Season in the Abyss" oraz "South of Heaven". Nie jest to może specjalnie oryginalne, ale ujawnia tendencję słuchacza. Klasyczne numery wchodzą najmocniej. Czy na nowym albumie są kawałki o takim potencjale? Na pewno. Weźmy taki "Cast the First Stone" - niczego mu nie brakuje, żeby skraść moje serce. Ma w sobie epickie intro zwiastujące zagładę. Potem już standardowo: riff, refren, przejście i oczywiście solówka gitarowa. Stary dobry thrash.
Bardzo lubię motoryczny i prosty "Implode". Ten utwór od razu utwierdził mnie w przekonaniu, że album "Repentless" był potrzebny. Nie tylko po to aby poskakać i potrzepać głową, ale również by przekonać wszystkich, że rozwiązanie grupy byłoby głupim pomysłem. Slayer jest nieśmiertelny.

Lista utworów:
1. "Delusions of Saviour" 
2. "Repentless"
3. "Take Control" 
4. "Vices" 
5. "Cast the First Stone" 
6. "When the Stillness Comes" 
7. "Chasing Death" 
8. "Implode" 
9. "Piano Wire" 
10. "Atrocity Vendor"
11. "You Against You"
12.  "Pride in Prejudice"

niedziela, 6 września 2015

Dina Santorelli - DAFT PUNK. Podróż do wnętrza piramidy (recenzja książki)

Lubię biografie obfite w fakty, wyciskające z życiorysów artystów każdą kroplę. Po takich tekstach czujemy się jak po odbyciu podróży do wnętrza umysłów ludzi, którzy nas inspirują, fascynują czy nawet budzą obsesję. Nie wszystkie książki o muzyce takie są. Może i dobrze. Może i źle.

Dina Santorelli - DAFT PUNK. Podróż do wnętrza piramidy
Okładka książki
Książka Diny Santorelli kusi kolorową twardą okładką i świetną szatą graficzną. Pod tym względem możemy poczuć się rozpieszczeni. Zdjęcia syntezatorów, fotografie lśniących kostiumów robotów, czyli znaku rozpoznawczego Daft Punk, sycą oczy. Jednak dobór ten nie zawiera zbyt wielu zdjęć duetu Thomass Bangalter i Guy-Manuel de Hom-Christo. Brakuje fotografii, na których występują oni bez przebrań.

Autorka zadbała o kontekst muzyczny i kulturowy. Opisuje artystów i nurty muzyczne, dociera do inspiracji (jak klasyka kina). Udaje jej się w dość nieszablonowy sposób opowiedzieć o niuansach duetu Daft Punk. Bardzo mnie cieszy fakt, iż Santorelli sporo miejsca poświęciła ostatniej płycie (wydanej w 2013 „Random Access Memories”) i w zasadzie na tym moje komplementy się kończą. W książce znalazło się mnóstwo zbędnych elementów tak jak ramka przedstawiająca Robina Thicke czy niektóre ramki powtarzające główny tekst. Brakuje wywiadów z zespołem. Po przeczytaniu biografii miałem wrażenie, że niektóre fragmenty były oparte na wiedzy z Internetu, a nie na faktach uzyskanych bezpośrednio u źródła. Rozczarowująca jest także korekta (sporo literówek jak ta w dacie powstania zespołu The Strokes). Warto byłoby przy ewentualnych wznowieniach zadbać o ten aspekt.

Na szczęście w książce sporo miejsca poświęcone zostało kolejnym albumom i procesowi twórczemu z nimi związanemu. Gdybym jednak miał wybrać propozycję dla kogoś, kto dobrze zna dyskografię i życiorysy zespołu, raczej nie wybrałbym tej publikacji. Dla innych będzie to na pewno lektura frapująca.

czwartek, 3 września 2015

Gorące premiery jesieni 2015...

…czyli płyty, na które najbardziej czekam.

Tak się złożyło, że lato mamy gorące, a o jesieni nie powinno się jeszcze wspominać. Nie każdy lubi. Nie każdy chce. A muzycznie będzie się sporo działo. Fanom mocnego grania i tym, co wolą lżejsze brzmienia wrzesień na pewno będzie się dobrze kojarzyć.

Slayer „Repentless”
W obozie thrash metalowej legendy ze Stanów sporo się działo. Śmierć gitarzysty Jeffa Hannemana, zmiana wytwórni płytowej, to rzeczy o których pisałem na początku roku. Teraz już mamy pewność, że 11 album powstał i pojawi się w sprzedaży 11 września. Płyta będzie zawierać  12 numerów, natomiast na drugim wiośle zadomowił się Gary Holt (Exodus). Czego możemy oczekiwać? Mocnego i mrocznego materiału w sprawdzonej thrashowej formule (niech dobrą zachętą będą wypuszczone na przestrzeni ostatniego roku kawałki: „When the Stillness Comes” oraz „Implode”).

Beirut „No no no”
Przez długi czas sporo słuchałem nagrań projektu Zacha Condona. Beirut jako formacja sięgająca po folk z Bałkanów oraz wiele brzmień z całego świata od początku wydawał się bardzo intrygujący. Teraz artysta zabierze nas w kolejne muzyczne podróże (Gibraltar). Oglądając jednak klip do „No no no” szybko zorientujemy się, że Beirut też potrafi mieć dystans do swojej twórczości. Premiera albumu 11 września.  



The Dead Weather „Dodge and Burn”
Oj, ostrzą sobie ząbki miłośnicy garażowego rocka. Wkrótce ich święto - formacja The Dead Weather szykuje na 25 września krążek zatytułowany "Dodge and Burn". Już na podstawie singli daje się wyczuć, że Jack White, Alison Mosshart, Dean Fertita i Jack Lawrence zamierzają odpalić bombę. Supergrupa  wraca na scenę muzyczną z nowym albumem , który jest trzecim dziełem w dyskografii zespołu (wydanym 5 lat po świetnym „Sea of Cowards”). Czy i tym razem nasze serca zapłoną?

Eagles of Death Metal - Zipper Down
Okładka płyty Eagles of Death Metal - Zipper Down


Eagles of Death Metal „Zipper Down”
Jessie Hughes i Josh Homme spotykają się po raz czwarty. Jak na razie mogliśmy usłyszeć singiel „Complexity”, który już został wydany wcześniej na solowym albumie Jessiego pt.  "Honkey Kong" (artysta występuję tam pod pseudonimem Boots Electric). Czego się możemy spodziewać? Prostego garażowego rocka z wielkim jajem. Jeśli wierzyć słowom Hughesa, to nowy LP jest „jak Antonio Banderas w Wywiadzie z wampirem spotykający Toma Cruise`a”*. Zatem bądźcie czujni!






*  www.nme.com/ [dostęp 24.08.2015, 19:35].

niedziela, 30 sierpnia 2015

Disturbed - Immortalized (2015) - recenzja płyty

Niczym Disturbed z popiołów.

Metoda bardzo prosta - po pierwszym odsłuchu "Immortalized" poczekać, nim emocje opadną i wtedy zabrać się za temat pt. "Disturbed powraca". Wraca nie tylko po kilku latach przerwy. Wraca także na moją listę kapel, bo przyznam, że już zdążyłem o nich zapomnieć. A tu proszę - nowe wydawnictwo i mnóstwo radości.

Disturbed - Immortalized
Disturbed - Immortalized

Tego zespołu nie można pomylić z innym. Ponad dekadę temu lubiłem przede wszystkim ten charakterystyczny zaśpiew Davida Draimana "uaa-aa-aa-aa!". Drugim znakiem firmowym Disturbed jest branie na warsztat różnych numerów i nadawanie im własnego"disturbowego" brzmienia. W przeszłości były to kawałki m.in.  Genesis czy Faith No More. Na albumie "Immortalized" jest to "The Sound of Silence" formacji Simon and Garfunkel, czyli artystów folk rockowych. Bardzo zaskakująca interpretacja, odświeżająca pierwowzór, który notabene ma już ponad pięćdziesiąt lat.

Podchodząc do tematu chronologicznie od razu natykamy się na heavy metalowy mocny "Immortalized", ale też dwa świetne utwory: "Open your Eyes" i "What Are You Waiting For?", które od razu wpadają w ucho i na bank staną się klasyką Disturbed. Nieco bardziej przystępne (radiowe?) są "The Light" oraz "You`re Mine". W "Who" wreszcie mam przyjemność usłyszeć ulubione okrzyki i już wiem, że tego materiału nie da się schrzanić. "Save my last goodbye" wzbogacone jest nie tylko nagraniem z poczty głosowej, ale również pianinem. 

Nowe dzieło Disturbed jest efektem udanego powrotu ludzi, którzy złe sprawy zostawili za sobą. Jak podkreślają w wywiadach Draiman oraz gitarzysta Dan Donegan - znaleźli znowu partnerów do komponowania i nagrywania. I chyba o to chodzi. O radość z tworzenia i dobrą zabawę, a jak przy okazji uda się wypuścić dobry materiał, to już w ogóle super.

Lista utworów:
1. The Eye Of The Storm
2. Immortalized
3. The Vengeful One
4. Open Your Eyes
5. The Light
6. What Are You Waiting For
7. You're Mine
8. Who
9. Save Our Last Goodbye
10. Fire It Up
11. The Sound of Silence
12.
Never Wrong
13. Who Taught You How To Hate

środa, 26 sierpnia 2015

The Sword - High Country (2015) - recenzja płyty

Ewolucja albo śmierć?

Nowa płyta The Sword zdaje się hołdować powyższej teorii. Z zespołu surowego, nieociosanego, wychodzą na "High Country" co rusz próby zmiany paradygmatu muzycznego. Nie da się oczywiście zapomnieć o korzeniach metalowych i stonerowych. Jest więc sporo brudnych gitar i soczystych riffów, ale Amerykanie uciekają od stereotypów związanych ze swoją muzyką. Próbują eksperymentować, zmieniać brzmienie i przyznam, że wychodzi im to dobrze.

The Sword - High Country
Okładka płyty The Sword - High Country

Płyta "High Country" zaskakuje. Od lekkiego i niezobowiązującego "Seriously Mysterious" po "Early Show", w którym pojawiają się instrumenty dęte - dotychczas w twórczości The Sword nieobecne. To jeszcze nie wszystko, bo taki "The Dreamthieves" jest jak wycieczka autobusem Black Sabbath do krainy psychodelicznych lat sześćdziesiątych. Swoją drogą zacna solówka się tu przytrafia. Równie klasycznie dzieje się w "The Bees of Spring", numerze żywcem wyjętym z klimatów Thin Lizzy.

Na tym albumie nie jesteśmy panami doom metal - taką naklejkę winno się umieścić na okładce albumu "High Country". Spokojnie, jest tu też dużo dobrych gitarowych zagrywek, a perkusja chodzi tak jak trzeba. Od razu pokochałem "Buzzards".

Choć panowie z Austin w Teksasie postanowili trochę przestawić klocki, to ich nowa układanka wygląda całkiem całkiem. Dla starych fanów może być lekkim zaskoczeniem, zwłaszcza jak usłyszą "Silver Petals", gdzie Bryan Richie wywija na gitarze akustycznej. Proszę się nie bać. W tym szaleństwie jest metoda. "Ghost Eye" dowodzi, że nowy album jest podróżą mistyczną w nieznane. Któż nie lubi czasem odjechać. Jedziecie ze mną?

Lista utworów:
1.            "Unicorn Farm"  
2.            "Empty Temples"  
3.            "High Country"  
4.            "Tears Like Diamonds"  
5.            "Mist and Shadow"  
6.            "Agartha"  
7.            "Seriously Mysterious"  
8.            "Suffer No Fools"  
9.            "Early Snow"  
10.          "The Dreamthieves
11.          "Buzzards"  
12.          "Silver Petals"  
13.          "Ghost Eye"      
14.          "Turned to Dust"            
15.          "The Bees of Spring"    

niedziela, 26 lipca 2015

Męskie Granie 2015 (Chorzów-Park Śląski, 25.07.2015) - relacja z koncertu

Singiel "Armaty" początkowo nie zrobił na mnie wrażenia, jednak po kilku przesłuchaniach bardzo go polubiłem. Tak bardzo, by i w tym roku wybrać się do Chorzowa na koncert. Ubiegłoroczne występy artystów zaostrzyły apetyt, chociaż bardzo liczyłem, że zobaczę na żywo koncert Organka, to i tak nie żałuję 89 zł wydanych na bilet.

Krótko o organizacji, bo w tym roku Męskie Granie było wręcz idealne. Mnóstwo przenośnych toalet; woda, ręczniki, mydło; burgery, dobre piwo i świetna akustyka - same plusy. Dodatkowo bardzo dobra lokalizacja - Park Śląski z posadzonymi wszędzie różami o wartości 5 mln zł! Parkingów mnóstwo. Jedynym mankamentem był brak w Męskie Granie Orkiestra zapowiadanych Fisza oraz Krzysztofa Zalewskiego. Na szczęście oglądałem ich w ubiegłym roku, więc nie musiałem żałować.

Organizatorzy przygotowali niespodziankę na początek - występ Orkiestry Dętej KWK Knurów. Niestety o 16:30, więc się nie załapałem. Natomiast tuż po nich na scenie zainstalował się duet The Dumplings. I ten chwalony, utalentowany zespół złożony z młodych artystów tj. Justyny Święs i Kuby Karasia porwał mnie swoją electropopową muzyką. Sam się dziwiłem, bo oglądając teledyski nie czułem tego klimatu, ale "Betonowy las" na żywo zabrzmiał rewelacyjnie. Muszę przyznać, że te wszystkie nagrody, które zebrali za debiut należały im się w 100%.

Męskie Granie 2015
fot. Męskie Granie 2015/Kev Fox &Smolik i Natalia Grosiak
Zaraz po elektronicznym duecie zjawił się mózg Męskiego Grania, czyli Andrzej Smolik wraz z Kevem Foxem. Artyści zaprezentowali swój klimatyczny materiał. Podczas występu dwukrotnie wspomagał ich Organek.  Pod koniec grania doszło do zabawnej sceny, kiedy Brytyjczyk zamierzał już opuścić scenę, Andrzej niczym wprawny generał przywołał swojego kolegę do porządku , czego efektem było najbardziej dynamicznie wykonanie numeru z całej  setlisty. 

Nie zdziwiło mnie, że podczas występu Natalii Przybysz pod sceną zrobiło się ciasno. A gdy tylko z głośników poleciały pierwsze takty "Miodu" a potem "Nie będą twoją laleczką" publiczność oszalała z radości. Później Natalia wykonało przebój zespołu Breakout "Do kogo idziesz?", a wiadomo że niełatwo zbliżyć się do poziomu wokalnego Miry Kubasińskiego. Dała radę. No i ku uciesze fanów zrzuciła wierzchnie odzienie prezentując swoje wyćwiczone ciało, czym pewnie wprawiła w kompleksy niejedną dziewczynę. Refren "Królowej Śniegu" chóralnie odśpiewany przez tłum wypadł całkiem przyzwoicie. Jedno jest pewne, jeżeli niektóre osoby narzekały, że Natalia na scenie podczas Openera była dość powściągliwa, to w Chorzowie pokazała się jako wulkan pozytywnej energii. Publiczność ją uwielbia i nie jest to przejściowa miłość.

