Dave Grohl jest na fali. Niedawno ukazała się jego biografia ("Oto moje (po)wołanie"). Muzyk nakręcił film o Sound City Studio, a także przy okazji powołaj do życia projekt "Sound City Players" i zebrał śmietankę artystów. W nagraniu płyty "Real to reel" wzięli udział między innymi Trent Reznor Nine Inch Nails, Josh Homme (Queens of the Stone Age) czy Paul McCartney i wielu innych równie znamienitych gości.
Album nie wchodzi od razu, ale po paru przesłuchaniach wciąga jak dobry odkurzacz. Niezwykle transowa kompozycja z narastającym napięciem "Mantra" świetnie określa charakter płyty. Grohl na perkusji, struny szarpie Josh Homme, klawisze dodaje Trent Reznor. Wspomniane Sound City jest tu spoiwem łączącym. O byłym muzyku legendarnej grupy z Seattle już wspominałem, natomiast król stonera Joshua nie bez powodu się tu pojawia. Przecież QOTSA nagrywają nową płytę to może być petarda). A jeśli dodam, że współpracują z nim Trent i Dave - wszystko jasne! Ten rok należy do wymienionych wyżej panów.
Gorąco polecam!
Lista utworów:
1. Heaven and All
2. Time Slowing Down
3. You Can't Fix This
4. The Man That Never Was
5. Your Wife Is Calling
6. From Can to Can't
7. Centipede
8. A Trick With No Sleeve
9. Cut Me Some Slack
10. If I Were Me
11. Mantra
Ten wpis ma luźny charakter i służy raczej zapełnieniu statyki, niż rozwinięciu myśli w bardziej rozbudowanej formie. A więc krótko:
Na plus:
1) Nowa płyta Nicka Cave`a and the Bad Seeds
2. Nowa płyta Dawida Bowie
Obie nie wchodzą za pierwszym razem, jednak warto przesłuchać kilka razy. Efekt będzie mile zaskakujący.
7. "Bestie z południowych krain" (dałem 7/10) - połączenie tragizmu i magii, pośród których snuje się mała dziewczynka - Hushpuppy. Najmłodsza nominowana do Oscara - Quvenzhané Wallis (9 lat). No i właśnie jej rola jest tu chyba lepsza niż sam film. Dlatego ją bym wyróżnił? Pewnie na Oscara ma jeszcze czas. A może właśnie teraz jest ten moment? Hm...
8. "Miłość (dałem 7/10) - w skrócie jest to melodramat o miłości i śmierci jako nierozerwalnych determinantach ludzkiego życia. Film Michaela Haneke charakteryzuje się wolnym tempem akcji, co może czasami irytować. Znakomita jest główna para aktorów (na pewno najstarsza). Finał "Miłości" bardzo zaskakujący, ale ten kameralny spektakl trafia najcelniej do wąsko zakrojonego grona. Czy takim będą członkowie akademii?
9. "Nędznicy" (dałem 9/10) - musical to forma, której raczej nie lubię. Owszem, czasami coś obejrzę, jednak rzadko wpadam w zachwyt. Do filmu Tom Hoopera zabierałem się kilkanaście dni, bałem się tego śpiewania, patosu i realiów historycznych; zapewne oczekiwałem nadmuchanego obrazu, nużącego z każdą minutą. Po części tak. Film jest podniosły i długi, ale o dziwo niesamowicie ujmujący, być może prostotą i pięknem jakie przekazuje. Też opowiada o miłości i śmierci, chwyta za gardło, a kreacjami aktorskimi pozwala się smakować do samego finału. Hugh Jackman, Russell Crowe i Anne Hathaway - wybornie zagrali. Może nie zawsze ich śpiew rzuca na kolana lecz reżyserski zmysł sprawia, iż jesteśmy im w stanie wybaczyć wokalne niedociągnięcia, to że nie są Marią Callas czy Placido Domingo. To aktorzy najwyższego sortu. Po tym co zobaczyłem chętnie był przyznał statuetkę w kategorii - najlepsza aktorka drugoplanowa. Warto zwrócić uwagę również na scenografię i dźwięk.
9 nominowanych filmów, tylko jedna nagroda. Mój wybór - Operacja Argo, choć wysoko bym stawiał "Nędzników".Wielkie wrażenie zrobił na mnie Daniel Day Lewis (wybrany niedawno przez magazyn "Time" najlepszym aktorem wszech czasów). I jakoś mimo solidnej konkurencji, nie znajduję mocniejszej kandydatki po statuetkę od Jessici Chastain. Z drugoplanowych kreacji stawiam na: Christophera Waltza i Anne Hathaway. Reżyseria: Michael Haneke albo Steven Spielberg - nie mam przekonania który lepszy (Tom Hooper nie dostał przecież nominacji). Jeśli chodzi o inne kategorie - być może jeszcze do nich wrócę.
4. "Wróg numer jeden" (dałem 8/10) to kolejny mocno amerykański kandydat do statuetki. Scenariusz prosty - grupa agentów ma za zadanie wytropić terrorystę numero uno, czyli Bin Ladena. Z tego filmu dowiemy się na czym polegał "waterboarding", który jako forma tortur był stosowany wobec więźniów. Pojawia się również popularny ostatnio temat "tajnych więzień CIA w Polsce". Kathryn Bigelow już w 2010 za "The hurt lockera" zgarnęła 2 Oscary (najlepszy film, najlepszy reżyser). Czy tym razem się uda? Myślę, że jakaś szansa jest w kategorii najlepsza aktorka dla Jessici Chastain. Film jest dobry, interesujący, trzymający w napięciu, chociaż z gatunku thriller wybrałbym "Operację Argo" (gdybym takiego wyboru musiał dokonać).
5. "Poradnik pozytywnego myślenia" (dałem 7/10) - ten film jest okej (komedia z dramatycznym rysem). Poradnik jest dobrze obsadzony i zagrany (niezły Robert De Niro oraz Bradley Cooper - tym razem bez kaca). Ma pozytywne przesłanie (nomen omen). Jednak to sztampowe i przewidywalne zakończenie psuje całkowicie fabułę i sprawia, że tylko Jessice Lawrence mogę pogratulować znakomitej roli i ją wyróżnić. Czy jest to kreacja na statuetkę? No nie wiem...
6. "Życie Pi" (dałem 6/10) - jest to historia dość prosta i niestety strasznie przewidywalna. Fabuła nie wciąga (widziałem wiele lepszych dzieł o rozbitkach np."Cast away - poza światem"). Nie czytałem książki więc trudno jest mi odnieść się do tego, w jakim stopniu poczyniona została jej adaptacja. Na pewno trzeba pochwalić znakomite zdjęcia (dałbym statuetkę) oraz montaż obrazu. Jednak mimo wielu nominacji jest to raczej dzieło, które na zbyt wiele nagród nie zasłużyło.
Eksperymentalna rockowa supergrupa pod przywództwem Mike`a
Pattona wydała nową płytę! Może jestem nieobiektywny jak diabli, bo od lat jaram się
każdym przejawem twórczości wokalisty Tomahawka. Śmiem przypuszczać, że takich
jak ja jest wielu, dlatego po sześciu latach od wydania "Anonymous"
- doczekaliśmy się.
Okładka płyty
Album "Oddfellows" powstał w sześć dni. Nagrano go
w Easy Eye Studios w Nashville, a za produkcję odpowiada Collin Dupuis.
Natomiast 29 stycznia 2013 krążek trafi do sprzedaży (nakładem Ipecac
Recordings - co nie dziwi, bo Patton od lat wydaje płyty we własnej wytwórni).
Warto jeszcze dodać, że na basie Kevina Rutmanisa zastąpił Trevor Dunn.Ta płyta jest w pewien sposób podobna do dwóch pierwszych
(brzmienie gitar, psychodeliczne klimaty). Na "Oddfellows" znajdziemy
jednak kilka ciekawych elementów, na które warto zwrócić uwagę: swingujący
"Rise up dirty waters" z wściekłymi niczym psychobilly partiami gdzieś
pomiędzy zwolnieniami tempa; "I can almost see them" mógłby stanowić
ścieżkę dźwiękową jakiegoś westernu; "Baby let`s play" przypomina
niektóre nagrania z "California" Mr Bungle (apokalipsa wisi w
powietrzu). Nie można zapomnieć o przebojowym "Stone letter".
Ten album nie wchodzi za pierwszym razem. Trzeba go słuchać
w kółko, non stop, aby odkryć smaczki. 40 minut dobrej rockowo alternatywnej
muzy.
Już za miesiąc rozdanie najbardziej prestiżowych nagród filmowych. Postanowiłem się pokusić o krótkie uwagi na temat nominowanych dzieł oraz twórców.
1. "Lincoln" (dałem notę 8/10) to przede wszystkim wyśmienita rola Daniela Day-Lewisa. Prezydent Lincoln - wódz, nauczyciel, ale także człowiek obdarzony poczuciem humoru, partner, prawdziwy lider, choć przez wielu uznawany za tyrana.
Film jest dobry, wciągający z klimatem, ale czy zasługuje na zgarnięcie Oscara? Przede wszystkim za główną kreację i może szansę ma Tommy Lee Jones w kategorii: najlepszy aktor drugoplanowy. Scenografia, kostiumy? Tu też coś powinno trafić do rąk ekipy Stevena Spielberga.
2. "Django" (dałem notę 8/10) - tak, Quentin Tarantino jak zwykle na wysokim poziomie. Jego western to nie western, to kolaż, zlepek różnych rzeczy. Jak zawsze ciekawie, z dowcipem i po raz kolejny modny ostatnio temat niewolnictwa (patrz: "Służące", "Lincoln"). Mimo tych wszystkich plusów twórcy "Django" mogą obejść się smakiem, bo o statuetki będzie trudno. Może w kategorii najlepszy montaż dźwięku powinni upatrywać swojej szansy. No i Christoph Waltz jako najlepszy aktor drugoplanowy ma mocną pozycję w rankingu.
3. "Operacja Argo" (dałem 9/10) - mój osobisty faworyt do statuetki. Przede wszystkim za scenariusz. Ben Affleck reżyser i odtwórca głównej roli nie otrzymał nominacji. W sumie nic straconego, bo kolega z planu - Alan Arkin pozostaje w grze o tytuł najlepszego aktora drugoplanowego.
"Operacja Argo" to trzymający w napięciu thriller. Jest odrobinę mniej rozreklamowany niż pozostałe filmy, ale może okazać się czarnym koniem. Poza konkursem pozycja obowiązkowa dla kinomanów. Jeśli nie widzieliście w kinie, to będzie okazja zobaczyć na DVD/BluRay.
Koncert Marii Peszek - klub Studio Kraków 19.11.2012.
Gdyby czytać tabloidy i niektóre teksty na portalach internetowych można by się spodziewać po koncercie Marii Peszek nergalowskiego targania biblii, kontestacji patriotyzmu i wielu innych kontrowersyjnych działań. Nic z tych rzeczy! Brakowało także sączącej się z głośników depresji. Występ był dynamiczny, pełen energii, kawałki zagrane mocniej niż na ostatniej płycie, a sama artystka dała się poznać jako osoba ciepła, kontaktowa, choć momentami popadająca w egzaltację.
O 20.20 doczekaliśmy się wyjścia zespołu na scenę. Na przedzie dominowała młodzież (znająca na pamięć teksty). Pojawiło się kilka "kalek" Marii Peszek (podobna fryzura, styl ubierania itd.) i paru wychudzonych chłopców, którzy później nadawali tempo zabawie (hipsterzy?). A muzycy? Dwóch gitarzystów, basista, klawiszowiec/bębniarz i perkusista (popisał się fajnym solo podczas występu). Podczas 80 minut grania usłyszeliśmy całą pierwszą płytę (a więc na dzień dobry "Ludzie psy" i moje ulubione "Sorry Polsko"). Maria Peszek szalała na scenie, skakała, włożyła sobie nawet plastikowy worek na głowę. Z publiczności poleciały jakieś wycięte serduszka - artystka wzięła je i włożyła za bluzkę, powycierała nimi piersi <tu piski psychofanów>. Ot, taki gest. Publika szalała. Można nawet powiedzieć, że przepełniony klub Studio od pierwszego kawałka rozgrzany był do czerwoności. Po odegraniu albumu "Jezus Maria Peszek" poleciały bisy: "Personal Jesus", "Piosenka dla Edka" oraz "Ciało". Tu Maria wzięła statyw od mikrofonu i jak widać na obrazku poniżej "ukrzyżowała się". To był chyba jedyny taki bardziej sugestywny gest z jej strony względem religii. Na finał usłyszeliśmy taneczną wersję "Moje miasto" i burza braw pożegnała muzyków.
