środa, 17 sierpnia 2016

Męskie Granie (Stadion Korony, Kraków 13.08.2016) - na krótko

Tym razem nie będzie typowej relacji z koncertu, a jedynie materiał wideo. Trzeci raz z rzędu miałem przyjemność znaleźć się na jednym z wydarzeń trasy Męskiego Grania. Tym razem padło na Kraków i Stadion Korony. Miejscówka przyjemna, bo dużo zieleni. A nade wszystko dużo dobrej muzyki.



Nie będę ukrywał, że tegoroczny line-up interesował mnie głównie za sprawą Organka (świetny, intensywny koncert) oraz L.U.C, którego wspierali Rebel Babel Ensemble (odkrycie dnia). Oczywiście świetnie zaprezentował się OSTR (jeszcze lepiej niż rok temu, choć trochę mu się przybrało na wadze) oraz Brodka. Projekt SBB był też niezły (nie przekonał mnie jedynie Włodi, bo rapował dość monotonnie). Domowe Melodie to zdecydowanie nie mój gatunek muzyczny.



Męskie Granie Orkiestra jak zwykle na poziomie. Watahą rządzili w tym roku Tomek Organek, OSTR i Dawid Podsiadło. Oprócz coverów zagrali też hymn tegorocznej edycji. Dwukrotnie bisowali. Było naprawdę gorąco. Polecam! 


 

poniedziałek, 25 lipca 2016

BAO - Fajerwerki (2016) - recenzja płyty

Kochają Red Hot Chili Peppers i Jamiroqaui, ale dla mnie są niczym polski Electric Six. Ta funkowa, dzika wibracja wycina w pień niektóre nieudane debiuty ostatnich lat. Kwartet z Chrzanowa - co nazywa się BAO  - w czerwcu zadebiutował albumem „Fajerwerki”.

BAO - Fajerwerki
Okładka płyty BAO - Fajerwerki
 
Wybuchowa zawartość krążka nie kończy się na nazwie. Ona się od nazwy zaczyna. Przebojowość albumu nie ogranicza się do rocka i funku. Jest odrobinę swoistej nostalgii („Kiedy”), a także brzmień przypominających klasykę rock`n`rolla czy może nawet bigbitu („Ona mnie nie lubi”).

Na płycie znajduje się 12 numerów oraz kawałek bonusowy. Prócz naładowanego energią i ociekającego seksem utworu „Wulkan” (do którego powstał świetny teledysk) „Fajerwerki” oferują takie perełki jak „Sąsiadka”. Czy to na pewno jest debiut? Ten numer pokazuje prawdziwą klasę zespołu. Wielopłaszczyznowy utwór, w którym sporo się dzieje. Nawet solówka jest całkiem, całkiem. Imprezowy „Piwko” na pewno sprawdzi się jako koncertowy „otwieracz”. Później nadchodzi „redhotowa” gitara i bas oraz… refreny po angielsku w „49 smutków”. Warto tu odnotować, że większość tekstów jest po polsku i nie są to wcale harcerskie piosenki, a całkiem intrygujące historie opowiadane/wyśpiewywane przez Pawła Ostrowskiego.

BAO to ludzie, którzy czują funky. Znam ich od wielu lat i do tej pory nie zaliczałem się do fanów zespołu. Jednak „Fajerwerki” to bardzo udany debiut, który zmienia optykę patrzenia na ten zespół. Od dziś jestem zagorzałym zwolenników tych młodych, utalentowanych ludzi. Zrobili kawał porządnej muzyki. Nie na raz, nie na dwa. Na kilka przesłuchań. Tak trzymać!

środa, 8 czerwca 2016

The Trepp - punk rock nadal siedzi w podziemiu

Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka lat temu dowiedziałem się, że w moim mieście działa kapela punkowa, która postała wieki temu i dla wielu ma status kultowej. The Trepp, bo o nich mowa w 2010 roku wydali pierwszą płytę, a obecnie pracują nad kolejnym albumem. Formacja została założona przez gitarzystę Sławka Grucę oraz wokalistę Marcina Kurnika w 1986 roku. Jednak sześć lat później zawiesiła działalność. Dziś sekcję rytmiczną tworzy młode pokolenie Eryk Gruca na perkusji oraz Piotr Walczyk na basie.

The Trepp w 2016 roku [fot. Darek Łapiński]

Zobaczcie fragmenty koncertu zarejestrowanego przeze mnie podczas drugiej edycji "Kumple dla kumpli", której inicjatorem jest Sławek "Wrona" Wroński (znany m.in. z zespołu Śfider Anyy). Więcej o The Trepp wkrótce, bowiem jesteśmy umówieni na zrobienie "dłuższego tematu". Na razie życzę miłego oglądania i przy okazji podsyłam też do relacji z Kumple dla kumpli 2.



wtorek, 7 czerwca 2016

A teraz zmiana, szpak dziobie bociana...

Szanowni Czytelnicy,

postanowiłem nieco zmodyfikować bloga. Dlaczego? Mało piszę, bo mam różne inne plany i zajęcia. Ostatnio zdarzyło się nagrać kilka rzeczy. Jest trochę materiału wideo. Myślę, że zachowam aktywność na blogu poprzez publikację tychże treści audiowizualnych. A przy okazji? Przy okazji powiem coś o miejscach, artystach i sytuacjach związanym z procesem rejestracyjnym danego wydarzenia. Nie kończę, będę ewoluował. "Ewoluował" - jak to brzmi?! 

fot. Ewa Jasiakiewicz


 Czussss!!!

niedziela, 3 kwietnia 2016

Luxtorpeda - Mywaswynas (2016) - recenzja płyty

Wiecie czego się boję? Jak zespół wydaje mnóstwo płyt w krótkim czasie, to zawsze zachodzi spora szansa na "zmęczenie materiału". Luxtorpeda w okresie od 2011 do 2016 wydała 4 płyty. Czy dopadł ich efekt wyczerpania formuły? 

Luxtorpeda - Mywaswynas
Okładka płyty

Mocny, dynamiczny początek płyty "Pozdrawiamy!" i już możemy się domyślać, że nie będzie źle. Świetny refren i mamy kolejny szlagier zespołu. Następny kawałek odcina nam dostęp do internetu. "Zerwali sieć" jest niczym lewy sierpowy w twarzy no-lifera*. Luxtorpeda ma patent na hymny. Wystarczy posłuchać utworu "Jak Husaria", który dodaje skrzydeł i podrywa do boju. Niespodzianką jest skandowane "Mywaswynas", Hans sprawnie dyryguje chórkiem (na pewno sprawdzi się na koncertach). Jeszcze większe zdziwienie ogarnęło mnie, gdy pierwszy raz usłyszałem "Siódma". Początkowo pomyślałem - kalifornijski punk rock. Sic! Tak Luxtorpeda jeszcze nie grała. "Mazanic" jest brudny, stonerowy i ten refren (nie sposób opisać ten sposób wokalnej ironicznej zgrywy**). Pozostałe numery także robią wrażenie. Jest świetnie!

Pełen luz, energia, radość tworzenia, świeżość (lubię to pisać w recenzjach). Czwarta Luxtorpeda "Mywaswynas" to jedna z najlepszych płyt 2016 roku. Mówię to z premedytacją (mamy kwiecień). Jestem mile zaskoczenia, lubię się miło rozczarowań. Ostatnio kupiłem album numer trzy, teraz muszę zamówić najnowsze dzieło. Wiem czego się spodziewać - porządnego dwupłytowego wydania z ciekawą wkładką. Kupię, bo warto.

Krzywa wzrostu.
Debiutancki album Luxtorpedy (wydany 9 maja 2011 "Luxtorpeda") nie wzbudził mojego zainteresowania. Z perspektywy czasu zmieniłem zdanie, ale wtedy nie byłem szczególnie zachwycony. Jak już przetrawiłem pojawiło się dzieło numer dwa. "Robaki" oczarowały mnie głównie za sprawą teledysków "Wilki dwa" oraz "Hymn". I nie było już odwrotu. Kolejna płyta Luxtorpedy została uznana przeze za jedną z najlepszych polskich produkcji wydanych w 2014. Album "A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki" okazał się petardą. Wydawnictwo "Mywaswynas" to kolejny punkt na krzywej wzrostu/rozwoju zespołu. Żadnego spoczęcia na laurach. Brawo!

* Taki człek, co siedzi z nosem przyklejonym do monitora. Prawie ty, prawie ja.
** Refren przywodzi mi na myśl Green Jelly - 3 little pigs

piątek, 25 marca 2016

Maciej Krzywiński - Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia) - recenzja

Mr Bungle i Faith No More to zespoły z kategorii "mamy gdzieś co o nas myślicie i co napiszecie". Dlatego nie bojąc się kąśliwych uwag, ironii, wymiocin i innych atrakcji stworzyłem krótki zapis moich spostrzeżeń na temat biografii jednej z najlepszych kapel jakie znam. Wbrew powyższemu, nie jest to opowieść o Pattonie, który jako wokalista spaja te dwie wymienione wcześniej ekipy. To historia życia grupy, o której można powiedzieć wszystko, a oni i tak na koniec wyleją nam piwo na głowę. 

Faith No More. Królowie życia (i inne nadużycia) Pierwsze próby zespołu odbywały się w pustej kadzi po piwie. Jedną z wokalistek Faith No More była dziewczyna Courtney Love (Hole). Roddy Bottum dopiero w 1993 przyznał się, że jest homoseksualistą. Teledysk do "Epic" uratował FNM dla świata. Jeden obraz z motywem ryby, błyskawicami i wszędobylskimi wygłupami wywindował kwintet na wyższy poziom. Znudzone dzieciaki śledzące MTV zyskały nowych idoli. Idoli?! Antyidoli. Czemu o tym piszę? Bo historia Faith No More opowiedziana przez Macieja Krzywińskiego jest przykładem tego jak biografia zagranicznego zespołu powinna być napisana (przez polskiego autora). Bogato nasycona szczegółowa, dowcipna, pełna intrygujących niuansów.

Przyznam szczerze, że miałem wiele obaw przed sięgnięciem po "Faith No More. Królowe życia (i inne nadużycia)". Na szczęście lektura pierwszych stron rozwiała obawy. Tę biografię można polecić każdemu. Ponad trzysta stron tekstu, dyskografia i świetny dobór zdjęć składają się na publikację godną uwagi. Fanów zespołu na pewno ucieszą dobrze wnikliwie opisane początki formacji, to w jaki sposób kształtowała się nazwa i skład. A potem etap z pierwszym stałym wokalistą i czasy Mike`a Pattona.

Kluczowy moment zmiany frotmana jest przez członków FNM opisany zaprawdę zaskakująco. Mike Patton ukazany jako dzieciak popijający herbatniki mlekiem nie przystaje do wizerunku artysty jak szaleńca piszącego pierwsze teksty o masturbacji i pierdzeniu. Ale w tej biografii sporo jest nieoczekiwanych sytuacji, które pozwolą czytelnikom zdziwić się czy wręcz doznać lekkiego szoku. No chyba na tym polega tworzenie dobrego tekstu? Żeby kopało tyłki.

Więcej nie będę zdradzać. Jeśli jesteście fanami Faith No More powinniście koniecznie kupić książkę. A jeżeli nie znacie jeszcze tej kapeli, radzę uczynić to czym prędzej. Inaczej część waszego życia pozostanie nieodkryta.

czwartek, 17 marca 2016

Iggy Pop - Post Pop Depression (2016) - recenzja płyty

Strach przed utratą kolejnej legendy powoduje*, że media przychylniej zerkają na tych żyjących. David Bowie odszedł w styczniu. W świecie muzycznym zrobiła się wielka wyrwa. A przecież kiedyś on nagrywał z Iggym Popem znakomite albumy. Ich wspólny berliński etap twórczości okazał się niezwykle płodny. To był jeden z najciekawszych duetów w historii rocka. Teraz pozostał nam tylko Iggy i jego prawdopodobnie pożegnalny album.

Iggy Pop - Post Pop Depression
Okładka płyty "Post Pop Depression"


Siedemnasta płyta Iggy Popa wychodzi oficjalnie w piątek 18 marca jednak kilka dni temu została opublikowana w internecie więc każdy mógł się z nią zaznajomić przed premierą. Skorzystałem z tej okazji i ja.

Największym magnesem przyciągającym do "Post Pop Depression" jest Josh Homme. Lider Queens of the Stone Age podjął współpracę z Iggym w styczniu 2015 roku. Po kilku rozmowach i przygotowaniach artyści przystąpili do nagrywania. Proces rejestrowania nowych kawałków rozpoczął się w należącym do Homme`a studio Joshua Tree w Kalifornii a zakończył w innym studio (Burbank). Wsparcia na płycie udzielili: Dean Fertita (The Dead Weather, Queens of the Stone Age), który wespół z Joshem nagrał partie gitar, basu oraz instrumentów klawiszowym; natomiast za perkusją usiadł Matt Helders (Arctic Monkeys).

Album "Post Pop Depression" przynosi 9 numerów, które trzymają poziom i czuć tu niesamowity klimat. To jest Iggy Pop wkraczający na teren pustyni należącej do Josha. Westernowy "Vulture" mógłby stanowić projekcję siły Ennio Morricone na psychodeliczno-indiańską przestrzeń piasku, wiatru i kaktusów znaną choćby z nagrań Desert Session. 

Zacząłem trochę od środka, ale początek albumów jest dość standardowy, rzekłbym piosenkowy ("Gardenia"). "Sunday" oparty jest funkowym podłożu i ma potencjał przeboju. Gdzieś od połowy akcent przesuwany jest na nagrania bardziej klimatyczne, specyficznie nastrojowe (broń Boże nie jest to muzyka tła!). "Sunday" przywodzi mi na myśl okolice formacji Beirut. "German Days" ze świetnymi gitarowymi zagrywkami i zawodzącymi partiami wokalnymi Popa może stanowić nawiązanie do dawnych czasów (przywołanego we wstępie okresu twórczości Popa i Bowiego, która tak pięknie rozkwitła w Niemczech).

Iggy Pop śpiewa trochę leniwie, trochę od niechcenia jakby chciał uwiarygodnić swoje życiowe zmęczenie. Jednak w tym muzycznym testamencie jest coś więcej niż tylko pesymizm. To także katharsis dla niego po utracie przyjaciela (Bowiego), ale również oczyszczenie dla Josha (atak terrorystyczny w Le Bataclan**). Warto jednak zwrócić uwagę, że zamykający album utwór "Paraguay" to ostatniej fazie pokaz punkowej wręcz agresji wokalnej Popa, który zamiast zagasić ognisko postanawia jednak dorzucić kilka drewien. A jak!

Zachwyty prasy zachodniej podchwycone przez rodzime media muzyczne wcale nie są przesadzone. Znakomita płyta. Świetna ekipa ludzi. Dlaczego tak późno?! A może jest jeszcze nadzieja, że to nie koniec?


* Piszę to o swoistym nastroju pośród fanów muzyki, który jest wypadkową ostatnich śmierci zasłużonych muzyków. To pasmo smutnych informacji powoduje, że utrwala się przeświadczenie o końcu pewnej epoki.
** Josh Homme jest jednym z muzyków Eagles of Death Metal. Jednak feralnego dnia podczas ataku terrorystów na paryski klub nie występował z zespołem.

czwartek, 3 marca 2016

Bloodhound Gang - Hard-Off (2015) - recenzja płyty

Nazwałbym to "easy listening", bo cholernie mnie odpręża, gdyby nie tematyka tekstów obracających się wokół seksu, balang, z poczuciem humoru oraz satyrą bądź parodią. Bloodhound Gang to też crossover music, czyli połączenie wielu gatunków muzycznych. Nikogo nie powinna zdziwi obecność obok siebie ostrych rockowych numerów i kawałków iście dyskotekowych. 

Bloodhound Gang - Hard-Off
Bloodhound Gang - Hard-Off

Nowa płyta, wymęczona, po dekadzie milczenia przynosi 30-minutową dawkę sprawdzonych składników. Fani zespołu nie będą zawiedzeni. Jimmy Pop nadal pisze popieprzone, zabawne teksty. Nikt się nie zestarzał. Żadnego domu starców. Żadnej viagry. Nadal panienki, imprezki i wygłupy stanowią znaczny fundament wiary BG.  Wydany 18 grudnia 2015 roku "Hard-Off" można uznać za kontynuację "Hefty Fine" [2005]. Kontynuację że hej!

Album rozpoczyna się pięknie: melodyjnie, przebojowo, gitarowo ("My Dad Says That`s For Pussies"), by od razu skręcić w stronę muzyki dance. "Dimes" rozkręci niejeden klub fitness. Przy tym numerze zbledną dyskotekowe hiciory. NSYNC i Backstreet Boys to stare capki dziś! Bloodhound Gang nakrywają ich plastikowym kubkiem do piwa. Hymn "American Bitches" jest czymś oczywistym dla twórczości Amerykanów, ale na łopatki rozkłada mnie synth popowy "Diary Of A Stranger" - wczesne lata osiemdziesiąte w objęciach syntezatorów. 

Luz, pełen luz bracie. "Hard-Off" brzmi jak album, który nie poddał się presji oczekiwań, kunktatorstwa, ustępstw, prostaty itd. Naturalna ewolucja pcha nieustannie do przodu. Nie wiesz co cię czeka. Zupełnie jak w jednym z kawałków - "przenosimy imprezę do ciebie". "We`re Gonna Bring The Party To You" na tle pozostałych numerów wypada bardzo mrocznie. Wiedzie go dominująca linia basu i agresywny śpiew Popa.

Nie jestem zaskoczony. Tego się spodziewałem. Takiej płyty, takich tekstów, takich numerów. Bloodhound Gang cieszy kolejny raz. Chyba odkryli eliksir nieśmiertelności. Warto było czekać dziesięć lat!

...

poniedziałek, 22 lutego 2016

Kabanos + Pull The Wire (21.02.2016, Stara Kotłownia, Chrzanów) - relacja z koncertu

Pamiętacie, jak robiłem zestawienia płyt 2015 roku i nie umieściłem tam "Balonowego albumu"? Później żałowałem, bo to świetna płyta, która zyskuje z każdym przesłuchaniem. Teraz zobaczyłem Kabanosa na żywo i już nie mam żadnych wątpliwości. Są w dechę!


Kabanos jest zespołem, który się kocha albo nienawidzi. Wszystko przez bardzo charakterystyczny wokal Zenka. Słodko-agresywno-prześmiewczo-zwariowany styl śpiewania lidera formacji na początku słuchania działał na mnie negatywnie. Jednak po jakimś czasie polubiłem nie tylko muzykę, ale i śpiew Zenona Kupatasa oraz pokręcone teksty.

Kabanos
Kabanos (fot. Piotr Oczkowski)


W niedzielę 21 lutego Kabanos grał w klubie Stara Kotłownia w ramach "Cienkiej pomarszczonej trasy koncertowej". I zagrał naprawdę fantastycznie! 90 minut energetycznego występu zawierało to, co w najlepsze: "Balony", "Mamo, jest mi tu dobrze", "Gruby Grubas", "Kompost", "Buraki", "Klocki" czy "Serce". 

Świetny kontakt z publiką sprawił, że wszystkie żarty i anegdoty Zenka trafiały w Chrzanowie na podatny grunt. Fani zespołu bawili się wybornie. Wśród nich nie zabrakło niejakiego "Człowieka Piżamki" - młodego chłopaka ze Szczecina, który na Kabanosie był już 15 razy. Sic!
Jako support wystąpił punk rockowy skład Pull The Wire, który rozgrzał publiczność. Jak się okazało zespół ma w Chrzanowie sporo fanów. Świetnie wypadł numer "Polsko", no i oczywiście buntowniczy "Kapslami w niebo". Nie byliby sobą, gdyby nie dorzucili do pieca przeróbką "Małgośki" Maryli Rodowicz. Warto śledzić ich karierę.

Pull The Wire
Pull The Wire (fot. Piotr Oczkowski)



Jeśli jeszcze nie udało ci się złapać bakcyla "cienkiej pomarszczonej kiełbachy" - wybierz się na ich koncert. Rock + metal + duża dawka poczucia humoru i pozytywna energia na pewno przypadną ci do gustu.

P.s.
Od menadżera zespołu dowiedziałem się, że zespół szykuje jesienią drugą trasę koncertową, głównie w miastach w których nie zagrają zimą i na wiosnę. Natomiast w 2017 roku muzycy zamierzają zająć się sprawami prywatnymi. Zenek pracuje nad solowym albumem. Być może wyda też drugi album. To kolejny powód, żeby wybrać się na jeden z koncert Kabanosa.

P.s. 2
Jako dowód uwielbienia zespołu Kabanos dołączam fotkę z Zenkiem
Sanestis Hombre i Kabanos
fot. SH

niedziela, 3 stycznia 2016

Najlepsze polskie płyty 2015 roku

Nie rozumiem fenomenu Korteza, którego widziałem na żywo podczas "Męskiego Grania". Zanudzał niemiłosiernie. Ten gość choć wrażliwy, to muzycznie smutniejszy od Radiohead, Joy Division i Portishead razem wziętych. Z polskich smutasów lubię tylko Skubasa. Depresyjne teksty Korteza działają na mnie negatywnie, a monotonne brzmienie gitary raczej zniechęca. W przeciwieństwie do polskich dziennikarzy, wcale nie uważam roku 2015 za udany na rodzimej scenie muzycznej.

Sporo było poprawnych albumów jak nowe Lipali, ale zabrakło więcej tak wyśmienitych dzieł pokroju Lao Che. Stąd też w tegorocznym rankingu zrezygnowałem z typowego zestawienia i postanowiłem nagrodzić trzy płyty, bo od razu uznałem je za naprawdę dobre, a pozostałe albumy jedynie wyróżnić. Zresztą sam się zdziwiłem, bo na liście docenionych pojawiły się rzeczy, o których słuchanie bym się w przeszłości nie podejrzewał. Jest naprawdę inaczej niż w latach poprzednich!


Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir - 1976: A Space Odyssey
3. Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir - 1976: A Space Odyssey
Odświeżony debiut Zbyszka Wodeckiego nagrany z enigmatyczną rockową formacją Mitch & Mitch oraz orkiestrą i chórem ukazują fenomen tamtych kompozycji. Utworów, które brzmią świeżo, niektóre fantastycznie. A najlepsze jest to, że nigdy nie uzyskały statusu hitów, a potencjał posiadają ogromny. Wodecki dał wydanemu w 1976 roku albumowi drugie życie. Pokazał też, że wciąż niewielu na rodzimej scenie muzycznej może mu dorównać. Płyta przepełniona jest numerami z kategorii "easy listening", ale nie sądzę aby komercyjne stacje chciały go namiętnie grać. A szkoda! Bo takie "Rzuć to wszystko co złe" czy "Panny mego dziadka" oczarowują swoim pięknem, prostotą i bogatą aranżacją. Kto by pomyślał, że odkryję wyjątkowość tej płyty i nawet zamówię wydawnictwo CD/DVD? No kto?!

O.S.T.R. - Podróż zwana życiem
2. O.S.T.R. - Podróż zwana życiem
Lata mijają, a ja sięgam po kolejne dzieła Ostrego. To jedyny raper w Polsce, który nie popada w przeciętność. Wprawdzie już nie kładzie na łopatki jak w przeszłości, ale wciąż potrafi wprowadzić w zadumę. Tym razem tematyka tekstów bardziej skupia się na rodzinie ("Post scriptum"), co jest zrozumiałe, jeśli spojrzeć na ostatnie przejścia artysty (problemy zdrowotne). Nie brakuje oczywiście typowego dla artysty spojrzenia z dystansu na otaczającą rzeczywistość. Materiał brzmi dość równo, a na szczególną pochwalę zasługują zacne podkłady. Bardzo polubiłem numer tytuły. A Wy?



1. Lao Che Dzieciom - Dzieciom
Nie umieszczenie tej płyty wśród najlepszych (a już widziałem takie rankingi) to zbrodnia nad zbrodniami. "Dzieciom" muzycznie i tekstowo bije na głowię inne tegoroczne gitarowe propozycje. Wyjątkowość wylewa się z każdego miejsca albumu. Najmocniejsze fragmenty? Wszystkie są mocne! Na początku orientalny "Dżin", zawadiacki  i swingująco-jazzowy "Tu" (stylistycznie mocno zbliżony do muzyki Koli), później bujający ""Wojenka" z funkowymi klawiszami i gitarą (tak powinien wyglądać antywojenny manifest XXI wieku). "Znajda" to psychodeliczna jazda (transowemu afrykańskiemu perkusyjnemu rytmowi towarzyszą trąbka, organy i pojechana gitara). Kolejny utwory stanowią bardziej stonowaną i nastrojową część albumu. Natomiast końcówka to rockowa "Legenda o Smoku" i świetny funkowy numer (a może nawet afrobeatowy?) "A chciałem o sobie". Teksty Spiętego  oczywiście na wysokim poziomie, można o nich pisać osobny artykuł. Nie chcę nikomu odbierać przyjemności, polecam wsłuchanie się w album "Dzieciom". Nie będziecie się nudzić. Polska płyta roku!

Wyróżnione:
* Riverside - Love, Fear and the Time Machine - pozycja gorsza od poprzedniego dzieła zespołu, ale na polskiej scenie w kategorii rocka progresywnego wciąż nie ma dla nich konkurencji.
* Various Artists - Albo inaczej - jazzowe przeróbki hip-hopowych numerów. Płyta promowana przez media, ale wydaje się, że trochę nie do końca doceniona przez słuchaczy. Tylko tu Wodecki śpiewa Peję, a Wojciech Gąssowski Kalibra-44.
* The Dumplings - See You Later - nie tak przebojowy album, jak krążek debiutancki lecz bardzo porządny materiał. Electropop w wydaniu młodego zabrzańskiego duetu Justyna Święc i Kuba Karaś, to bardzo klimatyczne granie. "Nie gotujemy" powinno przypaść do gustu nie tylko fanom muzyki elektronicznej.
* Kabanos - Balonowy album - początkowo zignorowałem tę płytę, ale wróciła do mnie jak bumerang. Wydany w 2015 "Balonowy album" jest godnym następcą "Dramatu współczesnego". Kabanos w formie!

...