Męskie Granie 2015
fot. Męskie Granie 2015/OSTR

Wysoki poziom napięcia podtrzymał skutecznie O.S.T.R., który na Męskim Graniu pojawił się w towarzystwie Kohana oraz DJa Haema. Adam Ostrowski zanęcił publiczność do zabawy, do robienia hałasu i skakania.  W swojej publicystyce odnosił się do niedawno przebytej choroby, komplementował żonę i matkę (no i przesyłał mnóstwo pozytywnej energii). Ten gość ma w sobie mnóstwo sił i trzeba się cieszyć, że choć lekarze nie dawali mu za wielu szans, dziś może biegać po scenie i wypluwać z ust frazy z prędkością karabinu maszynowego. "Po drodze do nieba", "Kochana Polsko" czy "Nie ucieknę stąd", to absolutne klasyki, które wybrzmiały podczas sobotniego występu rapera.

Formację Hey widziałem ostatnio kilka razy, więc poszedłem na burgera, ale to wcale nie przeszkodziło w tym, żeby usłyszeć wspólne wykonanie z Natalią Przybysz numeru "4 pory roku". Kasia Nosowska tradycyjnie zawstydzona (od ponad dwudziestu lat) i ubrana w jakiś czarny worek (mam deja vu, chyba już to pisałem w innej relacji?!). Klasyka! Finałem było zagranie kawałka Ultravox.

Artura Rojka lubiłem z czasów Myslovitza i bardzo cenię za organizację OFF FESTIVALU. Nie sądziłem, że będę go oglądał w solowym projekcie. Artysta zebrał muzyków i nagrał materiał, który mocno romansuje z muzyką elektroniczną. Ze znanych mi numerów usłyszałem m.in. "Beksę".  Jednak najbardziej przypadła mi do gustu wersja "Ring of fire" - odjechana, elektroniczna, szalona.

O godzinie 23:00 wszyscy zdali sobie sprawę, że przyszedł czas na finał. Tym razem na flankach Męskie Granie Orkiestra ustawili się Organek (prawdziwy dyrygent i żartowniś) oraz Budyń (znany z Pogodno, co lubi wygłupy i takie tam). W środku oczywiście za całym instrumentarium elektronicznym - Andrzej Smolik. Na samej górze sekcja dęta, a na przedzie scenie podczas pierwszego utworu - Orkiestra Dęta KWK Knurów. Skład MGO rozpoczął występ od "Elektrycznego", którego partie wokalne wykonuje Budyń. Potem do zespołu dołączają kolejno Tomek Lipiński (Tilt/Brygada Kryzys) oraz Mela Koteluk śpiewająca Maanam, a także Kasia Nosowska ("Jeśli wiesz co chcę powiedzieć"). Wśród gości możemy też usłyszeć Natalię Grosiak ("Deszcze niespokojne") i rapera Miuosha ("Piosenka młodych wioślarzy" Kultu). Najbardziej jednak ujęły mnie wykonania "Spalam się", gdzie publikę podkręcił świetny O.S.T.R. oraz "Jestem sam" Organka z repertuaru Maleńczuka. Ostatnim numerem były "Armaty".

Choć Budyń z Organkiem próbowali zaklinać deszcz, to podczas całego koncertu finałowego lało. Publiczność przepędziła zasłaniających widok fotoreporterów (kto to widział takie dziwy?). A Piotr Stelmach prowadzący jak zwykle z rozmachem całe wydarzenie, musiał o północy wszystkim podziękować i zaprosić na kolejne edycje Męskiego Grania. Teraz pora na Poznań i Warszawę, a zakończenie trasy jak zwykle w Żywcu. Jeżeli zastanawiacie się czy warto, niech zachętą będzie cytat pewnej osoby, która stała za mną i dzwoniła do bliskiej osoby - "kochanie jest super. Szkoda że cię tu nie ma. Koncert przerósł moje najśmielsze oczekiwania". Pozdrawiam fanów dobrej polskiej muzyki.

