niedziela, 29 kwietnia 2018

Godsmack - When Legends Rise (2018) - recenzja płyty


Godsmack od zawsze kojarzył się dla mnie z hard rockiem (post-grunge`owym niekoniecznie) z rytualno-mistycznymi naleciałościami. Pierwsze dźwięki "When Legends Rise" dają nadzieję, że tak zostanie również i tym razem. Ósma (siódma?) płyta ukazała się 27 kwietnia 2018 roku.

Godsmack - When Legends Rise
Okładka płyty Godsmack - When Legends Rise (2018)


Widziałem Godsmacka na żywo, byłem również na koncercie Sully Erny. Doskonale znam dokonania studyjne zespołu i wiem o pewnej charakterystycznej formule, która przy albumie "1000 hp" zdawała się powoli wyczerpywać. No i muzycy amerykańskiej grupy chyba myśleli podobnie nagrywając "When Legends Rise". Fundament pozostały te same, ale dom zyskał nieco inną elewację. Więcej patetycznych zaśpiewów, raz słychać chór [sic!]. Sully nieco złagodniał, bardziej jego wokalna maniera przypomina solowe nagrania niż typowe godsmackowe zaśpiewy. 

Jeszcze większa stylistyczna szarża pojawia się za sprawą nastrojowego numeru "Under Your Scars". Pianino, smyczki i mamy wypisz wymaluj solowy projekt Erny. Co na to konserwatywni fani zespołu? Lecę dalej i słyszę, że ta muzyczna przemiana to nie jest jednorazowy wyskok, tylko celowy zabieg. Oto nowy Godsmack, nie taki przybrudzony, szybki i wściekły jak dawniej.

Płyta "When Legends Rise" brzmi wolnej i spokojniej od swojej poprzeczki, ale pod koniec (od 8 kawałka) następuje dociśnięcie gazu ("Just One Time" i "Say My Name" to typowe łojenie, do którego przez lata przywiązali się fani grupy). 

Do końca nie wiem, czy podoba mnie się ten Godsmack bez pazurków. Daję albumowi szansę i doceniam chęć poszukiwań, ale jak to zwykle bywa w takich sytuacjach - życie/czas zweryfikują czy była to zmiana na dobre. 


...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza