poniedziałek, 21 listopada 2016

"The Trepp: Dziedzictwo" - premiera dokumentu 10 grudnia 2016

Miło mi poinformować, że w przyszłym miesiącu w Chrzanowie (Kino Sztuka) a jak dobrze pójdzie, to jeszcze w paru innych miejscach - odbędą się pokazy filmu "The Trepp: Dziedzictwo". Jest to pełnometrażowy film dokumentalny o punk rockowym zespole The Trepp. To mój debiut reżyserski. Mam nadzieję, że niektórzy z Was się wybiorą (jeśli będą mieć okazję). Pokazy są całkowicie darmowe.

The Trepp - Dziedzictwo
projekt plakatu: Grzegorz Lubas

O czym jest ten film?? To zapis rozmów, koncertów, archiwów zespołu oraz materiału znalezionego w internecie i w zbiorach CHTVL. „The Trepp: Dziedzictwo” jest historią zmian personalnych, problemów ze sprzętem, rozwijania się, uciekania od stereotypów, radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Wreszcie, jest to historia o muzyce w skali mikro oraz makro. W filmie znalazło się wiele zabawnych historii jak debiut punkowego zespołu podczas PRL-owskiego Dnia Kobiet zorganizowanego przez jeden z zakładów pracy. Ten dokument opowiada o tym jak powstawała debiutancka płyta „Prostota wyrazu”. Ujawnia kulisy tras koncertowych. Oglądając niektóre archiwalia można poczuć ducha tamtych czasów. Szalony koncert z jaworznickiej „Budowlanki” (1991) wygląda niczym Jarocin z dawnych lat. „The Trepp: Dziedzictwo” to prawie 70 minut muzycznej narracji o muzyce, przyjaźni, trudnościach i wreszcie braterstwie. 

Fanpejdż filmu: The Trepp: Dziedzictwo.  

--------------

sobota, 19 listopada 2016

Organek - Czarna Madonna (2016) - recenzja płyty


Wreszcie do recenzji podchodzę z ciarkami na plecach, a nie ze znużeniem.

Wiedziałem! Będę znów mało merytoryczny, ale Tomasz Organek zrobił to, co niewielu artystom się udaje. Nie padł ofiarą "syndromu drugiej płyty". Mało tego, on przebił debiut i wystrzelił się na orbitę. Pierwszy album zaczarował Polskę, jednak dopiero wydana 4 listopada 2016 "Czarna Madonna" pokazała energetyczny potencjał artysty. Ten niesamowity potencjał, który usłyszałem tego lata podczas koncertu "Męskiego Grania". Organek rozwalił system.

Niech to szlag! Kolejny raz recenzję rozpocząłem od podsumowania.

Wielu z Was zapewne poznało nową płytę dzięki "Wiośnie" oraz "Mississipi w ogniu". Organek postawił w sporej części krążka na szybki, dynamiczny rockowy materiał. Wyszło to na dobre. Słuchając poprzedniego albumu aż prosiło się o kilka żywszych numerów. No i się doczekaliśmy. "Czarna Madonna" kipi energią. Pierwsze 7 utworów mija jak z bicza strzelił. Wspomniany wcześniej kawałek "Mississipi w ogniu" z gitarami à la Chris Isaak i świetnymi refrenami to jeden z lepszych momentów na płycie. Warto jednak dotrzeć do ósmej ścieżki. "Ki Czort" to początek spokojniejszej części albumu pokaz możliwości kompozytorskich artysty. W "Ultimo" czuć natchnienie od mistrza Wojciecha Waglewskiego. W ogóle dla mnie (i mam nadzieję, że nie jestem odosobniony) Tomek Organek jest naturalnym następcą lidera Voo Voo na polskiej scenie muzycznej (jest osobowość, charyzma i oryginalność).

"Psychopomp" spodoba się fanom nastrojowych akustycznych melodii i bluesa (tematyka związania z rzeką, której nazwę odnaleźć można na setliście albumu - mówi chyba wszystko). Tytułowa  "Czarna Madonna" patetyczny, zmysłowy, kontrowersyjny (?) i posępny erotyk z syrenami w tle. Stop! Przecież mamy tu zgrabne solo, które może kiedyś wejść do jakiegoś kanonu najbardziej pamiętnych chwil współczesnego polskiego rocka. 

Moim znajomi zastanawiali się nad ulubionym kawałkiem. Postawili na utwory singlowe. A ja wybieram prosty, szybki "rocker" pt. "Rilke". "Son of a gun" - w nim jest moc, którą uwielbiam. Bez niepotrzebnych efektów, cios w twarz. Nie jeden raz.

Rock, hard rock, blues, trochę popu - taki jest Organek. Melodie, teksty, riffy, gitary - wszystko skrojone na miarę. Taki ma styl, że z kilometra czuć, a z pięciu słychać.

Organek to cholernie inteligentny i ciekawy facet. Jego twórczości nie da się opisać za pomocą jednej recenzji. Jej trzeba doświadczać. To należy przeżywać, analizować, bawić się nią.

Organek to zrobił! Widać w polskiej muzyce od dziś rządzi on, choć rodzina Waglewskich też jak zwykle w pierwszym szeregu.


---

czwartek, 3 listopada 2016

Nagrywałem z telefonem w ręku, czyli wywiad z Marcinem "gałą" Gałkowskim (John Revolta)

"Freedom Bomb" to nazwa drugiej płyty wrocławskiego zespołu John Revolta. Premiera w piątek 4 listopada 2016 roku. Album jest następcą świetnego debiutu sprzed trzech lat - "Explode". Tuż przed premierą rozmawiałem z wokalistą zespołu Marcinem "gałą" Gałkowskim.

SH: Dokładnie trzy lata temu, bo 3 listopada 2013 roku rozmawialiśmy o nadchodzącej płycie zespołu John Revolta. Teraz spotykamy się przy okazji albumu nr 2?
Marcin "gała" Gałkowski: Tak jest, zazwyczaj po płycie nr 1, prędzej czy później pojawia się nr 2 – to dobry zwyczaj. Choć nie ukrywam, że w naszym przypadku przez długi czas ten album stał pod znakiem zapytania, wiesz, część kawałków była gotowa zaraz po wydaniu "Explode", tylko jakoś nie było jak tego nagrać, albo brak czasu albo brak składu. Choć na "Freedom Bomb" jest też trochę świeżynek – parę linii wokalu np. powstało dopiero podczas nagrywania.
John Revolta
John Revolta podczas kręcenia teledysku (fot. Monika Wawrzyniak)

SH: Od czasu debiutu sporo się zmieniło? Macie inną sekcję?
Marcin "gała" Gałkowski:  Zmiany, zmiany, zmiany. Sekcja to już jest bodajże piąta albo i szósta, ze składu, w którym nagraliśmy debiut, zostałem tylko ja i Bartes. My się zmieniliśmy, muzyka się zmieniła, wszystko się zmieniło.
SH: Jeżeli "Explode" miało być ładunkiem wysadzającym mój odtwarzacz, to czym jest "Freedom Bomb"?
Marcin "gała" Gałkowski: Wiesz co, płyta jest na pewno dużo bardziej antyestablishmentowa.  To dalej jest rewolta. Tylko trochę inna. To nie chodzi o bieganie po ulicy i krzyczenie o rewolucji, za starzy jesteśmy. Bardziej to poszło w stronę spojrzenia na to wszystko trochę z boku i zastanowienie się – po co, dlaczego my, jako ludzie, sami to sobie robimy? Każdą rewolucję musisz zacząć od samego siebie, spojrzeć do środka swojej głowy.
SH: Tytuł trochę przewrotny?
Marcin "gała" Gałkowski:  I tak i nie. Aktualnie mamy do czynienia z zupełnym wymieszaniem pojęć - zestawienie bomby i wolności obok siebie nie jest już niczym dziwnym.
SH: Okładka. Byłem fanem pierwszej. Ta jest równie rewelacyjna. Kto ją wykonał?
Marcin "gała" Gałkowski:  Moja szanowna od niedawna małżonka. Pomysł jest wspólny, choć ułożenie tego w formę banknotu wyszło od Bartesa, Anka ubrała to wszystko w ludzką formę, całkiem sporo dodała od siebie. W każdym razie nie chciałbyś widzieć naszych szkiców.
SH: Pora rozbroić tę bombę. Czy jesteście zadowoleni z efektów prac nad albumem?
Marcin "gała" Gałkowski:  Tak. Osobiście cieszę się, że po trzech latach walki z wszelakimi przeciwnościami udało się to w końcu nagrać. I też nie było łatwo, wiesz, jak nagrywałem wokale to Anka była w dziewiątym miesiącu ciąży, wszyscy byli świadomi, że śpiewam z telefonem w ręku i może być tak, że nagle kończymy, a ja jadę do szpitala. Ale ojcem zostałem dopiero cztery dni później. Cieszę się, bo to naprawdę bardzo dobre kawałki.
SH: Nagraliście na setkę?
Marcin "gała" Gałkowski:  Tak, stwierdziliśmy, że tak będzie to brzmiało żywiej, lepiej. Nie jestem fanem nowoczesnych, wycyzelowanych produkcji. Ma być brud. I na tej płycie jest go sporo.
SH: Przy poprzednim wydawnictwie było trochę inspiracji stonerem, klasyką spod znaku Black Sabbath czy rewolucjonistów z RATM. Czego możemy się spodziewać tym razem?
Marcin "gała" Gałkowski: Tak jak mówiłem, my dojrzeliśmy przez te trzy lata, taką mam przynajmniej nadzieję – nasza muzyka też. Też taką mam nadzieję. Jest jednocześnie ostrzej i spokojniej. Wciąż to wszystko podlane jest jakimś grunge’owo - stonerowym sosem, ale to tylko dodatki. Jesteśmy na tyle eklektyczni, że gdybym miał wymienić wszystkie nasze inspiracje, to musiałbyś wykupić dodatkowe miejsce na serwerze J.
SH: Kto jest wydawcą płyty?
Marcin "gała" Gałkowski: A sami sobie to wydaliśmy. Myśleliśmy przez jakiś czas nad kilkoma małymi wydawnictwami, jednak ostatecznie doszliśmy do wniosku, że niech to zostanie u nas. To jest nasza i tylko nasza płyta, nikt nie stoi mi nad głową mówiąc jak to ma brzmieć. Nic nie musimy.
SH: Promocja płyta rozpocznie się koncertem w wrocławskim klubie Liverpool. Co dalej?
Marcin "gała" Gałkowski: Potem jedziemy to trochę popromować, na większości koncertów wesprą nas nasi przyjaciele z ATOM. Zaraz po premierze, 5.11 jedziemy do Ostrowa, potem 10.11 zagramy w Jeleniej Górze w ramach Ligi Rocka i dzień później, 11.11 w Katowicach. Na grudzień póki zaklepane są Warszawa, Poznań i Kraków. Zapraszamy!
SH: Dzięki za rozmowę.