Koncert wypadł całkiem nieźle, chociaż nikt by się nie obraził na zagranie jeszcze przynajmniej dwóch utworów ("Hujawiak" czy "Kobiety pistolety"). Pozostanie mi przypuszczać, że Pani Peszek nie chciała zbytnio eksploatować wychudzonych hipsterów stojących pod samą sceną.
Wybrałem się na ten koncert, bo chciałem sprawdzić czy nadal
są tacy dobrzy jak na pierwszych płytach, a może po prostu z sentymentu. Bilety
kupiliśmy w ostatniej chwili, na miejsce dotarliśmy samochodem. Mgła niczym w
Londynie. Zimno. Do środka weszliśmy po 19. Ludzie jacyś niemrawi, trochę
starych fanów, sporo młodzieży, odrobinę hipsterki. O godz. 19.57 wyszli na
scenę. No proszę, jak na zespół rockowy to nowość, żeby tak czasowo. Jako
drugi kawałek poszło "I thin i`m paranoid" i publika oszalała. Później było
jeszcze lepiej: "Queer", "Stupid girl", "Cherry
lips" czy "Shut your mouth". Kilka przemów Shirley Manson
(pokochali Kraków, zaapelowali o bycie wyrozumiałym dla innych ludzi - coś o
szacunku i miłości). Co dalej? Nieco bardziej
elektroniczne "The trick is to keep breathing", "Blood for
poppies" oraz "Automatic systematic habit" z nowej płyty. "Push
it", które wbiło mnie w ziemię. Na
bis nie trzeba było zbyt długo czekać: "When i grow up", "The
world is not enough" oraz "Only happy when it rains". 90
minut solidnego rockowego grania. Duke Erikson pośpiewał sobie na koniec i
można było już iść do domu. Należy dodać jeszcze, iż nowe kompozycje brzmią
lepiej na koncertach.
Dziwić może fakt przeniesienia koncertu z Hali Wisły do
klubu Kwadrat - czyżby nie było aż tylu chętnych? Garbage po swoim występie nie
wyszli do fanów, którzy czekali przy barierkach. "Pozdrowienia" dla
parki z Czech. Blond holka popiskiwała jak małpka, a jej boy gwizdał tak mocno,
że zamiast szumu od głośników miałem po koncercie świst w uszach. Nagłośnienie
było dobre (wbrew opiniom niektórych co się pochowali pod sceną lub na balkonie
i marudzili, że "chujnia"). Tak więc nie żałuję wydanej kasy, bo było warto.
A jednak cykl ma swoją kontynuację. Natchnęło mnie dziś.
Zaskroblowane cz. II: SOUNDGARDEN
Bez większych problemów da się ułożyć listę skarg wobec
Soundgarden:
1. Długo kazali czekać (13 lat przerwy w działalności, 16 lat od ostatniego longplaya)
2. Chris Cornell kręcił coś z Timbalandem (i niezbyt mu to wychodziło)
3. Wydali dość zmylający tropy singel "Live to
rise" (znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu "Avengers")
4. Wielu zaczęła szukać w ich działaniach klasycznego skoku
na kasę czy jak mawia młodzież "skomercjalizowania się"
Soundgarden w 2012 roku
W listopadzie 2012 wszystkie powyższe punkty tracą na
aktualności. Spełniło się bowiem marzenie wielu. Soundgarden wydało album. I to
jaki album! "King animal" to naturalna kontynuacja "Down the upside". Z zadziorem, z
feerią muzycznych barw. W ogrodzie dźwięku, do którego zabierają nas Kim Thayil
(gitara), Matt Cameron (perkusja), Ben Shepherd (bas) oraz Chris Cornell
(wokal) jest sporo klasycznych hard rockowych riffów. Wyważone solówki znowu są
na tapecie. Sekcja rytmiczna świetnie zgrana. Wokalizy charyzmatycznego lidera jak zawsze
bardzo wyraziste. Melodie wpadają w ucho. Ten album już w tym momencie jest dla mnie klasyką.
