piątek, 9 listopada 2012

Zaskroblowane cz. II: Soundgarden



A jednak cykl ma swoją kontynuację. Natchnęło mnie dziś. 


Zaskroblowane cz. II: SOUNDGARDEN

Bez większych problemów da się ułożyć listę skarg wobec Soundgarden:
1. Długo kazali czekać (13 lat przerwy w działalności, 16 lat od ostatniego longplaya)
2. Chris Cornell kręcił coś z Timbalandem (i niezbyt mu to wychodziło)
3. Wydali dość zmylający tropy singel "Live to rise" (znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu "Avengers")
4. Wielu zaczęła szukać w ich działaniach klasycznego skoku na kasę czy jak mawia młodzież "skomercjalizowania się"

Soundgarden w 2012 roku


W listopadzie 2012 wszystkie powyższe punkty tracą na aktualności. Spełniło się bowiem marzenie wielu. Soundgarden wydało album. I to jaki album! "King animal" to naturalna kontynuacja "Down the upside". Z zadziorem, z feerią muzycznych barw. W ogrodzie dźwięku, do którego zabierają nas Kim Thayil (gitara), Matt Cameron (perkusja), Ben Shepherd (bas) oraz Chris Cornell (wokal) jest sporo klasycznych hard rockowych riffów. Wyważone solówki znowu są na tapecie. Sekcja rytmiczna świetnie zgrana. Wokalizy charyzmatycznego lidera jak zawsze bardzo wyraziste. Melodie wpadają w ucho. Ten album już w tym momencie jest dla mnie klasyką. Prawdopodobnie zbierze też dobre noty w prasie. Musi!


Płyta "King animal" wychodzi 13 listopada 2012. Po kilku przesłuchaniach stwierdzam, że już dawno nie słyszałem takiego zamknięcia albumu jak utwór "Rowing" - mantra psychodeliczna z lekka przesycana bluesowym duchem i dźgana hard rockową dzidą. A otwarcie? Jak to w przypadku Soundgarden - mocny kopniak. Prosto w zadek. Szybki, dynamiczny "Been Away Too Long" z wpadającym w ucho refrenem. Symbolicznie o tym, że byli z boku bardzo długo. Ale wrócili! Środek? "Non-State Actor" nie daje nam wytchnienia. Mocno i do przodu. I kiedy liczymy, że pojawi się jakiś smęt, jest kolejny kiler "By Crooked Steps", choć zaczyna się niepozornie, to po kilkunastu sekundach nadjeżdża walec. W " Attrition" mamy niespotykany dotąd w twórczości zespołu refren. Z kolei "Eyelids Mouth" atakuje pulsującym basem. Takich niuansów na albumie znajdziemy więcej. "King animal" cechuje się spójnością, dobrą produkcją. Każdy z muzyków ma tu swoje 5 minut. Nikt jednak nie bawi się w popisy. Proporcje są zachowane. Wokal jest jednym z instrumentów. Nie wybija się ponad, nie zagłusza. 

Ta płyta rozgrzewa, wciąga i zmusza do kolejnych przesłuchań.


 
Soundgarden w liczbach na laście:
- 333 odtworzenia (i przybywa)
- najczęściej słuchałem płyty "Badmotorfinger", ale na chwilę obecną prym wiedzie kawałek "Black Rain" (21 razy leciał z głośników).
Te statystyki prawdopodobnie szybko ulegną zmianie.

Autorewers to konieczność!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza