czwartek, 17 marca 2016

Iggy Pop - Post Pop Depression (2016) - recenzja płyty

Strach przed utratą kolejnej legendy powoduje*, że media przychylniej zerkają na tych żyjących. David Bowie odszedł w styczniu. W świecie muzycznym zrobiła się wielka wyrwa. A przecież kiedyś on nagrywał z Iggym Popem znakomite albumy. Ich wspólny berliński etap twórczości okazał się niezwykle płodny. To był jeden z najciekawszych duetów w historii rocka. Teraz pozostał nam tylko Iggy i jego prawdopodobnie pożegnalny album.

Iggy Pop - Post Pop Depression
Okładka płyty "Post Pop Depression"


Siedemnasta płyta Iggy Popa wychodzi oficjalnie w piątek 18 marca jednak kilka dni temu została opublikowana w internecie więc każdy mógł się z nią zaznajomić przed premierą. Skorzystałem z tej okazji i ja.

Największym magnesem przyciągającym do "Post Pop Depression" jest Josh Homme. Lider Queens of the Stone Age podjął współpracę z Iggym w styczniu 2015 roku. Po kilku rozmowach i przygotowaniach artyści przystąpili do nagrywania. Proces rejestrowania nowych kawałków rozpoczął się w należącym do Homme`a studio Joshua Tree w Kalifornii a zakończył w innym studio (Burbank). Wsparcia na płycie udzielili: Dean Fertita (The Dead Weather, Queens of the Stone Age), który wespół z Joshem nagrał partie gitar, basu oraz instrumentów klawiszowym; natomiast za perkusją usiadł Matt Helders (Arctic Monkeys).

Album "Post Pop Depression" przynosi 9 numerów, które trzymają poziom i czuć tu niesamowity klimat. To jest Iggy Pop wkraczający na teren pustyni należącej do Josha. Westernowy "Vulture" mógłby stanowić projekcję siły Ennio Morricone na psychodeliczno-indiańską przestrzeń piasku, wiatru i kaktusów znaną choćby z nagrań Desert Session. 

Zacząłem trochę od środka, ale początek albumów jest dość standardowy, rzekłbym piosenkowy ("Gardenia"). "Sunday" oparty jest funkowym podłożu i ma potencjał przeboju. Gdzieś od połowy akcent przesuwany jest na nagrania bardziej klimatyczne, specyficznie nastrojowe (broń Boże nie jest to muzyka tła!). "Sunday" przywodzi mi na myśl okolice formacji Beirut. "German Days" ze świetnymi gitarowymi zagrywkami i zawodzącymi partiami wokalnymi Popa może stanowić nawiązanie do dawnych czasów (przywołanego we wstępie okresu twórczości Popa i Bowiego, która tak pięknie rozkwitła w Niemczech).

Iggy Pop śpiewa trochę leniwie, trochę od niechcenia jakby chciał uwiarygodnić swoje życiowe zmęczenie. Jednak w tym muzycznym testamencie jest coś więcej niż tylko pesymizm. To także katharsis dla niego po utracie przyjaciela (Bowiego), ale również oczyszczenie dla Josha (atak terrorystyczny w Le Bataclan**). Warto jednak zwrócić uwagę, że zamykający album utwór "Paraguay" to ostatniej fazie pokaz punkowej wręcz agresji wokalnej Popa, który zamiast zagasić ognisko postanawia jednak dorzucić kilka drewien. A jak!

Zachwyty prasy zachodniej podchwycone przez rodzime media muzyczne wcale nie są przesadzone. Znakomita płyta. Świetna ekipa ludzi. Dlaczego tak późno?! A może jest jeszcze nadzieja, że to nie koniec?


* Piszę to o swoistym nastroju pośród fanów muzyki, który jest wypadkową ostatnich śmierci zasłużonych muzyków. To pasmo smutnych informacji powoduje, że utrwala się przeświadczenie o końcu pewnej epoki.
** Josh Homme jest jednym z muzyków Eagles of Death Metal. Jednak feralnego dnia podczas ataku terrorystów na paryski klub nie występował z zespołem.

czwartek, 3 marca 2016

Bloodhound Gang - Hard-Off (2015) - recenzja płyty

Nazwałbym to "easy listening", bo cholernie mnie odpręża, gdyby nie tematyka tekstów obracających się wokół seksu, balang, z poczuciem humoru oraz satyrą bądź parodią. Bloodhound Gang to też crossover music, czyli połączenie wielu gatunków muzycznych. Nikogo nie powinna zdziwi obecność obok siebie ostrych rockowych numerów i kawałków iście dyskotekowych. 

Bloodhound Gang - Hard-Off
Bloodhound Gang - Hard-Off

Nowa płyta, wymęczona, po dekadzie milczenia przynosi 30-minutową dawkę sprawdzonych składników. Fani zespołu nie będą zawiedzeni. Jimmy Pop nadal pisze popieprzone, zabawne teksty. Nikt się nie zestarzał. Żadnego domu starców. Żadnej viagry. Nadal panienki, imprezki i wygłupy stanowią znaczny fundament wiary BG.  Wydany 18 grudnia 2015 roku "Hard-Off" można uznać za kontynuację "Hefty Fine" [2005]. Kontynuację że hej!

Album rozpoczyna się pięknie: melodyjnie, przebojowo, gitarowo ("My Dad Says That`s For Pussies"), by od razu skręcić w stronę muzyki dance. "Dimes" rozkręci niejeden klub fitness. Przy tym numerze zbledną dyskotekowe hiciory. NSYNC i Backstreet Boys to stare capki dziś! Bloodhound Gang nakrywają ich plastikowym kubkiem do piwa. Hymn "American Bitches" jest czymś oczywistym dla twórczości Amerykanów, ale na łopatki rozkłada mnie synth popowy "Diary Of A Stranger" - wczesne lata osiemdziesiąte w objęciach syntezatorów. 

Luz, pełen luz bracie. "Hard-Off" brzmi jak album, który nie poddał się presji oczekiwań, kunktatorstwa, ustępstw, prostaty itd. Naturalna ewolucja pcha nieustannie do przodu. Nie wiesz co cię czeka. Zupełnie jak w jednym z kawałków - "przenosimy imprezę do ciebie". "We`re Gonna Bring The Party To You" na tle pozostałych numerów wypada bardzo mrocznie. Wiedzie go dominująca linia basu i agresywny śpiew Popa.

Nie jestem zaskoczony. Tego się spodziewałem. Takiej płyty, takich tekstów, takich numerów. Bloodhound Gang cieszy kolejny raz. Chyba odkryli eliksir nieśmiertelności. Warto było czekać dziesięć lat!

...

poniedziałek, 22 lutego 2016

Kabanos + Pull The Wire (21.02.2016, Stara Kotłownia, Chrzanów) - relacja z koncertu

Pamiętacie, jak robiłem zestawienia płyt 2015 roku i nie umieściłem tam "Balonowego albumu"? Później żałowałem, bo to świetna płyta, która zyskuje z każdym przesłuchaniem. Teraz zobaczyłem Kabanosa na żywo i już nie mam żadnych wątpliwości. Są w dechę!


Kabanos jest zespołem, który się kocha albo nienawidzi. Wszystko przez bardzo charakterystyczny wokal Zenka. Słodko-agresywno-prześmiewczo-zwariowany styl śpiewania lidera formacji na początku słuchania działał na mnie negatywnie. Jednak po jakimś czasie polubiłem nie tylko muzykę, ale i śpiew Zenona Kupatasa oraz pokręcone teksty.

Kabanos
Kabanos (fot. Piotr Oczkowski)


W niedzielę 21 lutego Kabanos grał w klubie Stara Kotłownia w ramach "Cienkiej pomarszczonej trasy koncertowej". I zagrał naprawdę fantastycznie! 90 minut energetycznego występu zawierało to, co w najlepsze: "Balony", "Mamo, jest mi tu dobrze", "Gruby Grubas", "Kompost", "Buraki", "Klocki" czy "Serce". 

Świetny kontakt z publiką sprawił, że wszystkie żarty i anegdoty Zenka trafiały w Chrzanowie na podatny grunt. Fani zespołu bawili się wybornie. Wśród nich nie zabrakło niejakiego "Człowieka Piżamki" - młodego chłopaka ze Szczecina, który na Kabanosie był już 15 razy. Sic!
Jako support wystąpił punk rockowy skład Pull The Wire, który rozgrzał publiczność. Jak się okazało zespół ma w Chrzanowie sporo fanów. Świetnie wypadł numer "Polsko", no i oczywiście buntowniczy "Kapslami w niebo". Nie byliby sobą, gdyby nie dorzucili do pieca przeróbką "Małgośki" Maryli Rodowicz. Warto śledzić ich karierę.

Pull The Wire
Pull The Wire (fot. Piotr Oczkowski)



Jeśli jeszcze nie udało ci się złapać bakcyla "cienkiej pomarszczonej kiełbachy" - wybierz się na ich koncert. Rock + metal + duża dawka poczucia humoru i pozytywna energia na pewno przypadną ci do gustu.

P.s.
Od menadżera zespołu dowiedziałem się, że zespół szykuje jesienią drugą trasę koncertową, głównie w miastach w których nie zagrają zimą i na wiosnę. Natomiast w 2017 roku muzycy zamierzają zająć się sprawami prywatnymi. Zenek pracuje nad solowym albumem. Być może wyda też drugi album. To kolejny powód, żeby wybrać się na jeden z koncert Kabanosa.

P.s. 2
Jako dowód uwielbienia zespołu Kabanos dołączam fotkę z Zenkiem
Sanestis Hombre i Kabanos
fot. SH

niedziela, 3 stycznia 2016

Najlepsze polskie płyty 2015 roku

Nie rozumiem fenomenu Korteza, którego widziałem na żywo podczas "Męskiego Grania". Zanudzał niemiłosiernie. Ten gość choć wrażliwy, to muzycznie smutniejszy od Radiohead, Joy Division i Portishead razem wziętych. Z polskich smutasów lubię tylko Skubasa. Depresyjne teksty Korteza działają na mnie negatywnie, a monotonne brzmienie gitary raczej zniechęca. W przeciwieństwie do polskich dziennikarzy, wcale nie uważam roku 2015 za udany na rodzimej scenie muzycznej.

Sporo było poprawnych albumów jak nowe Lipali, ale zabrakło więcej tak wyśmienitych dzieł pokroju Lao Che. Stąd też w tegorocznym rankingu zrezygnowałem z typowego zestawienia i postanowiłem nagrodzić trzy płyty, bo od razu uznałem je za naprawdę dobre, a pozostałe albumy jedynie wyróżnić. Zresztą sam się zdziwiłem, bo na liście docenionych pojawiły się rzeczy, o których słuchanie bym się w przeszłości nie podejrzewał. Jest naprawdę inaczej niż w latach poprzednich!


Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir - 1976: A Space Odyssey
3. Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir - 1976: A Space Odyssey
Odświeżony debiut Zbyszka Wodeckiego nagrany z enigmatyczną rockową formacją Mitch & Mitch oraz orkiestrą i chórem ukazują fenomen tamtych kompozycji. Utworów, które brzmią świeżo, niektóre fantastycznie. A najlepsze jest to, że nigdy nie uzyskały statusu hitów, a potencjał posiadają ogromny. Wodecki dał wydanemu w 1976 roku albumowi drugie życie. Pokazał też, że wciąż niewielu na rodzimej scenie muzycznej może mu dorównać. Płyta przepełniona jest numerami z kategorii "easy listening", ale nie sądzę aby komercyjne stacje chciały go namiętnie grać. A szkoda! Bo takie "Rzuć to wszystko co złe" czy "Panny mego dziadka" oczarowują swoim pięknem, prostotą i bogatą aranżacją. Kto by pomyślał, że odkryję wyjątkowość tej płyty i nawet zamówię wydawnictwo CD/DVD? No kto?!

O.S.T.R. - Podróż zwana życiem
2. O.S.T.R. - Podróż zwana życiem
Lata mijają, a ja sięgam po kolejne dzieła Ostrego. To jedyny raper w Polsce, który nie popada w przeciętność. Wprawdzie już nie kładzie na łopatki jak w przeszłości, ale wciąż potrafi wprowadzić w zadumę. Tym razem tematyka tekstów bardziej skupia się na rodzinie ("Post scriptum"), co jest zrozumiałe, jeśli spojrzeć na ostatnie przejścia artysty (problemy zdrowotne). Nie brakuje oczywiście typowego dla artysty spojrzenia z dystansu na otaczającą rzeczywistość. Materiał brzmi dość równo, a na szczególną pochwalę zasługują zacne podkłady. Bardzo polubiłem numer tytuły. A Wy?



1. Lao Che Dzieciom - Dzieciom
Nie umieszczenie tej płyty wśród najlepszych (a już widziałem takie rankingi) to zbrodnia nad zbrodniami. "Dzieciom" muzycznie i tekstowo bije na głowię inne tegoroczne gitarowe propozycje. Wyjątkowość wylewa się z każdego miejsca albumu. Najmocniejsze fragmenty? Wszystkie są mocne! Na początku orientalny "Dżin", zawadiacki  i swingująco-jazzowy "Tu" (stylistycznie mocno zbliżony do muzyki Koli), później bujający ""Wojenka" z funkowymi klawiszami i gitarą (tak powinien wyglądać antywojenny manifest XXI wieku). "Znajda" to psychodeliczna jazda (transowemu afrykańskiemu perkusyjnemu rytmowi towarzyszą trąbka, organy i pojechana gitara). Kolejny utwory stanowią bardziej stonowaną i nastrojową część albumu. Natomiast końcówka to rockowa "Legenda o Smoku" i świetny funkowy numer (a może nawet afrobeatowy?) "A chciałem o sobie". Teksty Spiętego  oczywiście na wysokim poziomie, można o nich pisać osobny artykuł. Nie chcę nikomu odbierać przyjemności, polecam wsłuchanie się w album "Dzieciom". Nie będziecie się nudzić. Polska płyta roku!

Wyróżnione:
* Riverside - Love, Fear and the Time Machine - pozycja gorsza od poprzedniego dzieła zespołu, ale na polskiej scenie w kategorii rocka progresywnego wciąż nie ma dla nich konkurencji.
* Various Artists - Albo inaczej - jazzowe przeróbki hip-hopowych numerów. Płyta promowana przez media, ale wydaje się, że trochę nie do końca doceniona przez słuchaczy. Tylko tu Wodecki śpiewa Peję, a Wojciech Gąssowski Kalibra-44.
* The Dumplings - See You Later - nie tak przebojowy album, jak krążek debiutancki lecz bardzo porządny materiał. Electropop w wydaniu młodego zabrzańskiego duetu Justyna Święc i Kuba Karaś, to bardzo klimatyczne granie. "Nie gotujemy" powinno przypaść do gustu nie tylko fanom muzyki elektronicznej.
* Kabanos - Balonowy album - początkowo zignorowałem tę płytę, ale wróciła do mnie jak bumerang. Wydany w 2015 "Balonowy album" jest godnym następcą "Dramatu współczesnego". Kabanos w formie!

...

wtorek, 29 grudnia 2015

Najciekawsze albumy 2015 roku cz. II [zagraniczne]

Zwycięska płyta powinna nazywać się "Album Of The Year", a nosi tytuł... Przed nami druga część zestawienia (miejsca 10-1). Najbardziej subiektywny a zarazem najbardziej obiektywny ranking zagranicznych płyt roku 2015. Dwanaście miesięcy temu 1 miejsce zajęła płyta metalowa. Machine Head ze swoim "Bloodstone & Diamonds". Tym razem triumf odniósł album nieco lżejszy, aczkolwiek z pazurem.

Z uwagi na to, że 8 z 10 wyróżnionych tu płyt już recenzowałem, druga część podsumowania jest krótsza, bardziej treściwa. Myślę sobie jednak, że zestaw jest tak bardzo zróżnicowany, iż wśród wytypowanych przeze mnie rzeczy każdy fan dobrej muzyki znajdzie coś dla siebie.
 