Prawdopodobnie zbierze też dobre noty w prasie. Musi!
Płyta "King animal" wychodzi 13 listopada 2012. Po kilku przesłuchaniach stwierdzam, że już dawno nie słyszałem takiego zamknięcia albumu jak utwór "Rowing" - mantra psychodeliczna z lekka przesycana bluesowym duchem i dźgana hard rockową dzidą. A otwarcie? Jak to w przypadku Soundgarden - mocny kopniak. Prosto w zadek. Szybki, dynamiczny "Been Away Too Long" z wpadającym w ucho refrenem. Symbolicznie o tym, że byli z boku bardzo długo. Ale wrócili! Środek? "Non-State Actor" nie daje nam wytchnienia. Mocno i do przodu. I kiedy liczymy, że pojawi się jakiś smęt, jest kolejny kiler "By Crooked Steps", choć zaczyna się niepozornie, to po kilkunastu sekundach nadjeżdża walec. W " Attrition" mamy niespotykany dotąd w twórczości zespołu refren. Z kolei "Eyelids Mouth" atakuje pulsującym basem. Takich niuansów na albumie znajdziemy więcej. "King animal" cechuje się spójnością, dobrą produkcją. Każdy z muzyków ma tu swoje 5 minut. Nikt jednak nie bawi się w popisy. Proporcje są zachowane. Wokal jest jednym z instrumentów. Nie wybija się ponad, nie zagłusza.
Ta płyta rozgrzewa, wciąga i zmusza do kolejnych przesłuchań.
Soundgarden w liczbach na laście:
- 333 odtworzenia (i przybywa)
- najczęściej słuchałem płyty "Badmotorfinger", ale na chwilę obecną prym wiedzie kawałek "Black Rain" (21 razy leciał z głośników).
Te statystyki prawdopodobnie szybko ulegną zmianie.
Ten blog nigdy nie miał uporządkowanego charakteru ani tym bardziej nie posiadał tematycznego doprecyzowania. Był raczej zlepkiem różnych rozkmin. Tym razem chciałem zapowiedzieć krótki cykl muzyczny - postanowiłem opisać kilka zespołów - skupiając się na wybranych, wyrwanych aspektach ich twórczości. Na pewno pomoże mi przy tym profil na last.fm.
Dziś 1 odcinek...
Zaskroblowane cz. I: ELECTRIC SIX
Fakty wg hombre:
a) Płyty zespołu trudno kupić - wyszło 8 regularnych albumów (nie liczę tu koncertów, składanek, demówek, epek, singli, bootlegów itd.)
- empik.com oferuje "Señor Smoke" oraz źle podpisaną "I Shall Exterminate Everything Around Me That Restricts Me from Being the Master" (według sklepu jest to album "I Shall Extermintae") Hm...
- merlin.pl może nam sprzedać "Fire"
- allegro - marnie.Da się nabyć jakieś używki. Szału nie ma.
b) Koncertów w Polsce nie było i przyszłości się nie zanosi. Ku rozpaczy niżej podpisanego.
c) Fuzja gatunków - zespół świetnie radzi sobie w podkradaniu brzmień disco, funk oraz elektroniki i przeszczepianiu ich na rockowy grunt (dokładając czasami hard albo punk).
d) Dick Valentine i jego ironiczne spojrzenie
e) Teksty. Przydałby się ktoś, kto by przetłumaczył na rodzimy język i opisał całą paletę pop-kulturalnych inspiracji/odwołań/zapożyczeń/kalek itd.
f) Niedoceniany zespół? Trudno powiedzieć. Electrix Six trafia do mnie absolutnie.
2360 odtworzeń w mojej muzycznej bibliotece mówi samo za siebie. Najczęściej katowałem kawałek "Jimmy Carter" - 75 razy. Najwięcej odsłuchań (412) ma płyta "I Shall Exterminate Everything Around Me That Restricts Me from Being the Master"(tak, ta sama o długim tytule, który sprawił tyle kłopotów empikowi).
g) Finalnie - ironiczne spojrzenie pochodzi stąd:
A może Pan wokalista tak po prostu przystanął celem zaczerpnięcia "świeżego powietrza". Jakie są wasze typy?