niedziela, 30 października 2016

The Trepp: Dziedzictwo

Muszę wytłumaczyć małą aktywność na blogu. Ostatnie dwa miesiące spędziłem nad realizacją filmu dokumentalnego o legendzie lokalnej sceny punk rockowej - The Trepp.

Zespół powstał w 1986 roku w Jaworznie i kilku latach burzliwej działalności rozwiązał się w 1992 roku. Z tego okresu pochodzą szkice kompozycji i jeden bardzo ciekawy zapis wideo koncertu z jaworznickiej "budowlanki" (swoim niepowtarzalnym klimatem przypomina Jarocin!).

The Trepp po 16 latach niebytu reaktywował się za sprawą Eryka Grucy - syna gitarzysty, który w 2008 roku pomógł nawiązać kontakt ojca (czyli Sławka Grucy) z wokalistą zespołu (Marcinem Kurnikiem). Eryk do kapeli przyciągnął również swojego basistę - Piotrka Walczyka. I tak młode trepy zaczęły grać ze starymi trepami. I tak zespół nabrał nowego rozpędu. I tak do dnia dzisiejszego trwa drugi okres działalności okraszony debiutanckim krążkiem "Prostota wyrazu" (2008) i kilkudziesięcioma koncertami.
Nie jest to jednak typowy punk rockowy zespół. Członkowie formacji nigdy nie manifestowali swojej przynależności do tego nurtu muzycznego (irokezy, glany, tanie wina). Ich twórczość wiązała się z punkiem duchowo poprzez teksty, riffy i brzmienie. Zawsze jednak dążyli do różnorodności (każdy utwór to inne tempo).
W ciągu ostatnich kilku tygodniu zarejestrowałem mnóstwo godzin rozmów z członkami zespołu oraz ich przyjaciółmi. Proces montażu trwa i jestem bliżej niż dalej jego finalizacji.

Więcej o zespole dowiecie z dokumentu muzycznego. Przed premierą obiecuję trochę zajawek i trailerów, które być może zainteresują kogoś z czytelników. Temat jest naprawdę godny uwagi.

The Trepp - Dziedzictwo




Premiera "The Trepp: Dziedzictwo" w grudniu 2016 roku. Film będzie dostępny na moim kanale wideo, zostanie też wyemitowany w Chrzanowskiej Telewizji Lokalnej. Jest szansa na jego utrwalenie na krążku DVD, ale na obecną chwilę trudno ocenić jak ostatecznie wyjdzie. Za sprawą chęci zespołu i mojej - istnieje taka możliwość.


Geneza filmu:
Jest czerwiec roku 2016. W jednym z pomieszczeń chrzanowskiego domu kultury spotykam Sławka Grucę i Marcina Kurnika. Wywiązuje się lekka i niezobowiązująca rozmowa. Co się okazuje? Chłopaki w tym roku obchodzą jubileusz. Powstali trzydzieści lat temu. To dość nietypowe jak na ten zespół święto, bowiem The Trepp działali od 1986 roku z szesnastoletnią przerwą!
- Mam taki luźny pomysł. Zróbmy o jubileuszu krótki reportaż do telewizji lokalnej - sugeruje Sławek.
- Materiału jest od cholery. Jest o czym gadać - dodaje Marcin.
Chłopaki biorą instrumenty i wychodzą by zagrać koncert "Kumple dla kumpli". To ich debiut na dniach Chrzanowa. Są podekscytowani. Ani oni, ani ja - nikt nie zdaje sobie sprawy, że ta swobodna rozmowa legła u podstaw idei nakręcenia czegoś dużego. Filmu. Dokumentu muzycznego o paczce przyjaciół.
Kto by chciał oglądać film o punkowej kapeli, która nigdy do mediów i telewizji się nie pchała? Kto ją zna? Czy będzie to absolutnie niszowy temat? A może właśnie znajdzie się grupa odbiorców, zwłaszcza że The Trepp jest jedynym oprócz Sztywnego Pala Azji zespołem z Chrzanowa, jaki zaczynał w latach osiemdziesiątych i nadal ma siłę, by zawojować świat. Przecież oprócz starych wyjadaczy, w składzie są też młodzi gniewni.
Na początku mam wątpliwości jak to ugryźć. Zwykle przy takich niekomercyjnych zespołach brakuje materiałów źródłowych (filmów, zdjęć, artykułów). Tak, to fakt - o Trepach nikt lata temu specjalnie nie pisał, jednak jakieś fotografie się zachowały. I gdy moja uwaga skupiała się na odkurzeniu koncertów zarejestrowanych w Starej Kotłowni i podczas dni Chrzanowa - do akcji wkroczył gitarzysta. Sławek wręczył mi płytę ze zgranym występem z 1991 roku. Jakość VHS. Toż to rarytas. Klimat jak na jakimś Jarocinie! I się zaczęło. Bum tarara bum!
Bez budżetu, ale pełen motywacji wstąpiłem na ścieżkę bez odwrotu. Albo wycisnę z nich wszystko i uraczę fanów zespołu soczystym dziełem, albo obłożą mnie klątwą i znienawidzą. A że uparty i czasem konsekwentny jestem, to mimo wszystko stawiam na wariant pierwszy.

Jeżeli chcecie być na bieżąco - polecam fanpejdż filmu: The Trepp: Dziedzictwo.

wtorek, 18 października 2016

Muzyka inaczej - uderzacze

Jeśli znudziło się wam szukanie muzyki w sklepach oraz internecie, koniecznie wyjdźcie z domu. Na ulicach sporo się dzieje. I nie chodzi o tych wszystkich grajków zamęczających przechodniów piosenkami Dżemu. Żadnych gitar raczej tu nie uświadczycie. O nie! To jest artykuł dla fanów uderzania, a nie szarpania.

Nazywa się Człowiek Rura i jestem mistrzem bębnienia na... a jakże! Na konstrukcji z rurek. Przy jego secie trudno pozostać biernym, niektórzy ruszają bioderkami lub tupią nóżką. Nawet jak zagra coś w klimacie techno fani rocka mu wybaczą, bo zaraz dorzuci "Seven Nation Army". Jemu wolno więcej. To przecież Człowiek Rura.




Do tej pory myślałem, że wiaderka służą głównie do przenoszenia/gromadzenia różnych rzeczy. Nie prawda! One służą do dudnienia. I to jakiego dudnienia! Najlepiej na chodniku przy użyciu perkusyjnych pałeczek. Dobra, bez ściemy. Do dobrego dudnienia potrzebny jest solidny bębniarz a raczej wiadermistrz. Tak, ten gość jest arcymistrzem prędkości i polotu. Gordo Buckets robi to tak, że mam ochotę wyciągnąć wiaderka z piwnicy i dać sąsiadom koncert.



Dla zainteresowanych - pełny set:
 

Pozostając przy ulicznych perkusistach nietrudno natknąć się na uliczny pojedynek Banished Beyond vs Mike McIntosh. Tych dwóch panów uświadomiło mi, że o uderzaniu w werbel wiem naprawdę niewiele. Sprawdźcie!


 


Prawda jest taka, że chciałbym aby taka ekipa wywoziła u mnie śmieci. Może wtedy częściej bym je wyrzucał. Przedstawiam Groove Onkels.




Z kolei Dylan Elise zabierze was w świat ulicznej samby i nie tylko. Szybko, szybciej, najszybciej z i żonglerką obiema pałeczkami. No, no! Klimat miażdży. Będzie trzeba puścić podczas karnawału.


Ktoś powie - po co mam szukać na zewnątrz skoro wszystko jest w sieci. Owszem. Jednak możliwość podziwiania na żywo to sprawa bezcenna.