The Chemical Brothers - Born In The Echoes
10. The Chemical Brothers - Born In The Echoes
Od razu polubiłem "Born In The Echoes". Chemiczni Bracia nie odcinają kuponów, każdy kolejne wydawnictwo rozwija styl zespołu. Singiel "Go" to nie tylko dynamiczny elektroniczny numer z wpadającą w ucho ścieżką basu, ale też świetnym wokalem rapera Q-Tipa. Po pierwszym odsłuchu nietrudno będzie zapamiętać również transowo-hipnotyczny "Under Neon Lights". A każde kolejne przesłuchania pozwają odkryć inne świetne kompozycje. Szanowni Państwo, będę szczery - na "Born In The Echoes" nie ma słabych momentów. Nie będę zatem gołosłowny, jeśli powiem że lata mijają, a The Chemical Brothers wciąż nie chcą oddać palmy pierwszeństwa w wyznaczaniu trendów muzyki elektronicznej.
Data premiery: 17 lipca 2015

The Prodigy - The Day Is My Enemy
9. The Prodigy - The Day Is My Enemy
Chociaż okres świetności zespołu przypada na lata dziewięćdziesiąte, to najlepszy moim zdaniem album wydali w roku 2009 ("Invaders Must Die"). Apetyty fanów były dosyć spore. Ogromna okazała się także rozpiętość not w recenzjach: od totalnej krytyki poprzez laurki. Moja ocena mieści się gdzieś w środku, ale bliżej mi do pochlebstw. Z powodu: bardzo dobrych singli, sporej dynamiki i agresywności materiału, a przede wszystkim ze względu na "Wild Frontier" (numer oraz teledysk). Pokochałem ten utwór miłością szczerą, czystą, nieśmiertelną. Cieszy mnie to, że dzięki wspomnianym elementom The Prodigy utrzymało wysoki poziom.
Data premiery: 30 marca 2015

The Dead Weather - Dodge And Burn
8. The Dead Weather - Dodge And Burn
Jest Jack White oraz Alison Mosshart, Jack Lawrence i Dean Fertita. Trzecia płyta supergrupy wypada dobrze. Garażowe brzmienie zespołu momentami nieco ewouluje, ale nadal jest to formuła, którą już dobrze znamy i kochamy. Niby wszystko się zgadza. Choć... Jacka White`a trochę jakby mniej. Ale poza tym wszystko jest na swoim miejscu. The Dead Weather nie schodzi ze swojego wysokiego poziomu. Na zakończenie funduje nam jednak utwór, który kompletnie nie przystaje do reszty. "Impossible Winner" łamie schemat płyty. Nie jest to zły numer. Jednak ta stylistyczna wolta zasiała we mnie ziarno niepokoju. Trudno to racjonalnie ocenić, ale męcząc się przy recenzji tej płyty permanentnie wracały do mnie myśli - a może to początek końca? Tak czy inaczej "Dodge and Burn" należy umieścić w podsumowaniu roku na wysokiej lokacie, choć nie ukrywam, że mogło być odrobinę lepiej.
Data premiery: 25 września 2015

Slayer - Repentless
7. Slayer - Repentless
Rok temu zestawieniem rządziły ciężkie albumy (Slipknot, Godsmack, Machine Head). W tym roku na dobrą sprawę mniej jest mocnej muzyki, ale nie mogło zabraknąć Slayera. O kulisach powstawania "Repentless" pisałem przy okazji recenzji, dlatego ograniczę się jedynie do konkluzji, że zmiany personalne nie zaszkodziły zespołowi. Wciąż grają porządny thrash metal, wciąż do ich muzyki można potrzepać głową. Slayer zachowuje wysoki poziom i zdolności kompozytorskie. Niewiele jest kapel, które na przestrzeni lat utrzymały styl wiernie trzymając się ideałów młodości. Na tym albumie oczywiście nie znajdziemy (tradycyjnie) żadnych ballad i zapchajdziur. Warto zwrócić uwagę na pracę bębniarza (np. w "Chasing Death"). Moim faworytem jest "Implode", który realizuje prostą filozofię: szybko, ostro i do przodu. I to jest kwintesencja Slayera.
Data premiery: 11 września 2015

Eagles Of Death Metal - Zipper Down

6. Eagles Of Death Metal - Zipper Down
Wbrew mylącej nazwie Amerykanie grają muzykę bardzo lekką i przystępną, rzekłbym nawet przebojową. A taki "Complexity" to materiał na niezły hicior. Co z tego, skoro EODM są tak bardzo przebojowi jak i niezależni jednocześnie. Jessie Hughes i Josh Homme nagrywają kolejną dobrą płytę i zdecydowanie najlepszą od czasów rewelacyjnego debiutu. Szkoda że ostatnio w trasy wybiera się sam Jessie (bez Josha, a skład uzupełniają muzycy koncertowi), bo ta seksowno-rockowo-kosmiczna miksutra podana przez duet mogłaby nieźle wstrząsnąć publiką. A tak pozostaje nam słuchanie krążka "Zipper Down". Zestaw numerów jest naprawdę porządny i nie potrzebuje dodatkowej rekomendacji. A jeśli nie wierzycie - spójrzcie na okładkę płyty. Ta prowokacyjna grafika odsłania wiele, ale nie wszystko. Zatem, słuchamy!
Data premiery: 2 października 2015

Slaves - Are You Satisfied?
5. Slaves - Are You Satisfied?
Nie było w tym roku lepszego debiutu. Slaves to proste rockowe granie z punkowym pazurem. Album daje słuchaczowi pełnię satysfakcji. Zachowując proporcje mógłbym ich premierowe dzieło uznać "Never Mind the Bollocks. Here`s the Sex Pistols" XXI wieku! Ironiczni, bezczelni, młodzi, fascynujący. Wielka Brytania ma szczęście do debiutów. Rok temu świat podbijał Royal Blood, a teraz kolejny rewelacyjny duet wypływa na szerokie wody. Gdyby przeanalizować moje zestawienie - "Are You Satisfied?" wygrałoby w rankingu - najbardziej niezobowiązująca płyta 2015 roku.
Data premiery: 1 czerwca 2015



The Sword - High Country
4. The Sword - High Country
Druga co do wielkości niespodzianka w zestawieniu. Ta niepozorna kapela ze Stanów mocno zakorzeniona w stoner rocku wydała album bardziej klasyczny. Najnowszym dziełem muzycy The Sword pokazali również, że nieustanny rozwój może przynieść piękne owoce. Początkowo miałem wrażenie, że obcuję z jakimś hard rockowym dziełem przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Sekcja dęta  w "Early Snow" rozłożyła mnie na łopatki. Ta wolta stylistyczna oraz fakt doskonałości i równości materiału, to najmocniejsze argumenty, żeby płytę "High Country" ulokował tuż przy samym podium najciekawszych produkcji 2015 roku.
Data premiery: 21 sierpnia 2015

Killing Joke - Pylon
3. Killing Joke - Pylon
Ten album płynie. Od pierwszej do ostatniej minuty Killing Joke wchodzi na wysokie obroty i tak zostaje do samego końca. Kilka tygodni temu pisałem w recenzji tego dzieła, że trudno wyróżniać poszczególne fragmenty, bo album stanowi zwartą całość. Moje słowa o "Pylon" nie straciły na znaczeniu. Płyta jest wydarzeniem na scenie muzycznej. To dynamit rzucony w zadowolony tłum, gdzie każdy przyjął już bezpieczne położenie. Jeżeli jednak miałbym odpowiedzieć na pytanie - czemu nie jest to numer jeden tego roku, to podałby tylko jeden argument - te 90 minut do zdecydowanie za dużo.
Data premiery: 23 października 2015


Disturbed - Immortalized
2. Disturbed - Immortalized
Na ten moment mój ulubiony album Disturbed. Przerwa w działalności zrobiła zespołowi dobrze. Muzycy wrócili w świetnej (życiowej?) formie. Zero zapychaczy, zero przeciętniactwa. Każdy numer wnosi coś interesującego na płytę. Przeróbka "The Sound of Silence" formacji Simon and Garfunkel, która jest być może najlepszym tego typu utworem w dyskografii. Słuchanie Disturbed na nowo staje się czymś pożądanym. Materiał jest dynamiczny, melodie wpadają w ucho, kawałki łatwo zapamiętać. Charakterystyczne okrzyki Draimana w "Who", dwa rewelacyjne numery: "Open your Eyes" i "What Are You Waiting For?", to najmocniejsze strony "Immortalized". Gdy pada hasło "najlepsze 3 płyty 2015" od razu przychodzi mi do głowy właśnie dzieło Disturbed. Mocne rockowe granie, niemożliwy do podrobienia wokal i równie wyjątkowe rockowo/metalowe brzmienie.
Data premiery: 21 sierpnia 2015

Faith No More - Sol Invictus
1. Faith No More - Sol Invictus
Corey Taylor (wokalista Slipknot) uznał ten album najlepszą płytą 2015 roku. W pełni się z nim zgadzam. Czekając na płytę Faith No More miałem ogromne obawy. Te kilkanaście lat przerwy w działalności grupy mogło spor zmienić. Na szczęście "Sol Invictus" to dzieło doskonałe. Na pewno najdojrzalsze w dyskografii amerykańskiej formacji. Cztery muzyczne indywidualności i wybitny wokal, który przemycił na płytę najznakomitsze elementy z różnych swoich projektów, a wypadkową tych działań jest rzecz zacna. Więcej na temat "Sol Invictus" w mojej recenzji.

Data premiery: 19 maja 2015

--------------

Zobacz także:
Najciekawsze albumy 2015 roku cz. I [zagraniczne]
Muzyczne rozczarowania 2015 roku

niedziela, 27 grudnia 2015

Najciekawsze albumy 2015 roku cz. I [zagraniczne]

Zawsze dbam o to, by zbiór najciekawszych płyt był zróżnicowany. Trzon stanowią albumy gitarowe, ale w tym roku znalazło się też miejsce dla rzeczy elektronicznych. Selekcja zakończyła się na początku grudnia, co nie zmienia faktu, że do ostatnich minut przed opublikowaniem tego wyboru przestawiałem miejsca, wyrzucałem i wstawiałem na nowo niektóre rzeczy.

Od razu pragnę uchronić się przed falą hejtu zaznaczając, że nie słucham Iron Maiden i nieszczególnie przepadam za muzyką Muse, stąd ich nieobecność w poniższym rankingu. Oczywiście bardzo subiektywnym rankingu. Biorąc pod uwagę zestawienie najlepszych albumów 2015 roku opierałem się głównie na swoim guście muzycznym, starałem się przez odbiorcze sito przesiać jak najwięcej. Z wyborem czołówki płyt zagranicznych nie miałem problemu. Mogłem tylko radować się, że kolejny raz jest w czym wybierać, chociaż tym razem trzeba było sięgnąć głębiej po propozycje mniej oczywiste.

