niedziela, 4 maja 2014

Lykke Li - I never learn (2014) - recenzja

Nazywanie Lykke Li artystką pop jest bardzo krzywdzące, bowiem słuchając jej muzykę, człowiek ma okazję obcować z dobrym indie oraz elektroniką, a przede wszystkim świetnym klimatem. Ta atmosfera, o której mowa stanowi kwintesencję skandynawskiego mroku oraz nastrojowych przestrzennych brzmień. Lykke Li 2 maja wydała trzeci album zatytułowany "I never learn" i domknęła swoją muzyczną trylogię.

Lykke Li - I never learn
Okładka płyty "Lykke Li - I never learn"
Płyta utrzymana jest w podobnym klimacie jak dwie poprzednie. Lykke Li śpiewa w specyficznym leniwym stylu jak Lana Del Rey czy Karen Elson. Różnice wychodzą na wierzch, gdy przyjrzymy się poszczególnym kompozycjom. Jest zdecydowanie smutniej. Próżno szukać takich lekkich utworów jak: "Dance dance dance", "Little bit" czy "I follow rivers". Nieco mniej przygnębiająca jest kompozycja "Gunshot", ale nadal jest to emocjonalny głos kobiety przeżywającej miłosny dramat. Wszystkie nieszczęśliwe panie poczują ulgę słysząc oparte na gitarze "Love me like i`m not made of stone". Próbę przezwyciężenia traumy piosenkarka podejmuje także w refrenie "Heart of steel" (chórki). Finał oczywiście też jest smutny-fortepianowy. Ten album jest jak spowiedź, niczym szczera do bólu historia bez szczęśliwego zakończenia. "I never learn" jest bolesną opowieścią o rozstaniu, gdy miłość ostatecznie ponosi porażkę.


Jaką Lykke Li lubicie? Tę smutną i pogrążoną w mroku z "I never learn" czy tę nieco weselszą z poprzednich albumów? Sami wybierzcie. Ja już zdecydowałem.

Lista utworów:
1. I never learn
2. No rest for the wicked
3. Just like a dream
4. Silverline
5. Gunshot
6. Love me like i`m not made of stone
7. Never gonna love again
8. Heart of steel
9. Sleeping alone

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza