Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jack white. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jack white. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Najlepsze albumy 2018 roku

To był najgorszy rok w muzyce od lat. Nie mogłem przez długi czas zmobilizować się do napisania podsumowania. Trochę poszedłem na łatwiznę i oparłem zestawienie na płytach, które gdzieś zaznaczyły się w mojej świadomości w 2018 roku. Brakuje tu debiutów i młodych kapel. Nie do końca przekonują mnie zachwyty na zeppelinową Gretą Van Fleet, czyli kreowanym przez media rockowym odkryciem ostatnich miesięcy. Mimo wszystko strasznie to wtórne...

W poniższym skromnym rankingu umieściłem albumy, które są po prostu porządne i nie można się do nich doczepić. Zapewne za jakiś czas odkryję, że pominąłem coś ważnego. Dlatego jak zwykle proszę o wyrozumiałość. To jest subiektywne zestawienie (pod mój gust muzyczny oraz aktualne fascynacje i zainteresowania). Częstokroć nie dostrzegam dobrych albumów, by je w swoim czasie odkryć i pokochać. Mimo wszystko mam nadzieję, że komuś poniższy ranking przypadnie do gustu.


ZAGRANICZNE [aktualizacja 10.02.2019]

Cypress Hill - Elephants on Acid
8. Cypress Hill - Elephants on Acid

Zaskakująca płyta - mroczna, dziwna, niepokojąca. W recenzji napisałem: nowy album Cypress Hill jest trochę takim Parnassusem rapu. Odrobinę intrygujący i wciągający jak nie powiem co, ale też trochę nieodgadniony. Klimat przemocarny. Może za kilkanaście lat zostanie okrzyknięty opus magnum. Zdanie podtrzymuję. Choć na płycie jest zbyt dużo instrumentalnych numerów, to całość się broni. Kto może sobie pozwolić nagrać tak odważną i niekomercyjną płytę rapowa w świecie, w którym rządzi dziwny koszmarek zwany "trapem"? Cypress Hill!
Data premiery: 28 września 2018 







A Perfect Circle - Eat the Elephant
7. A Perfect Circle - Eat the Elephant
Długo trzeba ostatnio czekać na nowe płyty Toola i A Perfect Circle. Jednak powyższy tytuł wart był cierpliwości. Porządna produkcja i kilka naprawdę solidnych numerów. Czasami podjedzie Toolem ("The Doomed"), a nawet rzekłbym przebojowo jak w " So Long, And Thanks For All The Fish" (jednakowoż zachowując ramy przebojowości APC). Album zdecydowanie sprawdza się podczas ponurych jesienno-zimowych wieczorów, bo też taki jest: lekko depresyjny, z małymi prześwitami słońca pośród kłębiących się czarnych chmur progresywnego rocka. "Eat the Elephant" wymaga od słuchacza skupienia i uwagi, wprawnego ucha, za które odwdzięcza się paletą dźwięków (pianino czy smyczki znakomicie korelują tu z klasycznym rockowym instrumentarium). Dziwaczne teksty i wspomniana już wcześniej aura nie odbiegają od dotychczasowych dokonań A Perfect Circle, więc fani powinni kochać tę płytę, a pozostali mogą ją również docenić.
Data premiery: 20 kwietnia 2018


Jack White - Boarding House Reach
6. Jack White - Boarding House Reach
Trzecia solowa płyta Jacka raczej niczym nowym nie zaskakuje. Klasycznie jest to charakterystyczne brzmienie opierając się dość luźno na fundamentach bluesach i rocka. Na płycie usłyszymy też żeński chór,  organy Hammonda czy syntezatory, elektroniczną perkusję (wokale i część instrumentów nagrał sam Jack White); ale także skrzypce, trąbkę czy tubę. Wgryzając się w szczegóły wypada wyróżnić niesamowity numer "Corporation", którzy brzmi jak najlepsze kompozycje Stevie Wondera. Czadowy i chyba najlepszy na całym albumie!  Jack White na albumie "Boarding House Reach" nie boi się eksperymentować, podążać swoją ścieżką. Część osób może narzekać na brak chwytliwych, przebojowych kompozycji (a słyszeli "Over and Over"?), ale przecież po to artysta wydaje solowe płyty, aby dać na nich upust swoim muzycznych fascynacjom, które wymykają się konwencji. Jacek Nizikiewicz świetnie podsumował "Boarding House Reach" w ramach swojej recenzji dla "Teraz Rocka" słowami: Popkulturowy muzyczny befsztyk, niczym najlepszy film Tarantino, podróż w nieznane, dzikie, piękne krainy.[1]
Data premiery: 23 marca 2018

Lenny Kravitz - Raise Vibration
5. Lenny Kravitz - Raise Vibration
Kravitz po raz kolejny ofiarował nam kwintesencję siebie. Tym razem jednak ograniczył ilość smętnych popowych numerów i postawił na solidną rockową-funkową ucztę. Zabrał nas na kilkadziesiąt minut do muzycznych lat 70 do swoich muzycznych korzeni. Poprowadził szlakiem soulu. Bawiłem się świetnie. Wrócę jeszcze nie raz za sprawą takich dzieł jak "Who Really Are the Monsters?" czy "The Majesty of Love". Recenzję płyty znajdziecie tu: Raise Vibration.
Data premiery: 7 września 2018







Dave Matthews Band - Come Tomorrow
4. Dave Matthews Band - Come Tomorrow
W Polsce nikt się nie spieszy z wydaniem nowego albumu DMB, a poza granicami naszego kraju jest dostępny od czerwca. "Come Tomorrow" doczekał się już trzech singli. To jest kawał dobrej płyty: równej, bardzo klimatycznej. Wystarczy wspomnieć urzekający nastrojowy numer "Samurai Cop" oraz energetyczny "Can`t stop", żeby zrozumieć z jak świetnym materiałem mamy do czynienia. Dave Matthews Band potrafi oczarować stonowaną kompozycją opartą o gitarę akustyczną i smyczki ("Here On Out") oraz naładować rockowym "She". No i oczywiście mój faworyt "Do You Remember" - beztroski, zadziorny a zarazem jakiś taki wciągający ruchome piaski. Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie.
Data premiery: 8 czerwca 2018 (świat)

Therapy? - Cleave
3. Therapy? - Cleave
W zasadzie to mógłbym przyznać temu albumowi pierwsze miejsce, bo jest równie dobry co płyta Monster Magnet. Jakiś drobny detal zdecydował o tym, że tego nie uczyniłem, ale nie traktujcie tego aż tak bardzo serio. Therapy? miło mnie zaskoczyło. Album jest po prostu świetny. Wracam do "Cleave" co jakiś czas i utwierdzam się w tej tezie. Więcej o płycie możecie przeczytać w Recenzji.
Data premiery: 21 września 2018








Monster Magnet - Mindfucker
2. Monster Magnet - Mindfucker
Ostatnie dzieło Monster Magnet to kosmiczna, odjechana podróż w psychodeliczną krainę stoner rocka, psychodelicznego rocka i nie wiem czego.  Dave Wyndolf śpiewa w zespole od początku, w 2019 roku stuknie im "trzydziestka". Wciąż są konsekwentni i oddani swojego brzmieniu i stylowi. Jak komuś podejdzie Monster Magnet wpada w trans i nie może przestać słuchać. Ściana dźwięku, pojechanych solówek i świetnych wokali. Nie trzeba zażywać środków odurzających wystarczy odpalić krążek "Mindfuck", który z mózgu zrobi... Wypada wskazać numer tytułowy, ale każdy inny będzie równie reprezentatywny. Staruszkowie nadają tempo skostniałemu rockowi XXI wieku.
Data premiery: 23 marca 2018


 
Electric Six - Bride of the Devil
1. Electric Six - Bride of the Devil 
W pierwszej wersji zestawienia przeoczyłem ten album. Jednak kilka odtworzeń "Narzeczonej diabła", sprawiło że zakochałem się w najnowszym dziele Electric Six. Przyznam szczerze, po ostatnich średnich albumach grupy nie spodziewałem się niczego wyjątkowego. "Bride of the Devil" to jednakże petarda! Bez zbędnych wypełniaczy. Rewelacyjnie wypada energetyczny "Daddy`s Boy" oraz "You`re Toast" ze świetnymi gitarowymi riffami i solówką, czy wolniejszy numer "(It Gets a Little) Jumpy". No i ten niesamowity magiczny finał "The Worm in the Wood" - Dick Valentine osiągnął tu apogeum swoich umiejętności wokalnych (i nie chodzi o popisy), tylko o stworzenie ujmującej linii wokalnej, którą zapętlałem w kółko i w kółko. Polecam! Znany, niedoceniony album 2018 roku.
Data premiery: 5 października 2018


ROZCZAROWANIA

A teraz krótko o rozczarowaniach, bo było ich trochę.
- Alice In Chains - Rainier Fog - najgorsze wydawnictwo tego zespołu jakie kiedykolwiek słyszałem. Kocham tę grupę - nawet gdy na wokalu udziela się DuVall - jednak ostatni krążek przynosi przeciętność i nudę. Monotonia i zero ciekawych kompozycji. Obraz nędzy i rozpaczy. Przesłuchałem i nie chcę wracać do tego.
- The Prodigy - No Tourists - brzmi jak odpad z sesji poprzednich płyt. W zasadzie grupa próbuje nieudolnie nawiązać do sprawdzonych patentów i robi to dość słabo.

POLSKIE ALBUMY

W tym roku postanowiłem zrezygnować z zestawienia polskiej muzyki. Za mało słuchałem rodzimych produkcji. Na pewno warto zwrócić uwagę na płytę Lao Che oraz Krzysztofa Zalewskiego. Natomiast w muzycznych zestawieniach często pojawiają się też takie pozycje jak albumy zespołów Riverside czy Behemoth, po które na pewno sięgnę w swoim czasie...

Entropia - Vacuum
A wśród albumów czai się bardzo udana produkcja Entropia - Vacuum, która być może pozamiatała polską scenę muzyczną. Kompletnie nie znam się na post-metalu, czy jak ten gatunek się fachowo nazywa, jednakże zespół z Oleśnicy kładzie swoim dziełem na łopatki. Może przytoczę info o grupie z profilu społecznościowego: Przekonani, że przyszłość świata musi być psychodeliczna lub nie będzie jej wcale, Entropia wychodzi z cienia jako wyznawcy postulatów Terrence'a McKenny i dążąc do restytucji tożsamości plemiennej oraz odrzucenia materialistycznej cywilizacji jako gwałtu na kosmicznym porządku. Wznosząc oczy ku bezkresnej próżni oczekujemy w milczeniu nadchodzącej odpowiedzi. Nic ponad to.  


A jaki jest Wasz muzyczny top 2018 roku?

[1] https://www.terazmuzyka.pl/plyty/2130/jack-white/boarding-house-reach-recenzja.html


...

niedziela, 20 września 2015

The Dead Weather - Sea of Cowards (2010) - recenzja płyty

Co by tu napisać o The Dead Weather, żeby nie wyjść na podnieconego nastolatka, który kupił sobie  upragniony winyl? Kapela urywa jaja! W 2010 rok Jack White mógł powiedzieć, że The White Stripes jest jego projektem pobocznym, bo to co muzycznie "powyczyniał" na „Sea of cowards” zasługuje na wyróżnienie. Ta muzyka powoli dojrzewa w człowieku, w środku. White powiedział o brzmieniu The Dead Weather, że jest to  „gothic blues”. Trafnie! Charakterystycznie nastrojone gitary (dużo różnych przesterów), ciekawe podziały, pauzy, mroczny klimat zakłócany raz po raz jazgotem i wyśmienitym partiami wokalnymi. 

The Dead Weather - Sea of Cowards
The Dead Weather - Sea of Cowards

Największe wrażenie robi na mnie właśnie ta pierwsza część płyty: "Blue blood blues" – napędza wyraźny rytm perkusji czy "Hustle and Cuss" – przyciąga ciekawym chwytliwym basem (pamiętacie jeszcze utwór "60 Feet Tall?"), partią Hammondów, no i ten riff! A przy okazji Alison wspina się na wokalne wzgórze. "The Difference Between Us" – sporo efektów i elektroniki, psychodeliczna wycieczka."I`m Mad" – skandowanie tytułu utworu kończy krótka fraza śmiechu „ha ha”. Alison Mosshart jest tu  zadziorna, seksowna i nieokiełznana. Jack Lawrence i Dean Fertita idealnie dopełniają muzyczną układankę. „Sea of cowards” to kontynuacja, jazda właściwą drogą, jazda bez trzymanki z seksualnym dreszczykiem, błyskotliwa, zachęcają,  i… szybka. Nagle orientujesz się, że ta frapująca płyta dobiega do końca, ale ty nie chcesz się zatrzymać. Wciskasz replay i jedziesz dalej. 

To jest oldschool. To jest świetnie dopracowana produkcja. Jedna z najciekawszych płyt roku 2010.              

sobota, 27 grudnia 2014

Najciekawsze zagraniczne albumy 2014 roku

Tworząc ten ranking zdałem sobie sprawę, że niektóre kapele o ugruntowanej pozycji na rynku muzycznym, w tym roku znalazły się na krawędzi albo na rozdrożu. Nie zdziwi mnie obecność AC/DC czy U2 na szczycie rozczarowań. Gdyby zestawić ich nowe płyty z najlepszymi w dorobku, porównanie byłoby druzgocące. Ja jednak pozostawiam te dwie płyty gdzieś w niebycie pomiędzy "najlepszymi" i "rozczarowaniami".

Slipknotowi nie zaszkodziło rozstanie z wieloletnim perkusistą Joeyem Jordisonem, a Lenny Kravitz choć puszczany jest w komercyjnych rozgłośniach radiowych, nadal potrafi zrobić świetny funkowy numer. W 2014 roku sporo było dobrych wydawnictw. Jednak w przeciwieństwie do zestawieniu ubiegłorocznego, tym razem prym wiodły mocne kapele. Kogo wybrałem na triumfatora mojego subiektywnego rankingu?

 
16. Bush - Man On The Run
Bush - Man On The Run
Szósty studyjny album brytyjskiej formacji, którą próbowano swego czasu klasyfikować jako post-grunge. Jedno jest pewne, że poza rockowym podłożem na "Man On The Run" jest też trochę elektroniki (na szczęście podanej w nienachalny sposób). Nie jest płyta wybitną, ale dzięki przyzwoitym melodiom i dobrym kompozycjom, można ją uznać za jedną z ciekawszych w dorobku ekipy Gavina Rossdale`a. Na plus mocniejszy kawałek "Loneliness Is A Killer" oraz klimat albumu (lekko mroczny, lekko tajemniczy), który najdobitniej czuć w "Eye Of The Storm".
Data premiery: 21 października 2014



15. Godsmack - 1000hp
Godsmack - 1000hp
Ten album nie dorównuje najlepszych płytom Godsmacka, ale spełnia oczekiwania fanów, którzy nie chcą aby zespół zmieniał się, eksperymentował, szukał na siłę nowych brzmień. Jest po prostu solidna dawka hard rocka wydobywająca się z rozgrzanego silnika napędzanego tysiącem koni mechanicznych. Miłośników alternatywnych dźwięków odsyłam do solowych dokonań Sully`ego Erny, tu mamy prostotę i bezkompromisowość, choć bywają też wyjątki od tej zasady jak choćby wygładzona kompozycja "Something Different". W recenzji "1000hp" pisałem o swoim braku przekonania do tego wydawnictwa, jednak przyjmując stanowisko zdroworozsądkowe zadaję pytanie - czy wszystkie kapele muszą się zmieniać?
Data premiery: 1 września 2014

14. Black Label Society - Catacombs Of The Black Vatican
Black Label Society - Catacombs Of The Black Vatican
Co jakiś czas były gitarzysta Ozziego nagrywa coś nowego wyciskając ze swojej gitary charakterystyczne soczyste riffy. W sumie tym razem nie otrzymuje niczego nowego. Jednak twórczość Zakka Wylde`a jeszcze mnie się nie przejadła, skoro umieszczam tę płytę w zestawieniu. Czy jednak jest się do czego przyczepić? BLS to wyborne rzemieślnictwo hard rockowe - mamy szybkie ostre numery, solówki, ballady - czyli wszystko do czego zdążyliśmy się przez lata przyzwyczaić. "Empty Promises" wyróżniłem za ciekawą perkusyjną zagrywkę. Więcej pisać nie zamierzam, po prostu kawał dobrego grania.
Data premiery: 7 kwietnia 2014

13. Reverend Horton Heat - REV
Reverend Horton Heat - REV
Ten album pełen dynamicznego grania powinien zwrócić uwagę nie tylko fanów gatunku - rockabilly/psychobilly, ale też miłośników dobrego rocka. Zespół zarejestrował 13 dobrych kawałków, z których polecam "Zombie Dumb" (Dick Dale byłby dumny) oraz "Schizoid" z udziałem Tima Alexandra na akordeonie. Dudniący bas, surferskie gitary i do przodu. Jedno z największych zaskoczeń roku. Koniecznie sprawdźcie!
Data premiery: 12 stycznia 2014







12. Melvins - Hold It In
Melvins - Hold It In
Niezmordowany Buzz Osborne nagrał kolejny dobry album. Dzięki wsparciu muzyków Butthole Surfers do standardów sludge metalowych wplecione zostały elementy rockabilly. Naprawdę przebojowo brzmi "Eyes On You" czy "I Get Along (Hollow Moon)". Jeżeli lubicie Melvins, na pewno się nie zawiedziecie. A jeżeli nie znacie tej kapeli, warto sięgnąć.
Data premiery: 14 października 2014













11. Triggerfinger - By Absence Of The Sun
Triggerfinger - By Absence Of The Sun
Jedno z moich tegorocznych odkryć. Początkowo wierzyłem, że ich repertuar ogranicza się jedynie do coveru Lykke Li "I Follow Rivers". Gdy jednak posłuchałem album "By Absence Of The Sun" pokochałem ich totalnie. Belgijskie trio umiejętnie łączy hard rocka z bluesem, stonerem i psychodelią. Muzycy czerpią całymi garściami od kapel typu: Queens Of The Stone Age czy Led Zeppelin. Bardzo dobra płyta.
Data premiery: 18 kwietnia 2014







10. Lykke Li - I never learn
Lykke Li - I never learn
Na trzeciej płycie Lyyke Li też jest smutno i dołująca jak u Coldplay na najnowszym dziele, ale tu nie mamy ochoty roztrzaskać z rozpaczy odtwarzacza (ze względu na słabość materiału). Na wyróżnienie zasługuje kawałek "No rest for the wicked" oraz "Gunshot". Lykke Li chociaż mniej przebojowo, na pewno zyska jeszcze kilka zimowych wieczorów u słuchaczy.
Data premiery: 2 maja 2014








9. The Black Keys - Turn Blues
The Black Keys - Turn Blues
Bardziej psychodeliczny album, niż jego poprzednik z 2011 roku "El Camino". Możliwe że amerykański duet sporo słuchał Pink Floyd i stąd te psychodeliczne odjazdy. Są oczywiście też bardziej żwawe momenty np. "Year in Review" i trochę nagrany dla zgrywy "Gotta Get Away". Zmiana stylistyczna jest też zapewne efektem współpracy z Brianem Burtonem (Danger Mouse). Fani mniej garażowego The Black Keys przyklasną, pozostali będą psioczyć, że to nie to...
Data premiery: 16 maja 2014






8. Laibach - Spectre
Laibach - Spectre
Słoweńska legenda industrialu i zimnej fali, tym razem łagodniej, a nawet momentami w klimatach zahaczających o pop. Album "Spectre" zatopiony mocno jest w popkulturze i choć łatwo go przyswoić, to nadal jest to Laibach. Takie utwory jak "The Whistleblowers" czy "Eurovision" po prostu trzeba znać. Miód malina! No i jeszcze kontekst płyty - rozpadająca się Europa i konieczność jej zmieniania.
Data premiery: 3 marca 2014







7. The Smashing Pumpkins - Monuments To An Elegy
The Smashing Pumpkins - Monuments To An Elegy
To nie może być płyta roztrzaskanych dyń. Trzydzieści dwie minuty? Czasy się zmieniają, Billy Corgan najwyraźniej też. "Monuments To An Elegy" jest drugą częścią projektu - "Teargarden by Kaleidyscope" - zaplanowanego na 44 utwory koncept albumu zainspirowanego Tarotem. Wokalistę i jedynego członka zespołu, który pozostał z oryginalnego składu, wspierają tu gitarzysta Jeff Schroeder oraz perkusista Tommy Lee (znany jako muzyk heavy metalowej kapeli Mötley Crüe). I to trio nagrało bardzo dobry album. Już przestałem wierzyć i słuchać The Smashing Pumpkins, a tu proszę, jakie miłe rozczarowanie. Najbardziej wpada w ucho "One And All" brzmiący jak klasyczne utwory zespołu. Dodatkowo bardzo dobrze się słucha kawałków "Tiberius" oraz "Anti-Hero". Słabiej wypada wzbogacony elektroniką "Run2me". Mało zamulaczy, dużo dobrych riffów i przyjemność słuchania.
Data premiery: 9 grudnia 2014

6. Jack White - Lazaretto
Jack White - Lazaretto
Od daty premiery do dziś nie potrafiłem zrecenzować tej płyty. Jack White wypada najlepiej w swoich różnych zespołach, natomiast solo jego albumy budzą sporo moich zastrzeżeń. "Lazaretto" ma kilka wybitnych momentów - "High Ball Stepper", "Three Women" czy kawałek tytułowy. Z kolei większość pozostałych numerów utrzymana w contry-folkowych klimatach kompletnie do mnie nie trafia. Lubię zadziornego Jacka White`a. I choć tego pazura jest tu za mało, to nie traktuję "Lazaretto" jako rozczarowanie, lecz jako swego rodzaju artystyczny eksperyment artysty.
Data premiery: 10 czerwca 2014



5. Bruce Springsteen - High Hopes
Bruce Springsteen - High Hopes
Początek roku przyniósł osiemnasty studyjny album Bruce`a Springsteena. Słynnemu bossowi przydało się wsparcie Toma Morello (Audioslave, Rage Against The Machine). Muzyk dorzucił  do nowej płyty charakterystyczne skrecze gitarowe. Bruce ponadto zafundował słuchaczom dużo różnorodnego dobra: sekcję dętą, chórki, numery szybsze oraz ballady. Nie tylko miłośnikom gospel przypadnie do gustu "Heaven`s Wall". Odświeżony został także kultowy numer "The Ghoast Of Tom Joad" (możemy w nim usłyszeć śpiew Morello). Lata lecą a Springsteen zadziwia formą, energią i szczerym przekazem.
Data premiery: 14 stycznia 2014



4. Slipknot - .5: The Gray Chapter
Slipknot - .5: The Gray Chapter
Brutalność powraca i to ze zdwojoną siłą. Nowy album jednak nie jest tylko manifestacją agresji i chęcią pokazania, że spokojniejsze momenty z "All Hope is Gone" były tylko wyskokiem. Płyta ".5: The Gray Chapter" zadowoli nie tylko miłośników ostrego grania. Dlaczego? Poza tradycyjną Slipknotową młócką jest też sporo niuansów, które spokojnie wychwyci każde wytrawne ucho. W przypadku piątego dzieła zespołu mamy do czynienia z melodyjnością "Vol. 3: (The Subliminal Verses)" oraz brutalnością "Iowy". Zespół wciąż się rozwija, a wpływy Stone Sour wydają się oczywiste. Corey Taylor wrzeszczy, ale też sporo śpiewa. Ponadto na pierwszy plan wybijają się... beczki i mocno okładane przez nowego pałkera bębny. Moi faworyci to: "AOV", "Custer" i "The Negative One". Slipknot to także mistrzowskie w budowaniu napięcia - o czym świadczy intro albumu "XIX" pełne niepokoju, prognozujące coś strasznego... Warto też pamiętać, że "Szary rozdział" stanowi hołd dla zmarłego basisty Paula Graya (w 2010 roku przedawkował morfinę i fentanyl).
Data premiery: 21 października 2014

3. Foo Fighters - Sonic Highways
Foo Fighters - Sonic Highways
Bardzo udana płyta, choć zaproszeni na nią goście, mogli dostać większą szansę na pokazanie się. Nie zmienia to faktu, iż mamy kilka naprawdę dobrych numerów i przemyślaną kampanię reklamową, do której zaliczyć można serial HBO opowiadający historię miast, gdzie nagrywana była "Sonic Highways". Wiadomo - Dave Grohl - od jakiegoś czasu ma misję, by robić coś więcej niż tylko muzykę. W tamtym roku nakręcił dokument o studio Sound City, teraz zarejestrował koncept album, współtworzył serial. Co następne? Może epicka rockowa trylogia?
Data premiery: 10 listopada 2014



2. Lenny Kravitz - Strut
Lenny Kravitz - Strut
Dawno nie słyszałem tak dobrej płyty Kravitza, która oparta jest na rockowo-funkowych fundamentach, a podpory wykonane są z gospelu. Świetną formę potwierdzają single, jakość brzmienia całości oraz doskonały poziom wokali (tradycyjnie). Lenny sięga po dęciaki (szczególnie wyróżnia się tu "New York City"), potrafi też pokazać rockowy pazur ("Strut"). Płyta jest niezwykle seksowna i rewelacyjnie wpadająca w ucho. Niech też nikogo nie zniechęca fakt, iż "Chamber" puszczany jest w komercyjnych stacjach radiowych. Temu materiałowi nie brak ognia.

Data premiery: 123 września 2014


1. Machine Head - Bloodstone & Diamonds
Machine Head - Bloodstone & Diamonds
Płyta dynamit, zróżnicowana, genialna. 70 minut grania i zero nudy, czego nie można powiedzieć o nowym dziele Slasha. Czytając recenzje "Bloodstone & Diamonds" można było odnieść wrażenie, iż nie ma większej zbrodni od umieszczenia na płycie metalowej smyczków. Ba! Taki zabieg musi być "kiepski, słaby, kiczowaty" itd. Moim zdaniem smyczki budują w poszczególnych numerach napięcie. Byłbym ich przeciwnikiem, gdyby zmieniały oblicze numerów. "Now We Die" jest zatem bardzo mocnym otwarciem albumu. A "Night Of Long Knives" jest prawdopodobnie najlepszym numerem na płycie. Machine Head pewnie nie znajdzie w na szczycie muzycznych podsumowań, ale ja zabieram ten album na swój muzyczny panteon.  Świetne single, znakomite teledyski, dużo dobrych riffów, sekcja rytmiczna bez zarzutu, thrashowe solówki, rewelacyjne melodie. Stempel jakości! Płyta roku!
Data premiery: 10 listopada 2014

 
Nie oceniłem kilku płyt: Broken Bells - After Disco, Beck - Morning Phase, Mastodon - Once More `Round the Sun, Primus - Primus & Chocolate Factory with the Fungi Ensemble oraz Aphex Twin - Syro. Album Primusa powinien zostać wydany pod szyldem Les Claypool, bo nijak pasuje do poprzednich dzieł zespołu, a mocno przypomina solowe projekty lidera. Natomiast Broken Bells nie umiem ocenić, bowiem jest to dziwna płyta (ani mocna, ani słaba). Pozostałych dzieł jeszcze nie słyszałem.

Wśród trendów jakie w 2014 roku zaznaczyły się na rynku muzycznym znajdują się takie tematy jako nowe źródła dystrybucji - poprzez internet i urządzenia mobilne.

Piłkarze lubią "podostrzyć grę" (walka, faule, próba dominacji nad rywalem), natomiast muzycy lubią złagodzić brzmienie, by trafić do szerszego grona odbiorców. Kravitz znowu grany jest w radio, nawet ikony ciężkiego rocka - Machine Head oraz Slipknot - nie ustrzegły się zwrotów w trochę spokojniejszego brzmienia. Mimo wszystko rok 2014 był rokiem mocnego grania i świetnych albumów.

Zestawienie jest subiektywne i pokrywa się z moim gustem muzycznym. Oczywiście starałem się przesłuchać praktycznie wszystkie bardziej istotne albumy, jednak na pewno coś przegapiłem. Macie swoich faworytów? Wypiszcie! Na pewno poszerzę horyzonty muzyczne.