Prezentuję pierwszą część zestawienia (miejsca 20-11). W następnym odcinku najlepsza dziesiątka.

20. Joss Stone - Water For Your Soul
Joss Stone
Wprawdzie jestem fanem bardziej funkowego wydania tej artystki, ale ten album na którym soul połączyła z reggae też przypadł mi do gustu. Płyta przepełniona jest pozytywnymi brzmieniami. Rewelacyjnie wypadają fragmenty z chórem gospel (kawałek "The Answer"). Ponadto na "Water For Your Soul" odnaleźć można wpływy muzyki latynoskiej, irlandzkiej oraz hip-hopu. Wszystko sygnowane wyjątkowym głosem Joss Stone. Jest to absolutnie jedna w niewielu wokalistek, jakich mogę słuchać na okrągło.     
Data premiery: 31 lipca 2015





19. Alabama Shakes - Sound & Color
Alabama Shakes - Sound & Color
Mam problem z tym zespołem, bo głos wokalistki mnie fascynuje a jednocześnie wkurza (przez kilka miesięcy myślałem nawet, że tu facet śpiewa). Wysokie rejestry wokalu mogą być dla niektórych osób trudne do ogarnięcia, ale jak pokonamy tę przeszkodę przyjemność z obcowania z taką muzyką może być spora. Blues rock połączony z elementami soulu oraz southern rocka trudno pomylić z czymkolwiek innym. Debiut na pierwszym miejscu amerykańskiego Billboardu o czymś chyba świadczy. Wracając jednak do muzyki, "Sound & Color" broni się przede wszystkim bardzo  emocjonalnym, przeszywającym singlem "Don`t Wanna Fight". Porównania do Led Zeppelin są słuszne, jeśli weźmie się taki "Gimme All Your Love" i zwróci uwagę na podobieństwo w budowaniu emocji przez oba zespoły. Jeszcze dorzućmy ognisty jak numery The Rolling Stones kawałek "The Greatest" i płyta jawi się jako rzecz bardzo intrygująca i wciągająca. Jedna tylko rada - słuchać w skupieniu.
Data premiery: 21 kwietnia 2015

18. Turbowolf - Two Hands
Turbowolf - Two Hands
Cudem do życia przywrócony album Turbowolf nie daje rady świetnemu debiutowi z 2011 roku. Jak pisałem w recenzji płyty pomimo mocnego wejścia poziom leci coraz niżej (w środkowej części wydawnictwa). Jest to jednak na tyle porządny album, że warto go wyróżnić. "Solid Ground" powinien zadowolić starych fanów zespołu, a nieco bardziej brytyjskie numery jak "Nine Lives" trafią również w gusta innej grupy słuchaczy.
Data premiery: 7 kwietnia 2015







17. Vintage Trouble - 1 Hopeful Rd.
Vintage Trouble - 1 Hopeful Rd.
Mało słucham bluesa, ale co jakiś czas trafiam na perełki. Jedną z nich jest czadowy "1 Hopeful Rd.", czyli trzecia płyta kwartetu z Kalifornii. Vintage Trouble są autorami genialnego numeru "Run Like The River" z rewelacyjnymi refrenami i gitarą, która po jednym odsłuchu pozostanie w duszy na wieki. Dobra, koniec  z patosem. Ten album warto poznać. Jak na tak młody zespół (założony w 2010) widać już bardzo charakterystyczne brzmienie i swoistą dojrzałość. Prócz bluesa Vintage Trouble romansują też z takimi gatunkami jak soul, funk czy rock. Sprawdźcie koniecznie!
Data premiery: 14 sierpnia 2015




16. Mark Ronson - Uptown Special
Mark Ronson - Uptown Special
Pod względem imprezowym i relaksacyjnym ta płyta w 2015 roku nie miała sobie równych. Funk w czystej formie, bujający, z ogromnym ładunkiem pozytywnej energii. Tradycja Jamesa Browna spojona z Michaelem Jacksonem, Princem i zespołem Funkadelic w nowoczesnych aranżach. Mark Ronson to producent muzyczny, który wie kogo zaprosić do swojego projektu, by odnieść sukces. Ponad miliard wyświetleń przeboju "Uptown funk" z gościnnym udziałem Bruno Mars, to najlepsza rekomendacja tego albumu. Zrobienie tak świetnego imprezowego przeboju jest dziś sztuką rzadką. Natomiast na "Uptown Special" można też znaleźć spokojny/nastrojowy "Crack in the pearl" z gościnnym udziałem Andrew Wyatta i bardzo bujający "Daffodils" - chyba mój faworyt z tego albumu. Wspomniałem o "I Can`t Lose"? Miód, malina.
Data premiery: 13 stycznia 2015

15. Florence and The Machine - How Big, How Blue, How Beautiful
Florence and The Machine - How Big, How Blue, How Beautiful
Trzeci album Florence początkowo nie zyskał mojej przychylności. Dałem sobie czas. Minęło kilka tygodni i powrót do "How Big, How Blue, How Beautiful" okazał się strzałem w dziesiątkę. Oczywiście będę mało oryginalny wyróżniając numery: "Ship To Wreck", "What Kind of Man" czy "Queen of Peace" jako najbardziej interesujące na płycie. Zresztą wpisuje się to w moją tezę, że pierwsza połowa płyta jest o wiele ciekawsza. Łatka "indie rock" nie do końca oddaje bogatość muzyki zespołu, którego znakiem firmowym jest charakterystyczny głos Florence Welch. Zróżnicowanie między żywszymi kawałkami, a utworami bardziej nastrojowymi zapewnia odpowiednią równowagę. Jest sporo smaczków jak chociażby klimatyczny "Various Storms & Saints". Tym, którzy skreślili ten album na starcie polecam cierpliwość i powrót za jakiś czas. Powinno się sprawdzić.
Data premiery: 29 maja 2015