sobota, 18 lipca 2015

Slaves - Are You Satisfied? (2015) - recenzja płyty

Slaves to moje zagraniczne odkrycie tego roku. Proste punkowe granie z garażowymi riffami w wykonaniu brytyjskiego duetu wypada naprawdę świeżo. Sporo luzu, beztroski, ale też wściekłości i wpadających w ucho melodii, które szybko wpadają jednym uchem (i drugim nie wylatują). Laurie Vincent na gitarze oraz Isaac Holman na perkusji tworzą skład, który godnie zastępuje The White Stripes w kategorii dwuosobowych zespołów. W 2012 roku opublikowali EP-kę "Sugar Coated Biter Truth", a w tym roku ukazał się ich debiutancki album "Are You Satisfied?". Od razu odpowiem na tytułowe pytanie - tak jestem usatysfakcjonowany. Po przesłuchaniu płyty mam gęsią skórkę.

Slaves Band (UK)
Slaves [źródło: http://www.radio501.nl/]

Pierwsze dwa numery to prawdziwy wystrzał. Mógłbym zapętlić i słuchać w kółko. Polecam teledyski do utworów "The Hunter" oraz "Cheer Up London". One dopełniają obrazu całości. Tej muzyki nie da sie nie lubić.  "Sockets" brzmi tak jakby pewnie brzmieli dziś Sex Pistols. Jednak nie samym punkiem człowiek żyje. Utwór tytułowy to krótki, spokojny akustyczny kawałek. Wyłom z surowego gitarowego brzmienia robi też oparty na elektronice "Ninety Nine" z zacnym refrenem. No i ten powolny aczkolwiek agresywny "Wow!!! 7 a.m." Slaves wstrzykują adrenalinę w serce The Ramones. Później już bez urozmaiceń. Pozostałe nagrania to muzyka prosta, garażowa, bez sztuczek producenckich. Chaos pokonuje porządek. A gdy już myślicie, ze to granie jest proste jak budowa cepa, to dostajecie w twarz obuchem zrobionym z "Hey". Grają jak grają, ale kombinują. Spokojnie, nie jest to progresywny rock. Na dłużej zapadnie w pamięć "Sugar Coated Bitter Truth". I słuchamy od początku!

Slaves - Are You Satisfied?
Slaves - Are You Satisfied?

Brytyjczycy mają szczęście do znakomitych debiutów. W ubiegłym roku Wyspy podbijał Royal Blood. Teraz robią to Slaves. 37 minutowy "Are You Satisfied?" jest bardzo solidnym debiutem, a grzeczne pudle z okładki są tak naprawdę wściekłymi psami. Uważajcie, by was nie pogryzły.

Lista utworów:
1.The Hunter
2. Cheer Up London
3. Sockets
4. Despair and Traffic
5. Do Something
6. Are You Satisfied?
7. Wow!!! 7 a.m.
8. Hey
9. Live Like an Animal
10. Ninety Nine
11. She Wants Me Now
12. Feed the Mantaray
13. Sugar Coated Bitter Truth

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Lindemann - Skills in Pills (2015) - recenzja płyty

Geneza powstania projektu Lindemann przedstawiona na fanpage`u zespołu wydaje się bardzo autentyczna i osobliwa. Jest rok 2000. Zespół Rammstein przebywa w Szwecji, gdzie miksuje swój trzeci album zatytułowany „Mutter”. Październikowe noce w Sztokholmie nie bywają za ciepłe, stąd też wokalista i klawiszowiec postanawiają się wybrać wraz z kilkoma dziewczynami do motocyklowej knajpy. Trafiają tam na byłego chłopaka jednej z niewiast oraz całkiem silną ekipę jego znajomych. Przed solidnym laniem ratuje ich Peter Tägtgren. Od tego momentu Till I Peter stają się przyjaciółmi. I tak po paru wspólnych popijawach i wygłupach w ich umysłach rodzi się pomysł wspólnej kolaboracji muzycznej.