14. Therapy? - Disquiet
Therapy? - Disquiet
Dzięki tej płycie wróciłem do słuchania Therapy? Trio wydało naprawdę porządny materiał. Zróżnicowana, dobrze wyprodukowana rzecz na hard rockowych i punkowych fundamentach wspartych elementami popu. Album "Disquiet" nie przebił się zbytnio do rockowych mediów w Polsce. Gdzieś tam pojawiło się kilka wzmianek. Jeżeli chcecie przeczytać więcej na temat płyty - polecam moją recenzję.
Data premiery: 23 marca 2015







13. The Winery Dogs - Hot Streak
The Winery Dogs - Hot Streak
Myles Kennedy nagrał 3 płyty ze Slashem i ostatnie ich wspólne dzieło uznałem jednym z największych rozczarowań 2014 roku. Czemu o tym wspominam? Bo Richie Kotzen również dysponuje wysokim głosem (nie jest tak męczący jak wokal Mylesa), ale jego płyty wciąż budzą u mnie uznanie. The Winery Dogs to także hard rock, jednak w przeciwieństwie do projektu Slasha na albumie "Hot Streak" słychać sporą różnorodność. Mike Portnoy za bębnami oraz Billy Sheehan na basie to świetna sekcja rytmiczna. Dopełniający skład Kotzen tworzą supergrupę, ale również super muzykę.
Data premiery: 2 października 2015




12. Blur - The Magic Whip
Mamy do czynienia z jednym z dwóch wielkich powrotów. Po dwunastu latach milczenia Brytyjczycy z Blur wydali album numer osiem. I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby płyta nie brzmiała tak magicznie jak właśnie "The Magic Whip". To najbardziej klimatyczna rzecz w tegorocznym zestawieniu. Damon Albarn i spółka postanowili na przestrzeń, atmosferę i muzykę, która w przeciwieństwie do takich hitów jak "Song 2", raczej nie przebije się do głównych mediów. Nie przebije się na dłużej, bo na brytyjskich listach przebojów udało się zdobyć miejsce numer jeden. Prasa w UK oraz w Stanach Zjednoczonych bardzo pochlebnie wyraziła się o "The Magic Whip". W moim odczuciu jest to jedno z lepszych wydawnictw w dyskografii zespołu.
Data premiery: 27 kwietnia 2015

11. Marilyn Manson - The Pale Emperor
Marilyn Manson - The Pale Emperor
Nigdy nie byłem fanem Mansona, ale dziwnym zrządzeniem losu, akurat jego ostatnie dzieło przeciągnęło mnie na "drugą stronę". Słuchając "The Pale Emperor" mam nieodparte wrażenie, że to najdojrzalszy album artysty. Każdy utwór wnosi coś ciekawego. Szczególnie upodobałem sobie kompozycję "The Devil Beneath My Feet", a "Deep Six" to jeden z najlepszych numerów Mansona jakie kiedykolwiek powstały. Czadowy! Łatwo wpada w ucho też charakterystyczny riff w "Birds of Hell Awaiting". Uwielbiam bardzo wyrazistą linię basu. Jeżeli nie odstrasza was mroczno-prowokacyjna otoczka twórczości Mansona, koniecznie sięgnijcie po ten album. Będziecie na pewno zadowoleni.
Data premiery: 15 stycznia 2015


Przez ostatnie kilka miesięcy zapoznałem się z większością istotnych premier płytowych. W zestawieniu pomijam różne minialbumy, wydawnictwa koncertowe oraz składanki. Natomiast warto wymienić te albumy, które nie znalazły się na liście rozczarowań, ale również nie zasłużyły na miano najlepszych.
Są to:
- Puscifer "Money $hot" - dzieło poprawne, aczkolwiek słabo znoszące porównanie z poprzednimi wydawnictwami projektu Maynarda (znanego m.in. z Toola);
- Coldplay "A Head Full Of Dreams" - płyta balansująca między granicą poprawności i słabości;
- Lindemann "Skills In Pills" - gdyby popatrzeć na relację oczekiwania-rzeczywistość, to powinienem nazwać ten album porażką roku, ale chyba nie jest tak źle. Po prostu nie jest to ani poziom Rammsteina ani formacji Pain.

-----

Zobacz:
Najciekawsze albumy 2015 roku cz. II [zagraniczne]

wtorek, 22 grudnia 2015

Muzycznie rozczarowania 2015 roku

Do największych rozczarowań 2015 roku zaliczam:

Rozczarowanie nr 3: Ghost - Meliora
Zespół ten ma większe umiejętności marketingowe niż muzyczne i swoją zgrabną otoczką oraz ciekawych wizerunkiem zdołał przesłonić wielu słuchaczom sporą przeciętność jaką prezentuje. Trudno jest znaleźć w twórczości szwedzkiej kapeli "momenty wybitności", które mogłyby zatrzymać moją uwagę. Jednym uchem wlatuje, drugim wylatuje. Dziwię się też, że "Meliora" przez niektórych wynoszona jest na piedestał. Tajemniczość, maski, dopracowany wizerunek - to cechy pasujące do Slipknota, ale jakościowo/muzycznie "papieżom heavy metalu" sporo brakuje do formacji z USA.




Rozczarowanie nr 2: Frontside - Prawie martwy
Wydana w roku ubiegłym "Sprawa jest osobista" rzuciła mnie na kolana. Tym razem już nie było tak czadowo. Zespół wydał dość przeciętny album, który brzmi jak nie do końca trafny eksperyment. Singlowy numer "Lubię pić" porównałbym do... A może lepiej nie będę tego czynił. W każdym razie to wcielenie formacji Frontside zupełnie mi nie podchodzi. Ani kompozycje, ani teksty ani brzmienie. Pojedyncze riffy i solówki owszem, jednak całość nie. Wypada mieć nadzieję, że tym razem to muzycy przyklękli, żeby w przyszłości się podnieść i dać po mordzie przy najbliższej okazji. I niech to będzie porządny cios w samą szczękę!




Rozczarowanie nr 1: Kid Rock - First Kiss
Z wyborem najgorszego albumu nie miałem większego kłopotu. Postanowiłem na coś, co jest kwintesencją złego smaku, muzycznej bylejakości i bezczelnym zamiarem wyciągnięcia pieniędzy od mainstreamowej publiczności.
Marka Kid Rock zdewaluowała się doszczętnie. Słuchanie tej płyty jest gwałtem na uszach fana zespołu. Cukierkowa okładka znakomicie odwzorowuje zawartość płyty. "First Kiss" to nijaki album, który wypada omijać szerokim łukiem. Kid Rock to koniunkturalista. Robi taką muzykę, która się sprzeda. To co, może pora na chrześcijański rap?!




Ostatecznie z listy największych rozczarowań wykreśliłem nowy Coldplay i Lindemanna. Nie jest jednak powiedziane, że za kilka lat nie znajdą się w tym zestawieniu, bowiem najlepszym weryfikatorem muzyki jest czas.

A jak jest u was? Największe porażki muzyczne 2015 roku to?

wtorek, 8 grudnia 2015

Coldplay - A Head Full Of Dreams (2015) - recenzja płyty

Słuchając poprzedniej płyty Coldplay miałem ochotę skoczyć na główkę z 10 piętra wieżowca nie pozostawiając po sobie nawet listu pożegnalnego. Smętny, przeciętny album był dla mnie jednym z największych rozczarowań ubiegłego roku. Dlatego przymierzając się do wydawnictwa "A Head Full Of Dreams" obawy mieszały się we mnie z niechęcią.

Okładka płyty Coldplay - A Head Full Of Dreams

Płyta "A Head Full Of Dreams" jest w przeciwieństwem poprzedniczki, ze swoją jasną stroną mocy stanowi antytezę do "Ghost Stories". Kwintesencją tej tezy jest oparty na funkowej bazie numer "Adventure of a Lifetime", który dzięki ciepłej basowej pulsacji przywodzi na myśl disco funkowe zespoły lat 70. Oczywiście nie mogło zabraknąć jakiejś gwiazdy pop. Tym razem padło na Beyoncé, aczkolwiek jej wkład wokalny nie rzuca na kolana. Bardziej zainteresował mnie występ Tove Lo (szwedzkiej artystki pop) w utworze "Fun" oraz obecność Noela Gallaghera w "Up&Up". Natomiast jednym z najciekawszych gości na płycie jest była żona Chrisa Martina - Gwyneth Paltrow (niekoniecznie pod względem muzycznym). Podobno obecne relacje z byłą partnerką są na tyle dobrze, że doprowadziły do wokalnej obecności aktorki na nowym dziele Coldplay.

Warto jednak odnotować, że Coldplay nie już jest zespołem, w którym elementy gitarowe znaczą coś więcej. Tak naprawdę jest to pop wciśnięty w ramiona elektroniki. To chyba trwały kierunek zmian. Próbując poukładać myśli w głowie dochodzę do konkluzji, że nowa płyta bardziej mi pasuje od poprzedniej. Jednak poza świetnym "Adventure of a Lifetime" nie znajduję tu utworów wyrastających poza bardzo średni coldplayowy poziom**. No może poza jednym wyjątkiem - "Up&Up" z klimatyczną solówką wspomnianego Gallaghera i udziałem chóru, który na chwilę przenosi nas w krainę pełną snów. To nie zmienia faktu, że pułap z pierwszych albumów wydaje się nieosiągalny.

Być może ostatnie dwa wydawnictwa są zwiastunem końca zespołu*. Muzycy Coldplay zdali sobie sprawę, że formuła w której egzystowali po prostu się wyczerpała. Stąd też postanowili coś zmienić, eksperymentować. Próba numer jeden zakończyła się fiaskiem, natomiast drugie podejście zdaje się być trochę bardziej udane. Hasło "kończ waść, wstydu oszczędź" okazuje się w przypadku zespołu z Wielkiej Brytanii na razie (jeszcze) przedwczesne, ale kostucha niewątpliwie czai się gdzieś za rogiem...


* Pisząc o zakończeniu działalności przez zespół mam świadomość, że Coldplay posługując się określeniem "ostatni" album miał na myśli raczej podejście do procesu twórczego, a nie plany rozwiązania grupy. Jednak odnoszę wrażenie, że jakaś przerwa w działalności formacji mogłaby się dobrze im przysłużyć.
** Pewnie wymieniłbym tu jeszcze tytułowy "A Head Full Of Dreams" oraz następujący po nim numer "Bird". Jednak czy faktycznie zapadają w pamięć?