"Skills in Pills” zbliża się w atmosferze tajemniczości. Till Lindemann (Rammstein) oraz Peter Tägtgren (Hypocrisy, Pain) powoli odsłaniają warstwy chroniące ich dzieło przed światem. Warstwy dość intrygujące. Ciekawie zaczyna się robić już po opublikowaniu teledysku do „Praise abort”. Dzieło kontrowersyjne, groteskowe a momentami obrzydliwe, a zarazem mocno angażujące widza. Tak jak wszystkie teledyski Rammsteina, które mogą być lepsze lub gorsze, ale zawsze zawierają wyrazisty pomysł. Opakowanie wydaje się zatem bardzo przyzwoite. Co zatem ze środkiem?

Lindemann - Skills in Pills
Okładka płyty Lindemann - Skills in Pills


Nikogo nie zdziwi jak powiem, że album Lindemanna to kawałek plasteliny, w którym siedzi trochę Rammsteina i reszta materii będąca fuzją projektów Tägtgrena. Till po raz pierwszy podejmuje też próbę zaśpiewania na całej płycie po angielsku. Jak mu to wychodzi? No cóż, mimo szczerych chęci da się odczuć tę specyficzną „twardą” niemiecką dykcję, która od lat stanowi atut twórczości jego rodzimego zespołu (a także swoisty manifest anty-amerykanizacji grupy).

Jest zatem na „Skill in Pills” dziesięć mrocznych kompozycji, które doprawione są humorem, prowokatorskim duchem Marilyna Mansona i wymienionym już wcześniej miksem dwóch muzycznych światów. Swoją drogą trudno oczekiwać, żeby Lindemann i Tägtgren nagle zaczęli tworzyć chrześcijański gangsta rap. 

W warstwie tekstowej album prezentuje się jako prześmiewczy i wzbudzający skrajne emocje. Kobieta z fujarą (nie chodzi o instrument, przynajmniej nie taki…), złoty deszcz i pochwała aborcji na pewno nie przypadną do gustu niektórym żarliwie wierzącym w Boga. Jednak te perwersje i kontrowersje nie odbiegają zbyt mocno od konwencji jakiej się można było spodziewać.

Lindemann - Skills in Pills
fot. materiał promocyjne Lindemann

Muzycznie całość skleja Peter. Rockowe brzmienie przepycha się z industrialem i elektroniką. I tu jestem najbardziej zawiedziony, bo jeśli sfera wizualna i cały koncept sprawiają naprawdę niezłe wrażenie, to kompozycje na płycie są dobre i tylko dobre. Żadnych orgazmatycznych „och” i „ach” nie wykrzykiwałem po pierwszym, ani po drugim odsłuchu. Rammstein bis. Najlepsze odczucia towarzyszyły mi podczas odtwarzania „Praise abort”, czyli ulubionego numeru z płyty. Świetny patetyczny refren (coś doskonale znane z płyt Rammsteina) i solidna zwrotka robią naprawdę porządną robotę. Słuchaczom powinien także przypaść do gustu szybki industrialny tytułowy "Skills in Pills" i przyprawiony klawiszami "Fish On". Ostatecznie dorzucić można jeszcze do tego prześmiewczego "Cowboya".

Ten album trzyma poziom, ale oczekiwałem czegoś bardziej zróżnicowanego, muzycznego nokautu. A tak jest kilka klapsów w tyłek i tyle. Dla miłośników duetu Peter-Till "Skills in Pills" wydarzenie muzyczne, dla mnie kolejny solowy projekt zacnych artystów. Ale i tak sprawdźcie!